Pasja razy cztery - z bliźniakami do Dogonów.

Nasze bliźniaki Aiden i Noe, swoje pierwsze kroki stawiały w Meksyku, a pierwsze słowa (brum, brum) wypowiadały w Mali. Mają dwa lata i wiedza jak wyglądają nie tylko kozy i krowy ale też wielbłądy, kangury i jaszczurki. Podróżowanie z małymi dziećmi to nie wakacje lecz często bardzo ciężka praca ale daje ogromną satysfakcję...





Cieszę się, że moją pasją nie jest robienie na drutach, bo pasję milo jest dzielić z kimś bliskim a jeszcze przyjemniej z całą rodziną. Trudno stwierdzić co pasjonuje kilkumiesięczne dziecko, chyba najbardziej przebywanie ze szczęśliwymi rodzicami. Nasza pasją było od zawsze podróżowanie. Poznaliśmy się w trakcie podróży. W podróżach spędziliśmy ponad połowę czasu jaki jesteśmy razem. Gdy na świat przyszły bliźniaki, postanowiliśmy, że staną się one częścią naszego nietuzinkowego życia w pełnym tego słowa znaczeniu.
Na przekór wielu przekonaniom, że dziecko to dom, pieluchy i koniec wolności, wybraliśmy się z naszymi dziewięciomiesięcznymi chłopakami w sześciomiesięczną podróż dookoła świata.





Zaczęliśmy od Wietnamu, potem Australia, Nowa Zelandia, Stany Zjednoczone i Meksyk.
Zanim przyszły na świat dzieci, zawsze staraliśmy się nadawać naszym podróżom jakiś dodatkowy cel. Pierwszym pomysłem było odnalezienie znaczenia szczęścia, szukanie pozytywnych historii, które moglibyśmy opisać po powrocie. Historii nie brakowało. Zdecydowanie gorzej było ze znalezieniem chętnych do ich publikowania. Na starcie przegrywaliśmy z nowymi odmianami gryp i Ben Ladenem. Karta się odwróciła gdy znaleźliśmy się na Haiti w dzień po pierwszych manifestacjach i na miesiąc przed obaleniem prezydenta. Nasze reportaże sprzedawały się jak cieple bułeczki a jednak radość z publikacji miała dla nas posmak goryczy.





Podczas podróży z dziećmi dookoła świata wiedzieliśmy, że większość uwagi i czasu pochłonie nam po prostu wspólne podróżowanie i zajmowanie się nimi. Staraliśmy się jednak w każdym z krajów znaleźć choć jeden ciekawy temat na reportaż. Tydzień temu wróciliśmy z kolejnej eskapady - trzymiesięcznej wyprawy po Afryce samochodem terenowym. Tę podróż chcieliśmy znów bardziej ukierunkować. Postanowiliśmy, ze spróbujemy żyć jak nomadzi. Trasa wiodła od Europy przez Maroko, Mauretanie, Mali do Senegalu.





Unikając wszelkich niewygód związanych z lokalnym transportem, zaczęliśmy poznawać Afrykę od niekończącego się piasku. Nasza pierwsza lekcja nauki jazdy po pustyni i odkopywania samochodu zaczęła się już pierwszego dnia spędzonego na Saharze. Dokładnie o dwunastej w południe w pełnym słońcu i trwała pięć godzin. Była to bolesna lekcja ale skuteczna, gdyż z kolejnym zakopaniem uporaliśmy się w dwie godziny a każde następne zajmowało nam nie więcej niż czterdzieści minut.





Późnym popołudniem, gdy robiło się już trochę chłodniej, zatrzymywaliśmy się, by rozkładać namiot. Chcieliśmy żyć jak nomadzi, namiot więc stał się naszym domem na kolejne trzy miesiące. Pierwszej nocy nie mogłam zasnąć, przysłuchując się odgłosom trzepoczącego na wietrze namiotu. Wiedziałam, że to tylko wiatr, a jednak zdawało mi się, że ktoś jest, że zaraz nas zaatakuje, ukradnie samochód. Nie mogąc znieść ciężaru strachu w samotności obudziłam Patryka i nasłuchiwaliśmy razem. Wreszcie zmęczony niepewnością Patryk, postanowił wyjść z namiotu i sprawdzić czy na pewno nikogo nie ma. Wyskoczył z nożem na spotkanie wiatru, gwiazd i bezbrzeżnego pustkowia. Minęło kilka dni, zanim moja wyobraźnia przestała płatać mi figle i zaczęłam wreszcie sypiać spokojnie.





Dla naszych chłopaków pustynia była po prostu niekończącą się piaskownica. Wydmy, po których zjeżdżali na pupie, turlali się czy skakali. Próbowali tez wjeżdżać na najwyższe z wydm własnymi samochodami. Ich plastikowe 4x4 grzęzły w piasku równie szybko co nasz. Porzuciwszy samochody, próbowali zapoznać się ze skarabeuszem. Niesamowite jest to w jaki sposób wszystkie zwierzęta przystosowały się do życia w tych mało sprzyjających warunkach. Chitynowy pancerz chroni skarabeusza od niejednych opałów, tym razem od buta Nousia. Czarny tułów zniknął w piasku i znieruchomiał, by wydobyć się z niego mozolnie dopiero wtedy, gdy uwagę naszych chłopców zajęło coś innego.





Znalezienie nomadów okazało się o wiele łatwiejsze niż sądziliśmy. Zazwyczaj to oni czekali na nas, a dokładniej, na przejeżdżających podróżników stojąc i wymachując różnymi przedmiotami na sprzedaż. Staraliśmy się przedrzeć przez pierwszy kontakt handlowy. Dopytywaliśmy o sposób życia, podglądaliśmy konstrukcje namiotu. Nomadzi przenoszą się z miejsca na miejsce co około trzy, cztery miesiące. Rozrzucone w odległości kilkuset metrów od siebie namioty, tworzą społeczności, "wioski". Wizyta u sąsiada zajmuje trochę czasu, ale po co i do czego się śpieszyć? Ważne by znaleźć się w "domu" przed zapadnięciem zmroku. Najbardziej zaskoczył nas widok uprawianej na piasku grządki sałaty. Szalenie ciekawa okazała się dla nas wizyta u pewnej staruszki, która żyła sama. Jej jedyne towarzystwo stanowiły kozy. Jedną z nich, maleńką, zapragnęła podarować naszym chłopakom. Widok 90-letniej staruszki goniącej kozę był dość niecodzienny. By aspirować do miana prawdziwego nomada, powinniśmy przyjąć podarunek babci, ale gdy wyobraziliśmy sobie kozę w naszym samochodzie, uprzejmie zrezygnowaliśmy z prezentu. Ona pierwsza nie rozłożyła nam swojego sklepiku na piasku, a my byliśmy pierwszymi turystami jakich u siebie gościła.





W Mali krajobraz pustynny zastąpił sahel. Wyschnięta, spękana ziemia, wysuszone krzaki i trawy, no i oczywiście baobaby. Tubylcy potrafią ponoć przyrządzić z nich smaczny sos. O jego walorach zdrowotnych przekonywał nas, nasz przewodnik po krainie Dogonów. Chcieliśmy dowiedzieć się czegoś więcej o tych prastarych plemionach, dla których bliźniaki maja bardzo szczególne znaczenie. W takiej bowiem postaci objawił się ich Bóg stworzycie, co sprawia, ze każde bliźniaki traktowane są przez nich ze szczególną czcią i namaszczeniem. Wizyta Aidenka i Nousia była niekończącym się pasmem uśmiechów i pozdrowień ze strony miejscowych. Ludzie zatrzymywali się by je dotknąć, ukłonić, ofiarować jakiś drobiazg. Zbaczając z nieco przetartych już, turystycznych szlaków, wspięliśmy się na szczyt góry, na której swoją siedzibę ma najwyższy duchowy przywódca Dogonów - Hogon. To pierwsze białe bliźniaki, jakie kiedykolwiek widział. Udzielił im błogosławieństwa i przepowiedział szczęśliwe życie. Ofiarował im też talizman mający wzmacniać działanie dobrych duchów, które przywołał do ich ochrony. Chłopaki zdawały się niewiele robić z całego zamieszani wokół nich. Jednak moment błogosławieństwa przeżyły w skupieniu, a nawet z lekkim lękiem. Wizyta skończyła się wśród serdecznych pozdrowień i podziękowań za przywiezienie do nich naszych skarbów. Za 21 lat odbędzie się w Mali festiwal bliźniaków, który odbywa się raz na 60 lat. Po cichu liczymy, że wtedy Aiden i Noe zabiorą nas na wyprawę do Dogonów...





Wielu ludzi pyta - 'co na to znajomi, rodzina?'. Jak zawsze, jedni pukają się w głowę, inni są zachwyceni. Rodzina nas wspiera, choć wiemy, ze niejednokrotnie nasze wyprawy przyprawiają ich o zawrót głowy. Gdy miesiąc temu dostali od nas smsa z Senegalu, ze chłopaki maja malarię, wyobrażam sobie, co musieli przeżywać. Dla nas też w pierwszej chwili, zabrzmiało to prawie jak wyrok. Nerwowe telefony do instytutu tropikalnego i dopytywanie wszystkich na miejscu. Miejscowi byli zdziwieni naszą paniką, my ich spokojem. Jednak po trzech dniach podawania leku po malarii nie zostało żadnych śladów. Cieszyliśmy się, że wykryliśmy chorobę jeszcze w Afryce, bo tam najlepiej wiedzą jak się z nią obchodzić. Smutna prawda jest taka, że wielu z mieszkańców Afryki nie stać na lekarstwo, nie mówiąc o dostępie do jakiejkolwiek opieki medycznej, w skutek czego, choroba ta kończy się dla nich tragicznie. Nie jest jednak prawdą, że nie można jej wyleczyć. Tak właśnie myśli wielu ludzi w Europie. Bo malaria, tak jak skorpiony i bieda, to niemal jedyne co potocznie kojarzymy z Afryką.





Podróżujemy z naszymi dziećmi, bo mamy nadzieję, że to pomoże uchronić je od wielu schematów myślenia
i nauczy postrzegać otaczający świat, w całej jego różnorodności.

Maja i Patryk Wężowscy         


Pragniemy podziękować firmom w Polsce, które zechciały wesprzeć naszą wyprawę do Afryki: Peli, Quinny, Merell oraz SITA Wszystkich zainteresowanych informacjami na temat naszych podróży, zapraszamy na naszą stronę internetową: twinplanet.net








Info
Dogonowie (zw. Habe, Kado i Tombo.) - negroidalny lud mieszkający w Afryce zachodniej.
Zamieszkują oni południowe Mali - okolice płaskowyżu Bandiagara. Posiadają niezwykle interesującą kulturę, a zwłaszcza mitologię. Plemię, jest ludem rolniczym żyjącym głównie z uprawy prosa. Ich wiedza astronomiczna dotycząca układu podwójnego gwiazdy Syriusz A i B, jest zadziwiająco szczegółowa. Sugerują oni także istnienie trzeciej gwiazdy w układzie Syriusza - Syriusza C. Do dziś naukowcy nie są zgodni czy taka gwiazda instnieje, chociaż pewne obserwacje na to wskazują.

za: wikipedia.pl

Zobacz

Z bliźniakami dookoła świata!




...::: menu Przyjaciele :::...

...::: strona startowa :::...