Hanoi
Zarówno pierwsze nasze zetknięcie z wietnamską ziemią, jak i pożegnanie z nią odbyło się właśnie w stolicy. Nasze dzieci (Piotrek 4 lata i Agusia 1,5 roku) zafascynował i napełnił zgrozą ruch uliczny - koncert na kilka milionów motorów, sporadyczne autobusy i jeszcze rzadsze samochody osobowe oraz ich donośne klaksony. Jest to przeżycie jedyne w swoim rodzaju, choć początkowo nie zachęcające do przechodzenia przez ulicę. Całe szczęście udało się nam nieco przywyknąć, a najbardziej pomógł nam pewien nasz wietnamski znajomy, który zabrał dzieciaki na przejażdżkę swoim motorem.
Hanoi 2
Prawdziwym przeżyciem była dla naszych dzieci wizyta w Teatrze Marionetek na Wodzie - miejscu, gdzie prezentuje się wietnamską tradycję przedstawień przy akompaniamencie etnicznej muzyki. Spektakl składa się z kilkunastu krótkich scenek, przedstawiających wydarzenia z historii oraz mitologii, a także obrazki z życia wsi (prace na polu, rybobranie). Ekspresyjna muzyka i barwne kukiełki, wyskakujące nagle z wody oraz ziejące ogniem smoki - to dla każdego dziecka atrakcje nie lada, nawet jeśli komentarz wygłaszany jest w całkowicie niezrozumiałym języku. Płyta z muzyką z przedstawienia, dodawana gratis do biletów, jest jedną z ulubionych pamiątek z Wietnamu naszych dzieciaków!
Hanoi 3
Odradzamy natomiast wizytę w hanojskim ZOO. Warunki, w jakich trzyma się tam zwierzęta wołają o pomstę do nieba, zwiedzający dokarmiają zwierzaki chipsami, a wszystko otoczone jest wesołym miasteczkiem... Przygnębiające miejsce.
Hue
Dawna stolica Wietnamu przyciąga turystów swoim Pałacem Cesarskim z Zakazanym Miastem, wzorowanym nieco na pekińskim. Teren pałacu jest dość rozległy, znajdują się tu liczne budowle - ozdobne bramy, świątynie, sale audiencyjne i mieszkania dworu cesarskiego, otoczone ogrodami i sadzawkami pełnymi lotosów i złotych rybek. Do największych atrakcji należy karmienie tychże złotych rybek (niestety żadna nie wykazała skłonności do spełniania życzeń) oraz swobodne bieganie po prawie pustych ogrodach. Dźwięki tradycyjnej muzyki wietnamskiej zaprowadziły nas do dawnego teatru dworskiego, gdzie odbywają się przedstawienia dla turystów: tańce pięknie ubranych baletnic oraz smoków. Publiczność ogarnęła euforia.
Hue 2
Oprócz Pałacu, Hue ma również inne zabytki, na przykład Muzeum Narodowowyzwoleńczej Armii Wietnamskiej, gdzie wstęp jest wolny, a ekspozycja obejmuje interesującą kolekcję czołgów w różnych stadiach rozkładu. W ogóle pamiątki po wojnie wietnamskiej to w tej chwili niezły biznes, w miejscach najkrwawszych starć można dziś sobie postrzelać z kałasznikowa, zwiedzić tunele VietCongu i "poczuć, jak to było". Rozrywka może dla Amerykanów, w każdym razie na pewno nie dla nas. Może, gdyby Piotruś był starszy... Ale szczerze mówiąc - moim zdaniem nie jest to odpowiednia zabawa dla dzieci.
Hue 3
W okolicach Hue znajdują się świątynie ku czci dawnych cesarzy wietnamskich, restaurowane obecnie z okazji wpisania ich na Listę Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO. Renowacja przebiega w dość intrygujący sposób (robotnicy z łopatami i kompletny brak osobników wyglądających na konserwatorów sztuki), za to w towarzystwie umundurowanych wojskowych. Jeden z nich zapragnął nawiązać znajomość z Agusią. Wietnamczycy - nawet mundurowi - bardzo przyjaźnie odnoszą się do dzieci, dzieciakom "wolno więcej" i nie wypada ich zbyt ostro karcić w miejscu publicznym - nie jest to mile widziane.
Same grobowce nie należą może do najciekawszych dla dzieci obiektów, ale zawsze można znaleźć jakąś atrakcję. W tym przypadku były to kamienne posągi, strzegące spokoju zmarłego władcy - figury mandarynów, koni i słoni.
Hoi An
To malownicze miasteczko przyciąga niestety całe tłumy turystów, lecz - wiadomo - podróżujące dzieci to zupełnie inny gatunek turysty i należy im się specjalne traktowanie. Część ich glorii spływa również na nas, niegodnych ich rodziców - dzięki temu dostajemy w zniżonej cenie piękny pokój z klimatyzacją i łazienką oraz codziennie świeże kwiaty do pokoju. (W miejscach, gdzie przebywaliśmy dłużej, zawsze można było wytargować jakieś zniżki; a w ogóle na tak dobre hotele, w jakich mieszkaliśmy w Wietnamie, w Polsce nie byłoby nas stać!) Nasza obsługa hotelowa zaprzyjaźnia się z dzieciakami w piorunującym tempie, a one uczą się pierwszych wietnamskich słówek (zwłaszcza cam on, czyli dziękuję).
Hoi An 2
Największym przeżyciem naszego syna było przepłynięcie się łódką po rzece Thu Bon, w towarzystwie dwóch wietnamskich przewoźniczek. Piotruś dostał wiosło, którym plaskał po wodzie i niczego więcej do szczęścia nie było mu potrzeba.
Mi Son
Dawna stolica królestwa Czampa, obecnie miasto ruin; miejsce, gdzie szczególnie lubi się Polaków: pracowała tu polska ekipa konserwatorów. Piotruś zdecydował się pójść w ich ślady i usiłował odbudować coś z luźno leżących cegieł.
Nha Trang
Najdalej na południe wysunięty punkt w Wietnamie, dokąd dotarliśmy. Z Sajgonu i Delty Mekongu, które nam się marzyły, zrezygnowaliśmy z powodu zbyt wysokich temperatur, jakie tam wtedy panowały. Może następnym razem... Nha Trang nie należy do najciekawszych miast w Wietnamie, choć znajduje się tu kilka interesujących świątyń. Dla dzieci jest tu Oceanarium, gdzie można oglądać kolorowe rybki w akwariach i basenach oraz interesującą ekspozycję łodzi rybackich. Opiekun ekspozycji uznał, że nasze dzieci powinny poznać je bliżej - to znaczy (mimo naszych protestów) wsadził Piotrusia do wnętrza zabytkowej łódki!
Ekspres Zjednoczenia (Reunification Express)
Tę dumną nazwę nosi najdłuższa w Wietnamie linia kolejowa, łącząca Sajgon z Hanoi. Podróżowaliśmy nią wiele razy, ponieważ ma wiele zalet, a nawet jej wady można w zalety obrócić. Po pierwsze jest tania - my wykupywaliśmy sobie pół przedziału (2 kuszetki) i mieliśmy wystarczająco dużo miejsca na spanie, czytanie i bagaż. Spało się w pociągu sporo, bo wykupywaliśmy zawsze bilety na przejazdy nocne, a ponieważ Ekspres sunie z majestatyczną prędkością 30 km na godzinę, pokonanie nawet krótkiej trasy zajmuje mu całą noc... A gdy spanie się znudziło, zawsze można było wyjść na korytarz i zaprzyjaźnić się z innymi dziećmi. Tu również spotykaliśmy inne podróżujące rodziny, najmłodsze poznane przez nas dziecko, mała Szwedka, miało około pół roku.
Bac Ha
Najlepiej wspominamy tę niewielką miejscowość na północy Wietnamu, gdzie co tydzień odbywa się niedzielny targ. Na targ schodzi się okoliczna ludność - czyli niesamowicie kolorowo ubrani górale. Znoszą ze sobą swój dobytek - kury, krówki i świnki, jakieś zioła i warzywa; kupują elementy strojów i naprawiają narzędzia w kuźni. Wszystko to jest oczywiście ogromnie ciekawe zarówno dla dorosłych, jak i dla dzieci, a one same znajdują się ciągle w centrum zainteresowania, co Agusia znosi świetnie, a Piotruś nieco gorzej. Jest niezwykle kolorowo, autentycznie (oprócz nas było w miasteczku może 10 innych turystów, a na nocleg zostało nas czworo) i po prostu pięknie. A po skończonym targu dzieci uganiały się po pustym placu z miejscową dzieciarnią, za nic mając różnice językowe.
Sapa
"Wietnamskie Zakopane" czyli miejsce baaardzo turystyczne, choć nie pozbawione pewnego uroku. Zwłaszcza dla nas - podczas gdy inni turyści poruszali się po mieście wiecznie w asyście zdesperowanych handlarek pamiątkami, my (z pewnością ze względu na dzieci) byliśmy zostawiani w spokoju. Udało nam się tutaj trafić na niezwykle interesującą ceremonię - taniec z ogniem, w świątynie taoistycznej, w otoczeniu wietnamskiej rodziny i znajomych. Żadnych turystów. W turystycznym centrum regionu! Miasto niespodzianek.
Ha Long
Naszą podróż kończyliśmy rejsem po Zatoce Ha Long - standardową wycieczką dla turystów, nieco - naszym zdaniem - przereklamowaną. To znaczy - widoki skalistych wysp wystających ze szmaragdowych wód zatoki itd. były piękne i niezapomniane, ale właściwie pływa się ciągle tą samą trasą, a dla dzieci nie przewiduje się specjalnych atrakcji (za to trzeba ciągle uważać, żeby nie wypadły za burtę statku! Rejs skończył się dobrze, ale z utęsknieniem wypatrywaliśmy już stałego lądu...