O Etiopii najwięcej możesz dowiedzieć się siedząc w jednej wiosce, słuchając opowieści ludzi, patrząc jak życie toczy się swoim rytmem. Wystarczy po prostu być we właściwym miejscu. A czyż jest lepsze miejsce do obserwacji świata, niż knajpka przy głównej ulicy?
Blue Lal French Restaurant
Francuska Restauracja w Lalibeli. Pod tą wyszukaną nazwą kryje się duża gliniana chata o pomalowanych na żółto ścianach. Bez menu (przecież do wyboru jest tylko pięć dań, komu by się chciało je spisywać), za to ze sprawnym magnetofonem grającym stare jak świat europejskie kasety lub najnowsze etiopskie przeboje. Dobór repertuaru w dużej mierze zależy od stołujących się w danym momencie gości. W Blue Lal pracuje osiem osób, ale żyje z niej trzy razy tyle. Tutaj śpią na podłodze pokrytej trawą zamiast dywanu (co jest i praktyczne i higieniczne), tutaj mieszkają, tutaj jedzą, tutaj po prostu żyją. Według europejskich norm knajpka daleka jest od ideału. Czasem trzeba i godzinę czekać na zamówione danie, zwłaszcza gdy kobiety w kuchni się pokłócą albo zagadają. Albo gdy Sophie - właścicielka tego miejsca - zapomni wydać odpowiednie dyspozycje o co nietrudno, bo z całej obsługi tylko ona mówi po angielsku. Jej siostrzenica, śliczna Immamy, może przyjąć każde zamówienie pod warunkiem, że złożone zostanie po amharsku. Zaś siedemnastoletni kuzyn Sophie - Tafte - jest tak nieśmiały, że gości omija szerokim łukiem, co jest zachowaniem zgoła nieoczekiwanym jak na kelnera. Nic dziwnego zatem, że gdy jakiś turysta zgłasza reklamację co do jakości obsługi, Sophie potrafi wpaść w furię gromiąc wszystkich po kolei. Czasem trafi się też i turyście, bo tutaj nie należy przywiązywać wagi do rzeczy nieistotnych. Takich jak ten nieszczęsny czas, to beznadziejne bożyszcze jasnoskórych przybyszów. Rozzłoszczone krzyki Sophie słychać aż na ulicy, a okoliczne dzieciaki z lubością powtarzają niezrozumiałe "merd". Przekonane, że egzotyczne słowo jest z pewnością dużo cięższym przekleństwem niż te, które znają. W Blue Lal spotkać można różnych klientów. Ci zaglądający tutaj stale to najczęściej miejscowi, pracujący na rządowym kontrakcie z dala od rodzinnego domu. Nie ma im kto gotować, więc płacą ryczałt za wyżywienie i co dzień koło południa przychodzą, by zjeść, napić się kawy, porozmawiać ze znajomymi. Sprzedawca biletów lotniczych, doktor, dyrektor budującego się nowego lotniska, wszyscy oni już od progu witają się z Sophie. Stałymi klientami są też przewodnicy przyprowadzający turystów ("Zobaczycie jedyną w Lalibeli francuską restaurację!"). Turyści lubią to miejsce, bo zawsze mogą poprosić o coś znajomego: pizza, frytki i kaseta zespołu ABBA, to najczęstsze zamówienia. Zaś w soboty zdarza się, że w progu stają wieśniacy przybyli na targ. Zatrzymują się nieśmiało przed domem, niepewni, czy faktycznie mogą tutaj wejść. Bo niby knajpka miejscowa, ale jednak inna. Sophie wciąga ich na siłę. - Co się boisz, przecież możesz z nami siąść, pogadać, napić się kawy. - mówi.
Anioły budują kościoły
Blue Lal położona jest przy jedynej ulicy, wiodącej niczym drogowskaz do kościołów. Cała reszta to plątanina ścieżek pnących się w górę lub stromo prowadzących w dół. Zresztą, po co ulice w miejscu, gdzie jest zaledwie 40 samochodów? A wszystkie terenowe, bo inne nie przejechałyby przez góry. Rozkładam przed sobą mapę Etiopii. Na pierwszy rzut oka wioska wydaje się być taka jak inne, jedyne co ją wyróżnia to trzy gwiazdki w skali atrakcyjności turystycznej. Stało się tak dzięki królowi Lalibeli, który w XIII wieku, na chwałę Boga jedynego, wykuł w skale trzynaście kościołów. Na afrykańskim kontynencie nie mają sobie równych, zatem co dzień z samolotu wysiada kilku przyjezdnych, skuszonych niezawodnymi słowami-wytrychami do turystycznej duszy. "Jedyne, niezwykłe, najwspanialsze" - prześcigają się w opisach wszystkie przewodniki. Zasłużenie zresztą, bowiem świątynie istotnie budzą podziw. Powoli przyjezdni zmieniają to miejsce, oddzielone od świata pasmami wzgórz. Zmieniają nieświadomie i bezwiednie. Etiopii potrzebne są dolary, zatem rząd zrobi wszystko, by pozyskać ich jeszcze więcej. A wiadomo, że najwięcej zostawiają najbogatsi, dlatego należy przygotować im jak najlepsze warunki pobytu. Jeszcze niedawno do Lalibeli można było dotrzeć jedynie w porze suchej - teraz nowe lotnisko umożliwia kontakt ze światem przez cały rok. - Dużo się tu zmieniło przez ostatnie trzy lata. - mówi mi Marco, jeden z rządowych przewodników. - Jest kanalizacja, prąd przez 24 godziny na dobę (a kiedyś światło włączano tylko na trzy godziny), wodociąg, nowa asfaltowa droga. Jest nowy szpital i satelita, tak że teraz można dzwonić po całym świecie. Nawet do Polski. Tylko banku ciągle nie ma, więc by rozmienić większy banknot trzeba kupić długopis albo chociaż garść cukierków w sklepiku przypominającym skład towarów wszelkich. Do mojego stolika - okrągłego talerza z gliny opartego na drewnianym stojaku - przysiada się Aklilu, właściciel hotelu stojącego nieopodal knajpki. Kiedyś pracował jako nauczyciel, ale z upływem czasu coraz trudniej było mu utrzymać żonę i troje dzieci jedynie z pensji. Więc kuzyn załatwił mu pracę przy rozdzielaniu kredytów dla chłopów ze wsi. Bo Lalibela (mimo że przecież to też wioska) z racji swego położenia pomiędzy górami, i tych kościołów, i turystów, zyskała na znaczeniu. Dlatego to tutaj przychodzą ci, którym dopiero następne zbiory pozwolą na spłacenie potrzebnej teraz krowy, kur, ziarna. Aklilu ma zatem odpowiedzialną pracę i poważanie w wiosce. Po krótkim przesłuchaniu (a skąd jestem, a czy mi się tutaj podoba, a co widziałam, a gdzie mieszkam) sam zaczyna opowiadać: - Naszą przeszłość opisują dwie historie - mówi starannie dobierając słowa. - Księża powiadają, że tysiąc aniołów zstąpiło z nieba i nocami pomagało w budowie tych kościołów. Ale uczeni twierdzą, że nasz król Lalibela ściągnął z Egiptu inżynierów, budowniczych i niewolników. Prawie 40 tysięcy ludzi. I rozkazał im wykuć w skale świątynie. A teraz dzięki kościołom Lalibela się rozwija. Rząd ma dolary z turystów, no i my też na nich zarabiamy. I wiesz, przez to, że tu tacy różni ludzie przyjeżdżają, to ludzie stąd dowiadują się o życiu w innych krajach i uczą się innych kultur. Trudno powiedzieć, czy przyczynia się to do większej tolerancji wobec innych. Przysłuchująca się naszej rozmowie Sophie twierdzi, że zdecydowanie tak. - Uważam, że wszyscy ludzie są równi - mówi. - Biali, czarni, żółci, zieloni. - Nie zgadzam się - oponuję poważnie. Na ułamek sekundy w powietrzu zawisa cień wrogości. - Nie zgadzam się, by zieloni też byli uznani za równych. Aklilu i Sophie aż się trzęsą ze śmiechu, tłumacząc pozostałym na amharski naszą rozmowę. Najwidoczniej ten abstrakcyjny żart przypadł im do gustu. Ale prawdziwa tolerancja jest dużo trudniejsza. Śniady Hamroun zamawiający obok obiad przedstawia mi się jako Francuz. - Francuz? A w życiu nie! - Sophie wrze świętym oburzeniem, gdy to powtarzam po jego wyjściu. - Toż on jest ciemny, Algierczyk, albo Marokańczyk, ale za Boga nie Francuz! Sophie sporo w życiu przeżyła. Była uciekinierką, przez kilka lat mieszkała w Paryżu, studiowała na Akademii Sztuk Pięknych, ożeniła się z Yvesem - Francuzem pracującym dla Lekarzy bez Granic. Wraz z nim podróżowała trochę po świecie, miała zatem czas by przypatrzeć się różnym odcieniom skóry. Gdy w Etiopii skończyły się czasy socjalistycznego absurdu i wielkiego głodu powróciła do rodzinnej Lalibeli. - Francja, miałam jej dość, to nudne na dłuższą metę - mówi, - a poza tym tam nigdy cię tak naprawdę nie zaakceptują. Więc z Yvesem umówiłam się, że czasem on tu przyjedzie, a czasem ja pojadę do niego. No a żeby z czegoś żyć, założyłam tą restaurację. Patrzy z dumą na sześć stolików, stereo i drogę prowadzącą do kościołów.
Czas przemian
Ciemnooki Pablo jest Grekiem, do tego fotografikiem, świat widzi poprzez emocje. Gdy spaceruje po Lalibeli zazwyczaj towarzyszy mu chmara dzieciaków. To im śpiewa, to odgania gwałtownie niczym stado uprzykrzonych much. Przyjechał, by zrobić materiał o tutejszych kościołach, więc w Lalbeli siedzi już dwa tygodnie. To dużo, jak na przyjezdnego. Przysiadł się do mnie - tutaj można z każdym zacząć rozmowę, wystarczy tylko chcieć. Razem zamawiamy indżerę, tradycyjny placek ze zbożowej mąki podawany z piekielnie ostrymi sosami, skutecznie zabijającymi jego lekko kwaśnawy smak. To podstawa tutejszej kuchni. Biedniejsi Etiopczycy jedzą ją raz dziennie, bogatsi nawet i trzy razy, a ci naprawdę bogaci mają sosy z mięsem. Pozostali dodają do indżery mięso jedynie z okazji największych świąt, takich jak Nowy Rok lub Boże Narodzenie. Pablo palcami odrywa placek, macza w sosie i je nie przestając mówić: - Ci księża! Te twarze! Oto historia początku upadku i zepsucia! - jest wyraźnie poruszony. - Tak, tak, to my zniszczymy to miejsce. Przez nasze zdjęcia i opowieści przyjadą tu autokary, będzie jeszcze większa korupcja, ten dzieciak -podaje kawałek indżery siedzącemu obok chłopcu - pewnie też zostanie księdzem i też będzie korumpować. To jeden punkt widzenia. - Kupisz krzyż? - dla dwudziestoletniego Mesfyanie sprzedaż pamiątek turystom to jedyna możliwość zarobku na studia w Addis. W wakacje przychodzi co dzień do Blue Lal, by proponować metalowe krzyże wytapiane z metalu przez jego ojca. Etiopia jest krajem, gdzie główną religią jest Etiopski Kościół Ortodoksyjny. Tutejsze krzyże pełne są złożonej symboliki. Metalowe lub drewniane ornamenty mówią o Trójcy Świętej, Błogosławieństwie Bożym, Mądrości Ducha Świętego, Dwunastu Apostołach... Trzeba umieć odczytać to z zawiłego wzoru, tutaj bowiem nie istnieją rzeczy piękne jedynie dla siebie - ich uroda wynika z przeznaczenia, niezrozumiałego dla niewtajemniczonych. Turyści zachwycają się, kupują i zabierają ze sobą. Mesfyanie zarabia na pamiątkach. Przewodnicy na oprowadzaniu. Sophie na knajpce. Aklilu na hotelu. To drugi punkt widzenia.
Nielegalna fundacja sadzi lasy
Etiopczycy powiadają: jeśli masz zmartwienie - napij się kawy, jeśli się cieszysz - napij się kawy, jeśli jesteś zmęczony - napij się kawy. Zaparzanie kawy, podobnie jak potem wypicie trzech czarek ciemnego napoju, jest rytuałem. Czas płynie sobie obok, nie pospieszany zegarami. Dlatego też, jeśli chcesz z kimś spokojnie porozmawiać najlepiej jest pójść na kawę. Immamy wyjmuje z płóciennego worka garść zielonych ziaren. Płucze je, po czym wrzuca na rozgrzaną blachę, pod którą na żar dokłada drewniane szczapy. Po kilku minutach izba wypełnia się gorzkim aromatem. Zbrązowiałe ziarna zostają wrzucone do wydrążonego pnia i wprawnymi ruchami tłuczka rozbite na gęsty proszek. Teraz dziewczyna zsypuje go do blaszanego imbryczka, zalewa wrzątkiem i stawia wprost na żarze. Aromat staje się coraz intensywniejszy. W końcu Immamy rozlewa ciemnobrązowy napój do malutkich czarek. Na aromatyczną kawę razem ze mną czeka Japonka Kaori. Jest pisarką, tworzy świat słowami, ale dwa lata temu postanowiła zamienić słowa na czyny. Założyła Futaro Fund for Forest - fundację zajmującą się zalesianiem Etiopii. - Oczywiście działamy przy poparciu naszej ambasady, ale w oficjalnych spisach etiopskich władz nas nie ma - mówi. - Czy ty wiesz, że tutaj na rejestrację organizacji pozarządowej potrzeba trzech lat?! A ja nie mam zamiaru tracić życia na papiery, chcę, by te dzieciaki miały tutaj las. Kaori ma 39 lat, więc młodzieńczy idealizm zmieniania świata na lepsze ma za sobą, a jednak sprawa tutejszych lasów (lub raczej ich braku) nie dawała jej spokoju. Jeszcze 40 lat temu ponad 20 procent powierzchni Etiopii pokrytych było lasem, teraz jest to niecałe 3 procent. Jak dawniej wzgórza wokół Lalibeli po porze deszczowej rozkwitają kobiercem żółtych kwiatów meskel. Lecz tamtych lasów już nie ma, a do opału wciąż używa się drewna. Co tydzień chłopi przynoszą chrust na targ z coraz dalszych okolic. - Siedziba fundacji to mały pokój w hoteliku, gdzie do tej pory nie mieszkał żaden turysta. Nie mamy nawet faksu, bo to wymagałoby rejestracji - opowiada Kaori. - Ale mam wolontariuszkę Fumiko. Co prawda Fumiko mówi tylko po japońsku, ale z zapałem uczy się amharskiego. I zamierza pozostać tu przez trzy, może cztery lata. Aż pojawią się drzewka pierwszego lasu. Na razie dziewczyny dały do miejscowej szkoły 300 długopisów, zeszytów i projekt lekcji na temat tego, jak ważne dla ekosystemu są drzewa. - Pierwszy krok jest zawsze mały - Kaori dolewa kawy do malutkiej czarki. - Ale jeśli mocno w coś wierzysz, to inni się do ciebie przyłączają. I coraz więcej osób stąd też chce nam pomagać, bo przecież to, co robimy, robimy dla nich, dla ich dzieci. Zaczynałam ten projekt sama, teraz w samej Japonii w Fundacji jest 400 osób, które chcą mi pomóc sadzić las w Etiopii. Nieźle, jak na tak egzotyczny pomysł!
Marzenia z Lalibeli
Na ganku przed Blue Lal co dzień siedzi grupka chłopców. Mają po dziesięć-trzynaście lat. Jeszcze nie mężczyźni, a już nie dzieci. Paczka przyjaciół. Jeden z nich jest moim przewodnikiem po mieście i jego życiu. Pozostali kręcą się w pobliżu, zawsze gotowi do pomocy, zawsze dobrze poinformowani o wszystkim, co się wokół dzieje. - To nie fair - gorączkuje się Marco szukając we mnie sprzymierzeńca. Zapłacił za licencję i prawo do bycia rządowym przewodnikiem, dlatego musi za swe usługi brać więcej niż malcy. Od wczoraj oprowadza po Lalibeli trzy Niemki, z pewnością na nich zarobi, bo dziewczyny mieszkają w dobrym hotelu. - To nie fair, by dzieci pracowały i zabierały chleb dorosłym, powinny siedzieć w szkole i się uczyć! Między oficjalnymi przewodnikami a dziećmi trwa nieustająca walka. Bezlitosna, bo gra idzie o pieniądze - przepustkę do lepszego życia. Tyle, że często z pracy dzieci żyją tu całe rodziny. Malcy specjalnie chodzą do szkoły po południu, by rano móc próbować zarobić coś oprowadzając turystów. Siadam obok nich. - Kim chcesz być, gdy dorośniesz? - pytam, choć tak sformułowane pytanie jest niefortunne, wszak oni przez pracę już czują się dorośli. Postawiona miedzy nami cola zaciera nieco ten nietakt. Najbardziej zaradny Fykrie dorabia jako przewodnik. Wraz z tatą ma na utrzymaniu mamę, jej siostrę z synem i córką (drugą oddała kuzynowi), swoich dwóch młodszych braci (starszy jest w wojsku), roczną siostrzyczkę i babcię. Na szczęście dziadka wziął do siebie brat taty, więc jada z nimi tylko raz w tygodniu. Fykrie oprowadza przyjezdnych, opowiada im o kościołach, ale tak naprawdę chciałby zostać lekarzem i pomagać ludziom. - Jedna turystka przysłała mi nawet anatomiczny atlas i książkę o lekarstwach - mówi, - więc teraz jak ktoś z sąsiadów zachoruje, to idzie do mnie, a ja mu mówię co by mogło pomóc. Gdyby oczywiście mieć to lekarstwo. Czternastoletniego Daniela po śmierci mamy wychowuje trochę tata, trochę starszy brat, a po trochu cała wioska. - Chciałbym być bokserem, takim jak na filmach - opowiada z rozmarzeniem. Ale jest bardzo drobny, najmniejszy z całej gromadki. Więc może też zostanie lekarzem. Za to Mengystie - dwunastoletni cioteczny brat Fykrie nie może się zdecydować. - Lubię podróżować. Kiedyś nawet byłem w innej wiosce, daleko, bo 30 kilometrów stąd, u kuzyna, więc może będę kierowcą ciężarówki. Albo karateką, bo to super wyglądało w telewizji. Swoich idoli w akcji ogląda niezbyt często, bo wstęp do kina (czyli chaty z telewizorem) kosztuje 1/16 dolara, a jego tata zarabia 24 dolary miesięcznie. Niepozorny Gyrmie wolałby zostać prawdziwym aktorem, a nie takim co się tylko bije. Ten trzynastolatek to jedyny w grupie pacyfista, może dlatego, że w życiu niewiele mu wychodzi. Ot, taki pechowiec. Rozmawiające ze mną dzieciaki przechwalają się, że za rok będą mówić lepiej po angielsku. Bo tylko wtedy będą mogły mieć dużo pieniędzy i spełnić swoje marzenia. Ale czy dziecko tak naprawdę może myśleć w perspektywie lat? Do tego dziecko stąd, gdzie nawet dorośli nie podejmują się przewidzieć co będzie za rok, dwa? Chociaż Sophie jest pewna, że za rok wyśle Immamy do Paryża. Dziewczyna jest naprawdę śliczna, więc może mogłaby zostać modelką? - Co prawda na wybieg za niska - wyrokuje Sophie, - ale w końcu Kate Moss też jest nieduża. A z dawnych czasów studiów mam jeszcze adresy do agencji... Immamy uśmiecha się nieśmiało słysząc swoje imię. Treści naszej rozmowy może się tylko domyślać, gdyż nie zna ani angielskiego, ani francuskiego. Ale do Paryża chętnie pojedzie.