Jak przeżyć podróż dookoła świata z bliźniakami i nie zwariować?

"Jesteście tacy odważni czy szaleni?" - pada w moim kierunku pytanie z ust przesympatycznego Australijczyka. W trakcie gdy ja gotuję obiad dla bąbli, on przygotowuje sobie barbecue. "Chyba jedno i drugie" - odpowiadam. Takie spotkania w kempingowej kuchni to codzienność. To pytanie słyszę też nie po raz pierwszy. Jedna pani opowiada, że wybrała się raz do Anglii ze swoją kilkumiesięczną córeczką. "Angelika urządziła taki koncert na pokładzie samolotu, że była to moja pierwsza i ostatnia podróż z nią." A ja myślę, że dzieci czasem płaczą, to jest ich prawo i sposób wyrażania się. Współtowarzysze podróży, skazani na wysłuchiwanie grymasów naszych malców zrozumieją, gdy w ich życie, tak jak w nasze, z wielkim impetem wkroczy kiedyś nowy, mały człowiek. W naszym przypadku dwoje naraz. Właściwie to właśnie wtedy zaczęła się nasza wielka podróż. A sześć miesięcy, które postanowiliśmy spędzić wspólnie objeżdżając świat dookoła, to tylko mała jej część.





Skąd pomysł?

Urodzą się bliźniaki. Ustatkujesz się, znajdziesz porządną pracę, kupisz mieszkanie, samochód. Dzieci dorosną, pójdą do żłobka, potem do przedszkola. Latem dwa tygodnie wspólnych wakacji. Pewnie Hiszpania, może południe Włoch. Patrykowi, mojemu mężowi, na taką myśl włosy zaczęły jeżyć się na głowie. Patrzę na to ze zrozumieniem. To jakby zamknąć w klatce lwa i powiedzieć mu, że to właśnie teraz będzie naprawdę szczęśliwy. Nie będzie. Ja to wiem, on czuje całym sobą. Więc jeszcze raz.

Urodzą się bliźniaki. Trochę podrosną. Weźmiemy nosidełka i wyjedziemy w podróż. A może właśnie teraz spełnić nasze marzenie o podróży dookoła świata? Z zapałem zaczęliśmy poszukiwać wszelkich dostępnych informacji na temat podróżowania z małymi dziećmi. Książki, prasa no i oczywiście internet. Efekt: kilka stron w przewodniku poświęconym podróżowaniu z dziećmi. Kilka opisów doświadczeń z podróży samolotem z punktu    A do punktu B. Reklamy kurortów proponujących wakacje rodzinne. Wszystko dla dzieci co najmniej kilkuletnich. O małych dzieciach nie ma prawie nic. Trudno. Doświadczymy, opowiemy, napiszemy. Wietnam, Australia, Nowa Zelandia, Stany Zjednoczone, Meksyk. Kraje dobieraliśmy z rozmysłem. Chcieliśmy, by były ciekawe i egzotyczne, ale też przyjazne dla podróżnika. W końcu nasza podróż nie zakładała wykupionych wycieczek, drogich kurortów i hoteli z całodziennym wyżywieniem. To miała być podróż backpackersów tyle, że z dodatkowym bagażem na ramionach z przodu: dziewięciomiesięcznymi bliźniakami.





Wolne ręce

Każdy rodzic wie, że opieka nad małym dzieckiem to zajęcie zapewniające atrakcję na cały dzień. Z naszymi bliźniakami było akurat tak, że każdy dostał po jednym. Ale co zrobić, by choć na chwilę mieć wolne ręce i zając się gotowaniem, pisaniem tekstu, o chwili odpoczynku nie wspominając? Staliśmy się w tej dziedzinie ekspertami. Zauważyliśmy, że potrzeby przestrzenne naszych pociech rosną wraz z dodatkowymi centymetrami i ilością szarych komórek w ich główkach. Przez pierwsze dwa miesiące najlepiej sprawdzały się szelki z przedłużającym je paskiem. Mocowaliśmy je do sznurka rozpostartego pomiędzy drzewami, by mogły bezpiecznie bawić się na trawie. Do kraty okna, przy którym stawialiśmy lóżko, by mogły same hasać na materacu, czy do krzesełka w restauracji, gdy nadszedł czas na spożycie własnego posiłku.





Gdy chłopaki wprawiły się w raczkowaniu a ich ciekawość trudno już było zaspokoić tak niewielką przestrzenią, przyszedł czas na dość niecodzienny kojec. Byliśmy niejednokrotnie chwaleni przy tej okazji za pomysłowość przez sympatycznych Australijczyków. Tam właśnie dysponowaliśmy samochodem, który służył nam nie tylko do transportu, ale także do spania. Niestety na tym kończyła się jego wielofunkcyjność, gdyż do zabawy nie nadawał się wcale. Nie było w nim swobodnej i bezpiecznej przestrzeni do szaleństw dla naszych maluchów. W sklepie z zabawkami kupiliśmy więc dość pokaźnych rozmiarów, dmuchany basen. Trzy metry na półtora to tyle ile nie miałyby w żadnym typowym kojcu. A do tego nasz wynalazek był miękki i składał się do wielkości pudełka po butach. Po pierwszej próbie napełnienia go zawartością własnych płuc, zrozumiałam, że następny przystanek to sklep kampingowy, w którym zakupiliśmy największą dostępną pompkę nożną. To rozwiązanie polecam serdecznie rodzicom na czas letni, także tym zostającym w domu, którzy dysponują choćby niewielkim kawałkiem przestrzeni ogrodu.





Ostatnim etapem, w którym chłopaki rozwinęły już umiejętność chodzenia, było organizowanie przestrzeni całego pokoju hotelowego w taki sposób, by nic niebezpiecznego czy nieodpowiedniego, nie znalazło się w zasięgu ich rąk. W tym czasie byliśmy już w Meksyku i znów, tak jak w Wietnamie, mogliśmy pozwolić sobie na noclegi w tanich hotelikach. W związku z tym, poszukując pokoju hotelowego w każdym kolejnym miejscu, które zwiedzaliśmy, zadawaliśmy najpierw dwa pytania: jaka jest podłoga? - musiała być odpowiednio czysta lub nadająca się łatwo do sprzątnięcia oraz czy jest szafa? - w której łatwo można schować cały nasz dobytek, tak by nie wpadał w ręce chłopaków. Po jakimś czasie okazało się, że powinniśmy dodać do tego trzecie pytanie - czy drzwi łazienki zamykają się także od zewnątrz? Jak każdy rodzic dobrze wie, ulubionymi miejscami zabaw naszych pociech są zawsze te zakazane i nieodpowiednie. Łazienki hoteli klasy ekonomicznej zdecydowanie się do nich zaliczają.





Co do garnka włożyć?

Z jedzeniem dla chłopaków sprawa od początku była postanowiona. Gotujemy sami. Z nami sprawa była bardziej złożona. W krajach, w których stać nas było na jedzenie w restauracjach (Wietnam, Meksyk) czyniliśmy to z ochotą. W innych, w których nasz budżet starczał akurat na zakupy w supermarkecie (Australia, Nowa Zelandia, USA), gotowaliśmy także dla nas. Palnik z butlą na zmienne paliwo, dwa garnki i wkładka do gotowania na parze. Dużym ułatwieniem byłoby dla nas karmienie chłopaków jedzeniem ze słoiczków. Jednak nasze bliźniaki zawsze bojkotowały gotowe posiłki. Ja zresztą też jestem zwolenniczką przygotowywania posiłków samemu. Takie rozwiązanie zapewnia największe bezpieczeństwo dla ich delikatnych, wkraczających dopiero w świat smaków, żołądków. Dzięki temu zawsze kontrolowałam jakość spożywanych przez nich posiłków co z kolei pozwoliło uniknąć problemów kolek, rozwolnień i zatruć.
Dopiero w ostatnim miesiącu naszej podróży, w Meksyku, gdy chłopaki skończyły już rok i dwa miesiące, odważyliśmy się na wspólne stołowanie w restauracjach. Wybieraliśmy zawsze gotowane, delikatne potrawy, prosząc o przygotowanie ich bez nadmiaru przypraw. Albo mieliśmy szczęście, albo niepotrzebnie się obawialiśmy. W każdym razie udało się bez problemów.





W drodze

Samolot, pociąg, autobus, van, własne auto. Przez te sześć miesięcy sprawdziliśmy każdy środek transportu. I na każdy znaleźliśmy swój sposób by przetrwać. Dziesięć godzin w samolocie. Piętnaście godzin w autobusie. Trzynaście godzin w pociągu. Podstawowa zasada, która sprawdzała się z naszymi maluchami na tak długich przejazdach w jakimkolwiek z wymienionych środków transportu, było podróżowanie nocą. Jednostajny stukot i ruch pojazdu jest świetnym środkiem usypiającym. Piętnaście godzin nocą w pociągu czy autobusie jest czasem łatwiejsze niż trzy godziny za dnia. Jeśli musieliśmy podróżować w ciągu dnia na krótsze dystanse, wybieraliśmy godziny ich drzemki. Oczywiście nie uniknęliśmy sytuacji, w których chłopaki świeżo wyspane zaczynały biegać po nas, wspinać się na okna czy sąsiednie fotele i próbować wytrzymałość pasów. Na pewne rzeczy nie ma sposobu. Po prostu musieliśmy potem wszyscy porządnie odpocząć.





Bywały też i niezbyt udane noce. Jedna z nich zakończyła się kompletną klęską, gdy Aiden obudzony na dwie godziny przed dojazdem krzykiem zmusił nas do zaserwowania mu mleka, po czym całą zawartość swojego żołądka oddał honorowo na siebie, na mnie, siedzenie i wszystko dookoła. Ponieważ numer został powtórzony dwa razy, ja zakończyłam podróż do połowy mokra, a on ubrany w mój sweterek. Tu kłania się zasada numer dwa - zawsze należy mieć ze sobą zapasową (najlepiej dwie) pary ubrań dla bąbla. Co wtedy? Spokój. To jedyna żelazna zasada na sytuacje, w których jedyne na co mamy siłę i ochotę to okrzyk rozpaczy. Zdarzały się też akcje płaczu bez końca. Musiałam wierzyć, że pasażerom obok przeszkadza to zdecydowanie mniej niż nam, gdyż dla nich jest to tylko kolejny hałas, zaś mnie zawsze łamie się serce, gdy słyszę krzyk moich maluchów. Sposób dla mnie to spokój i wiara, że krzyk nie jest czymś najgorszym co może się przydarzyć, a tylko jednym ze sposobów w jaki maluchy wyrażają swoje emocje. Przyznam się, że bywały chwile, w których miałam ochotę pokrzyczeć razem z nimi. W większości sytuacji jednak, bliźniaki znosiły podróże bardzo dobrze. Jeśli to możliwe, warto jest wykupić im oddzielne siedzenia w autobusie, my jednak, z powodów ekonomicznych, wykupywaliśmy jedynie bilety dla siebie, licząc ewentualnie na jakieś dodatkowe, wolne miejsca.





Dobra zabawa

Podróżowanie z dziećmi to przygoda zupełnie innego kalibru. Oprócz świata i wszystkich jego atrakcji, ma się przy sobie małego człowieka, który wyznacza rytm podróży i zmienia jej bieg. To już nie tylko moje własne odczucie świata, to patrzenie na niego jego oczami. To 24 godziny na dobę razem. W ciągu całej podróży ani razu nie skorzystaliśmy z pomocy innych. Nawet do kina chodziliśmy z naszymi pociechami. Okazuje się, że jest to możliwe. Potrzebna jest jedynie dobra organizacja i miła pani w kasie. Był to także wielki sprawdzian dla naszego związku. Ciągle razem nie tylko jako para, ale i jako rodzice. Tak niewiele chwil odpoczynku. Udało się. Powtórzylibyśmy to dziś bez chwili zastanowienia, wiedząc już jak będzie. Bylibyśmy pewnie dużo mądrzejsi i lepiej przygotowani, lecz z pewnością nie  uniknęlibyśmy  niespodzianek,  od  których  nasze pociechy są przecież specjalistami.    A przecież w całym zamieszaniu, mając wciąż pełne ręce i oczy dookoła głowy - trzeba jeszcze pamiętać, by dobrze się bawić. Można zapomnieć pampersów czy nawet mleka w proszku (które da się kupić i w najmniejszej wiosce Wietnamu), ale dwie rzeczy trzeba mieć koniecznie.
Spokój i poczucie humoru są najlepszą receptą na udane podróżowania z dziećmi.





Maja i Patryk Wężowscy         


Wszystkich zainteresowanych informacjami na temat naszych podróży, zapraszamy na naszą stronę internetową: twinplanet.net

































Info
Gdy dowiedzieli się, że będą mieć bliźniaki, postanowili wraz z nimi spełnić swoje wielkie marzenie i wyruszyć w podróż dookoła świata.
Bo jeśli nie teraz, to kiedy?
Chłopcy urodzili się w marcu, w maju wyruszyli z nimi do Portugalii. Spali w namiocie, myli się często pod zimną wodą
i jeździli miejscowymi autobusami. Świat był w zasięgu dłoni.
Gdy chłopcy mieli dziewięć miesięcy wyruszyli z Belgii do Wietnamu, potem Australii, Nowej Zelandii, Stanów Zjednoczonych i Meksyku.
Przez te pół roku przeszli największą szkołę życia, odkrywając starą prawdę, iż dzieciom jest wszystko jedno gdzie są, byleby były ze szczęśliwymi rodzicami. A rodzicom do szczęścia czasem potrzeba podróży...

Zobacz

Z bliźniakami do Dogonów!




...::: menu Przyjaciele :::...

...::: strona startowa :::...