Kiedy ostrze brzytwy dotyka skóry, dziecko wykrzywia twarz w grymasie, lecz po chwili uśmiecha się, maskując ból. Brzytwa jest tępawa, ale to tylko dodatkowa lekcja znoszenia z uśmiechem ziemskiego cierpienia.
W Birmie wielu rodziców oddaje dzieci do klasztoru aby nauczyły się one tam czytać, pisać oraz poznały zasady buddyzmu, będącego oficjalną religią kraju. Tutaj praktycznie każdy: urzędnik, rikszarz czy też wojskowy, był choć raz w swoim życiu samanera, czyli mnichem w nowicjacie. Dla Birmańczyków to jak przepustka do dorosłości, niezbędny element wykształcenia i poznania siebie, co odzwierciedla popularne przysłowie "musisz być mnichem, nim się staniesz mężczyzną".
Duszki księcia Siddarhy
Ceremonię przyjęcia do klasztoru poprzedza uroczysta procesja, w czasie której dzieci ubiera się w strojne szaty.
Po chwili po świątyni biega stado roześmianych duszków. Zarówno dziewczętom jak i chłopcom na twarz nakłada się makijaż, upodabniający ich do księcia Siddarhy. To właśnie on, gdy doznał oświecenia, stał się czczonym po dziś dzień Buddą. Pod grubą warstwą pudru i szminki nie sposób odróżnić płci dzieci. Dopiero gdy zaczyna się procesja widać
kto jest kim. Chłopcy sadzani są na konie, zaś dziewczynki jadą na wozach ciągniętych przez woły.
Sarinda
Życie w klasztorze narzuca wiele ograniczeń. Mnichom zabronione jest kłamstwo, kradzież, taniec, noszenie biżuterii, spanie w łóżku oraz posiadanie pieniędzy. Sarinda miał 12 lat i bardzo chciał, bym na targu kupiła mu... pistolet. Wtedy jeszcze nie rozumiałam, że bardziej niż mnichem jest on po prostu dzieckiem.
A jego największym skarbem były otrzymane od jakiegoś turysty przeciwsłoneczne okulary. Znałam kilka słow po birmańsku, on niewiele więcej po angielsku, ale podarował mi najpiękniejsze chwile gdy bawiliśmy się w chowanego po świątyni i porozumiewaliśmy na migi. A potem zmęczeni piliśmy colę na dziedzińcu. Był dumny mając "swoją" turystkę, a ja byłam dumna mając "swojego" mniszka. Gdy przyszła wycieczka turyści rzucili się robić mu portrety: w okularach i z colą wyglądał obłędnie. Ale tylko ja i on wiedzieliśmy, że ci turyści poza obrazkiem nie dostaną nic więcej. My mieliśmy przez kilka chwil siebie. Jego zdjęcie trafiło na okładkę III tomu "Przez Świat". Chciałabym kiedyś móc mu go podarować...
Chłopiec w chuście
Bardzo lubię to zdjęcie - dla mnie oddaje ono sytuację Birmy. Kraju pięknego, egzotycznego, kolorowego, a jedncześnie bardzo tragicznego, od lat rządzonego przez okrutną wojskową dyktaturę... Zrobiłam je w czasach, gdy nie śniło mi się jeszcze, że będę zawodowym fotografem.
Dzieci z obozu uchodźców
Oglądaliście "Między złem, a wielkim, błękitnym oceanem"?
Jego bohaterką była dziewczynka pracująca na utrzymanie rodziny i niańcząca braciszka na plecach. To był przepiękny film. O tej dwójce wiem tylko tyle, że mieszkąją w obozie uchodźców birmańskich na północy Tajlandii i że ta dziewczynka też całymi dniami opiekowała się swoim braciszkiem.
Większość mieszkańców obozu stanowią dzieci: często urodzone już tutaj. Ich rodzice mieszkają tu od ponad 15 lat. Nie wiadomo czy dożyją powrotu do demokratycznej Birmy (rządzonej obecnie przez wojskowy reżim). - Chcemy dalej kształcić dzieci, ale w obozach są tylko szkoły podstawowe. - mówi mi jeden z ojców. - Na tym się ma kończyć nasza edukacja. Nie wiadomo co robić z dziećmi, które skończyły szkołę, bo przecież tu nie ma dla nich żadnych perspektyw. Ani pól, które by można odziedziczyć po rodzicach, ani pracy, ani dalszej nauki. Postanowiliśmy więc wybrać najzdolniejszych i wysłać w świat. Jak do tej pory, stypendium dostało pięć osób. Niewiele. A przecież tam kiedyś będziemy potrzebować nowych nauczycieli, inżynierów, lekarzy... "Tam" jest o kilka kilometrów stąd, ale równie dobrze mogłoby to być kilka tysięcy. Bo przecież uchodźcy i tak nie mogą wrócić do swoich domów, rodzin, choć są na wyciagnięcie ręki.
Gdy chodziłąm tutaj i rozmawiałam z ludźmi, myślałam,
że podobnie musiała być idealizowana przyszłość Polski podczas komunistycznych rządów . Że jak kiedyś odzyskamy demokrację to będziemy wszyscy żyć długo i szczęśliwie.
Dla tutejszych dzieci Birma to była taka ziemia obiecana - chwilowo z zakazem wstępu.
Dziewczynka z drewnem Zrobiłam to zdjęcie na trekkingu w okolicach Kalaw. Do domu wracały dzieci z naręczami drzewa niesionymi w koszach
na plecach. Były mocno przygięte tym cieżkim ładunkiem. A jednak gdy wyjęłam aparat rozpromieniły się,
dumne, żę są warte zachowania ich twarzy na zdjęciu. Tamtejsze dzieci są twarde. Zahartowane w pracy, odporne na ból
i niewygody. Są dzielne, bo w tym świecie inne być nie mogą...
Nie wiem kim była ta dziewczynka - wiem tylko że miała jakieś 10 lat.
Ma Yera
Czteroletnia Ma Yera będzie w nowicjacie tylko trzy dni.- To moje pierwsze dziecko - mówi jej matka.
- Długo na nie czekałam. Obiecałam, że jak Budda mi ją da, to mu ją prędko oddam. Teraz spełniam obietnicę.
Maleńka Ma Yera w modlitweny śpiew wkłada całe serce i duszę, stając się wręcz pieśnią do Buddy.
Gdy zasnęła podczas procesji w pewnym momencie jej mama podała mi ją do poniesienia.
Szkoda, że wtedy ktoś nie zrobił nam zdjęcia...
Malcy
Maluchy są dla rodziców największą radością, skarbem
i zabezpieczeniem na czas starości.
Popularne przysłowie mówi: "Gdy byłeś mały nosiliśmy cię na plecach, gdy się zestarzejemy, ty będziesz nas nosić".
Tutejsze kobiety podróżują z nimi wszędzie, nie wyobrażając sobie nawet, że mogłyby zostawić dziecko w domu.
Ze zgrozą opowiadają, że podobno biali potrafią porzucić dziecko nawet na dwa tygodnie i wyjechać. Chyba to nie plotka, bo przecież nigdy nie widziały, by któraś z białych kobiet przyjechała tutaj z takim naprawdę małym dzieckiem.
Zdjęcia: Anna Olej-Kobus/Krzysztof Kobus - TravelPhoto
(c) Mały Podróżnik - www.malypodroznik.pl - wszelkie prawa zastrzeżone