Zdecydowaliśmy, że pora już ruszyć w świat. Dzieciak trochę nam podrósł, a skoro je już w zasadzie to, co my, to nie ma przeszkód, by podróżował z nami. W każdym niemal kraju świata można dziś kupić pieluchy jednorazowe czy mleczko w proszku dla małych dzieci. Ograniczenia zdrowotne są oczywiste, ale sami też unikamy krajów, w których szerzy się malaria czy inne groźne choroby. Jest tyle miejsc na świecie, że wybieranie takich, w których można zapaść na groźną odmianę malarii, wydaje się nam szalonym pomysłem. Zawsze też kupowaliśmy ubezpieczenie zdrowotne - tym razem też tak oczywiście zrobiliśmy.
Wybór celu podróży był mniej oczywisty, bo wiele jest jeszcze miejsc na świecie, w których chcielibyśmy być, a które spełniają nasze kryteria. W końcu zdecydowaliśmy się na Chiny ze względu na egzotykę, bezpieczeństwo i niskie ceny biletów lotniczych (w trójkę wydaliśmy ok. 3800 zł na bilety - lot Aeroflotem z przesiadką w Moskwie, przy czym na odcinkach Warszawa-Moskwa i Moskwa-Warszawa wiózł nas samolot LOT).
Podstawą do planowania trasy podróży w tym przypadku było miejsce przylotu - Pekin. Wybraliśmy Pekin, ponieważ zależało nam na tym, by podczas naszej pierwszej podróży do Chin zobaczyć Wielki Mur.
Założyłem ponadto, że nie możemy pozwolić sobie na przejazd na jednym odcinku dłuższy niż 10 godzin, bo mogłoby to być zbyt męczące dla malucha. Oczywiście z góry przyjąłem, że na dłuższych odcinkach będziemy podróżowali pociągiem sypialnym. Autobus odpadł w przedbiegach ze względu na uciążliwość podróżowania tym środkiem transportu, zwłaszcza razem z dziećmi.
W Chinach są cztery rodzaje miejsc w pociągach. Twarde i miękkie siedzenia - na pierwsze nie ma miejscówek, więc może się zdarzyć, że będziemy stali, a drugie spotyka się rzadko, tylko na wybranych trasach - oraz twarde i miękkie miejsca sypialne. Początkowo chciałem podróżować na dłuższych odcinkach na miękkich miejscach sypialnych, ale okazało się, że wbrew pozorom, wcale nie jest ich w pociągu zbyt wiele, a poza tym twarde miejsca sypialne są bardzo dobrym wyborem.
Jeszcze w Polsce sprawdziłem w Internecie rozkłady jazdy i wydrukowałem sobie rozkłady jazdy na interesujących mnie trasach. Nie można bowiem oczekiwać, że uda się porozumieć z kasjerem na dworcu w Chinach w jakimkolwiek języku europejskim. Podczas podróży sami się o tym przekonaliśmy na własnej skórze. Zatem kupując bilety, najlepiej pokazać kasjerowi numer pociągu i datę, krzaczki z przewodnika z nazwą miejscowości docelowej oraz przy pomocy gestów pokazać, jakiego biletu się oczekuje. Ważna uwaga: w Chinach nie istnieje możliwość zakupu biletów kolejowych z przesiadką, ani zakupu biletów na pociąg odjeżdżający ze stacji A w kasie na stacji B. Kupuje się bilet ze stacji, z której ma nastąpić odjazd, do ściśle określonej stacji leżącej na trasie pociągu. Podobno istnieją firmy, które mogą pośredniczyć w rezerwacji biletów, ale my się na takowe nie natknęliśmy się, nawet - gdy jak w Qufu - celowo ich szukaliśmy.
Jeśli chodzi o nazwy miejscowości, lepiej nawet nie starać się ich wymawiać. Chiński to język tonalny - oznacza to, że np. sylaba "ma" jest przez Chińczyków inaczej rozumiana w zależności od tego, czy samogłoskę w sylabie wymawia się nisko czy wysoko, w sposób wznoszący czy opadający. Ciężko nam, Europejczykom zrozumieć, na czym to polega, ale efekt jest taki, że próby wymawiania przez nas słów chińskich rzadko kiedy kończą się powodzeniem. Podczas naszego pobytu starałem się nauczyć chociażby nazwy naszego kraju (pytanie "where are you from?" należy do częściej zadawanych), a i tak nie zawsze byłem rozumiany.
Po wzięciu powyższych okoliczności pod uwagę wymyśliliśmy sobie trasę Pekin-Qufu-Shanhaiguan-Shenyang-Pekin. W planowaniu podróży pomógł nam przewodnik Lonely Planet. Przewodnik Pascala jest co prawda tłumaczeniem Lonely Planet, ale trochę zdezaktualizowanym i pomija niestety kilka prowincji, w tym także prowincję Liaoning, której stolicą jest Shenyang. Okazał się on pomocny tylko w jednym przypadku - Xouzou, niezbyt turystycznie atrakcyjnej miejscowości, do której trafiliśmy przypadkiem - jest ona opisana w Pascalu, ale nie w najnowszym wydaniu LP. Pekin - bo było to miejsce przylotu i odlotu, a zarazem miejsce pełne zabytków. Z góry założyliśmy, że nie wszystkie je zobaczymy. Gdyby chcieć obejrzeć wszystkie zabytki Pekinu, trzeba by chyba kilku dni, a tyle czasu nie chcieliśmy spędzić w jednym miejscu.
Qufu - ponieważ było to miejsce urodzin Konfucjusza, pełne starodawnych zabytków i nieodległe od Tai Shan - jednej ze świętych gór chińskich. Chcieliśmy wejść podczas naszej podróży na przynajmniej jedną taką górę. Shanhaiguan - ponieważ miasto to leży w miejscu, w którym Wielki Mur dochodzi do morza. Dzięki temu można zarówno wejść na Wielki Mur, jak i poleżeć na plaży. Shenyang - ponieważ do tego miasta można dojechać z Shanhaiguanu w ciągu kilku godzin, a w samym mieście i w jego okolicy jest kilka ciekawych atrakcji.
Podróż zaplanowaliśmy w taki sposób również dlatego, że chcieliśmy przynajmniej co pewien czas być w większym mieście, podejrzewając (jak się okazało słusznie), że tylko w większych miastach znajdziemy odpowiedni wybór pieluszek, zupek i soczków dla dziecka.
Podróżowanie po Chinach z dziećmi jest o tyle fajne, że za dzieci nie płaci się nic - w pociągach, autobusach i muzeach, przy czym granicą nie jest w tym przypadku wiek, ale wzrost. Bezpłatnie bilety przysługują dzieciom poniżej 120 cm wzrostu - często widuje się na dworcach wymalowane na ścianach linie umożliwiające zmierzenie wzrostu dziecka.
16.06
Rano wylatujemy z lotniska na Okęciu do Moskwy. Mamy jeden duży plecak, torbę podróżną, mały plecak z bagażem podręcznym oraz nosidło. Nosidło turystyczne niestety ma sporo pasków, ale pani przy stanowisku check-in obiecała nam, że zapakuje je w folię, więc zdecydowaliśmy się nadać je na bagaż.
W Moskwie mieliśmy chwilę przerwy na przesiadkę - na szczęście krótką. Do Moskwy lecieliśmy samolotem LOT, z Moskwy zaś Aeroflotem. Standard podróży w obu samolotach był porównywalny i całkiem przyzwoity. Prosiaczek na szczęście szybko nam usnął, a ponieważ w samolocie do Pekinu było trochę wolnych miejsc, mógł bez przeszkód sobie leżeć. My też staraliśmy się przespać, wiedząc, że ze względu na zmianę strefy czasowej nie będziemy mieli wiele czasu na sen.
17.06
Wylądowaliśmy zgodnie z planem.
Po przylocie czekały nas formalności wjazdowe - trzeba było dać urzędnikom formularze celne i dotyczące stanu zdrowia. Na szczęście rozdano je już w samolocie i tam przynajmniej częściowo je wypełniliśmy.
Prosiaczek miał ze względu na zmianę strefy czasowej krótszą niż zwykle noc, ale zniósł to dzielnie.
Po odbiorze bagaży próbowałem wymienić pieniądze. Okazało się to niełatwe, co może dziwić - w końcu lotnisko pekińskie jest ważnym lotniskiem międzynarodowym. W holu lotniska byliśmy o 7 rano, a bankowy punkt wymiany pieniędzy na lotnisku miał zostać otwarty dopiero około 8. Bankomaty, nawet jeśli miały znaczek Visa, z jakichś powodów nie chciały dokonać wypłaty z moich kart bankomatowych. W końcu znalazłem półautomatyczny punkt wymiany pieniędzy. Wyglądało to tak, że wkładało się do automatu banknoty, a ten wypluwał w zamian chińskie yuany. Przed automatem stały jednak dwie Chinki, które sprawdzały paszporty i coś sobie notowały w kajetach - taka półautomatyczna obsługa.
Chiny przywitały nas ogromnymi upałami i ostrym słońcem, co nas zdziwiło. Spodziewaliśmy się, że klimat tu przypomina nieco bardziej nasz.
Autobusem wahadłowym linii 3 (16 Y od osoby) pojechaliśmy na dworzec kolejowy.
Hotel na pierwszy nocleg rezerwowaliśmy przez Internet w Polsce - w agencji elong.com. Wybór ze względu na dogodną lokalizację i stosunkowo niewysoką cenę (318 Y za dwójkę) padł na San Yuan Jinan.
Poszukiwanie hotelu nie zajęło nam wiele czasu - znajduje się on tuż koło dworca, nieco na wschód od niego. Po drodze minęliśmy tłum posiadaczy map i naganiaczy oferujących nam noclegi.
Wyręczyłem rezerwację kobiecie w recepcji, ta sprawdziła coś w swoim systemie informatycznym i powiedziała, że nie ma żadnej rezerwacji dla nas. Zirytowany poszedłem do znajdującego się w hotelu centrum telekomunikacyjnego zadzwonić do agencji elong.com. Pracownica agencji powiedziała mi, że otrzymali od hotelu potwierdzenie rezerwacji, a zatem hotel rezerwację dla nas ma, tylko coś im się musiało pomylić, zapewne z powodu dużej liczby rezerwacji.
Poszedłem jeszcze raz do recepcji i przekazałem recepcjonistce to, co usłyszałem przez telefon, żądając, by sama zadzwoniła do agencji. Przyszło jeszcze kilka pań i panów, zadzwonili do agencji i w końcu dali nam klucze do pokoju, ale widać było, że nie są szczególnie zadowoleni.
Bagaże pomógł nam zanieść do pokoju boy hotelowy, kiedy dałem mu 2 Y napiwku zrobił kwaśną minę i powiedział, że to za mało. Dodałem mu jeszcze 3 Y i gość się zmył, ale ogólnie początek pobytu w hotelu był na tyle nieprzyjemny i irytujący, że postanowiłem ominąć go w drodze powrotnej.
Pokój okazał się dość standardową dwójką, nieco zapuszczoną, co - jak się przekonaliśmy - jest cechą niemal wszystkich chińskich hoteli. W łazience znaleźliśmy gratisowe mydło, grzebień, szczoteczkę do zębów i pastę - jest to standard chyba we wszystkich chińskich hotelach. W łazience stały ponadto pudełeczka z jakimiś kosmetykami, środkami czystości i prezerwatywami. Ponieważ były na nich ceny, zrozumieliśmy, że w przypadku użycia musimy za nie zapłacić. Z podobną praktyką nie spotkaliśmy się później w żadnym innym hotelu.
W pokoju były poza tym kubki do parzenia herbaty oraz czajnik elektryczny (jest to standard w chińskich pokojach hotelowych, ale pod koniec naszego pobytu w Chinach nocowaliśmy w kilku tańszych obiektach, w których zamiast czajnika był termos - trzeba było prosić w takim przypadku obsługę o napełnienie go wrzątkiem).
Ze względu na zmianę strefy czasowej i krótką noc byliśmy zmęczeni, gdy więc po toalecie Prosiaczek poszedł spać, legliśmy na łóżkach tak jak on.
Zbudziliśmy się około południa. Udało nam się jakoś zebrać i ruszyliśmy na miasto. Najpierw czekała nas przeprawa z kupieniem biletu na pociąg.
Przy głównym wejściu na stację kolejową przeszliśmy przez prześwietlenie bagaży. Próbowaliśmy znaleźć specjalną kasę dla obcokrajowców zgodnie z opisem w LP, wygląda jednak na to, że opisywana w przewodniku poczekalnia dla podróżnych z biletami na miękkie siedzenia znajduje się aktualnie w remoncie i biuro sprzedaży biletów, które miało się w niej znajdować, jest również zamknięte. Ominęliśmy kasy znajdujące się na zewnątrz budynku i weszliśmy do sali sprzedaży biletów w osobnym skrzydle dworca. Podeszliśmy do jednego z okienek i tam usiłowałem zapytać się podróżnych, czy stoję we właściwej kolejce, ale ci udawali, że mnie nie widzą. To dziwne uczucie: mówisz coś do kogoś, a ten zwyczajnie patrzy się w inną stronę i udaje, że nie istniejesz. Cóż, odmienność kultury - zresztą był to jedyny przypadek w Chinach, kiedy zostaliśmy potraktowani w taki sposób.
Po dojściu do kasy pokazałem swoją karteczkę. chciałem kupić bilet sypialny do Qufu na dzień następny - pociąg K54. Kasjer powiedział, że biletów nie ma ("nie ma" po chińsku brzmi mniej więcej jak "mej ju" - bardzo przydatny zwrot).
Z przewodnika wiedzieliśmy, że w Qufu jest tylko mała stacja kolejowa, na którą przyjeżdża niewiele pociągów, ale 16 kilometrów od Qufu znajduje się miejscowość Yangzhou, która znajduje się na głównej linii kolejowej łączącej Pekin z miastami na południu - do Qufu jeżdżą stamtąd regularnie minibusy, a za stosunkowo niewielką opłatą można się z niej do Qufu dostać nawet taksówką. Problem polegał na tym, że w przewodniku nie podano krzaczków z nazwą Yangzhou. Kasjer nie rozumiał nazwy miejscowości, którą usiłowałem nieudolnie wymówić. W końcu wystawił nam jakiś bilet - na pociąg T63 (cena - 197 Y za osobę, odjazd o 22:41), który miał odjechać następnego dnia wieczorem. Krzaczki z nazwą stacji docelowej na bilecie nie odpowiadały nazwie Qufu, miałem więc nadzieję, że zrozumiał, że chcemy dojechać do Yangzhou. Dziwne było tylko to, że żaden taki pociąg nie figurował na rozkładzie, który wydrukowałem sobie w Polsce.
Po wyjściu z dworca poszliśmy pieszo do Świątyni Nieba. Świątynia Nieba jest jedną ze starszych świątyń w Pekinie - cesarz składał w niej regularnie ofiary za pomyślność zbiorów. Nie jest to zbyt duża świątynia, więc doszliśmy do wniosku, że wystarczy nam na pierwszy dzień pobytu.
Do świątyni szliśmy pieszo, żeby przy okazji przyjrzeć się nieco miastu, ale nie jest to szczególnie dobry sposób poruszania się po Pekinie, zwłaszcza w takich temperaturach, jakie właśnie panowało (kilka dni później wpadła nam w ręce gazeta, z której wynikało, że w dniu naszego przylotu w Pekinie odnotowano upały 40°C). Po drodze znaleźliśmy dużą halę z artykułami spożywczymi nieźle zapatrzoną w owoce, w której zrobiliśmy drobne zakupy.
Wejście do parku otaczającego świątynię kosztowało nas 10 Y od osoby. Park okazał się przyjemnym miejscem, chociaż biorąc pod uwagę upał, nawet cień drzew nie dawał wytchnienia. Niedaleko od wejścia natknęliśmy się na placyk z przyrządami do ćwiczeń. Przyrządów było sporo, często o zagadkowym przeznaczeniu, pomalowanych na fioletowo i żółto. Później mieliśmy okazję w różnych miastach widzieć tego typu instalacje - ich kolor wszędzie był taki sam. Ćwiczyło niewiele osób, głównie ludzie starsi. Prosiaczek potraktował przyrządy gimnastyczne jak zabawki i trochę sobie pomiędzy nimi pobiegał.
Potem przeszliśmy się po parku - ludzie puszczali latawce, zbierali się w grupy i śpiewali tradycyjne pieśni chińskie (czasem na głosy i naprawdę ze sporym talentem), ćwiczyli grę na instrumentach.
Sama Świątynia Nieba znajduje się na środku parku. Wstęp do niej kosztuje 20 Y. Kompleks jest niezbyt duży, składa się z kilku pawilonów, a między nimi stoi okrągła Świątynia Nieba. Turystów było całkiem sporo, głównie chińskich. Prosiaczek wzbudził powszechne zainteresowanie. Ludzie zamiast zabytkom robili zdjęcia chłopakowi.
Po wyjściu ze Świątyni Nieba poszliśmy znowu pieszo do hotelu. Ponieważ chcieliśmy kupić Prosiaczkowi pieluszki, mleczko w proszku, słoiczki i jakieś soczki, a sami dla siebie wodę, szukaliśmy jakiegoś większego sklepu. Znaleźliśmy najpierw sporą, kilkupiętrową aptekę, ale pracownice nie mogły zrozumieć, o co nam chodzi, gdy pytaliśmy je o żywność dla dzieci. W końcu zaprowadziły nas do niewielkiego stoiska z... ciasteczkami i odżywkami dla sportowców.
Na szczęście nieco na południe od hali handlowej, którą wcześniej minęliśmy (i na południe od stacji metra Chongwenmen), znaleźliśmy w podziemiach jednego z domów towarowych świetnie zaopatrzony i niedrogi supermarket, w którym kupiliśmy całe potrzebne nam zaopatrzenie - dla Prosiaczka mleczko, zupki, soczki, a dla nas napoje i drobne przekąski.
Obiad zjedliśmy w restauracji indyjskiej Le Jazz znajdującej się w tym samym budynku. Jedzenie było niezłe, chociaż nieco dziwnie nam było jeść w Chinach indyjskie curry (kosztowało czterdzieści kilka yuanów za dwie porcje ze Spritem). Najedzeni wróciliśmy do hotelu.
18.06
Spaliśmy dość długo. Na domiar wszystkiego miałem problem z wymianą pieniędzy, bo w hotelu powiedzieli mi, że pieniądze będę mógł wymienić dopiero po 9 rano. Poszedłem obejrzeć okolice hotelu, ale nie znalazłem tam ani czynnych banków, ani bankomatów akceptujących nasze karty płatnicze. Ponieważ pieniędzy nie mieliśmy zbyt wiele, musieliśmy zaczekać do 9.
Następnie poszliśmy zjeść śniadanie. W pobliżu hotelu znaleźliśmy niedużą restaurację, w której za 20 Y dostaliśmy dwie michy makaronu z bulionem. Po raz pierwszy musieliśmy radzić sobie pałeczkami (wczoraj w hinduskiej restauracji dostaliśmy widelec i łyżkę).
Spakowaliśmy bagaże i wyprowadziliśmy się z hotelu pozostawiając nasz ekwipunek pod opieką boya.
Po śniadaniu pojechaliśmy metrem na Plac Niebiańskiego Spokoju (przejazd metrem w Pekinie kosztuje 3 Y). Na stacji metra spotkaliśmy trójkę Polaków (dwóch mężczyzn i jedną kobietę), chwilkę pogadaliśmy, potem my wysiedliśmy z pociągu, a oni pojechali dalej - mieli w programie zwiedzanie Pałacu Letniego.
Plac Niebiańskiego Spokoju jest rzeczywiście ogromny. Z jednej strony znajduje się Mauzoleum Mao, które - gdy przyjechaliśmy - było właśnie zamykane (o 11 jest tam jakaś przerwa techniczna).
Poszliśmy zatem do Zakazanego Miasta przez bramę ozdobioną wielkim zdjęciem Przewodniczącego Mao, pozostawiając przyjemność obejrzenia sobie zabalsamowanych zwłok Mao kolejnej wizycie w Pekinie. Zakazane Miasto było siedzibą cesarzy, dworu i najwyższych urzędników, a jego nazwa pochodzi stąd, że zwykli ludzie nie mieli do niego wstępu. Bilet wstępu kosztuje 60 Y od osoby, można wypożyczyć za dodatkową opłatą magnetofon z nagranym opisem zabytków - my sobie darowaliśmy tę możliwość.
Trudno nam opisać Zakazane Miasto, bo trzeba to wszystko zobaczyć, by móc ocenić. Budynków jest wiele, w większości można obejrzeć mniej lub bardziej ciekawe ekspozycje, czasem multimedialne - np. w muzeum ceramiki wyświetlany był animowany film o produkcji naczyń dostarczanych na dwór cesarski.
Przez Zakazane Miasto przewalają się tłumy turystów, zdecydowana większość to Chińczycy. Turystów zaczepiają młodzi ludzie przedstawiający się jako studenci. Przeważnie twierdzą, że ich profesor właśnie zorganizował wystawę, którą można obejrzeć i ocenić, a przy okazji kupić obrazy lub drzeworyty. Raz nawet poszliśmy obejrzeć taką wystawę - drzeworyty ładne, ale nie mieliśmy zamiaru ich kupować.
Prosiaczek robił ogromną furorę. Każdy chciał go brać na ręce i fotografować. Wyglądało na to, że będziemy musieli przywyknąć do popularności naszego dziecka.
Zwiedzanie skończyliśmy około 17:00, akurat wtedy, gdy Zakazane Miasto było zamykane i tłumy turystów ciągnęły już do wyjść. Z placu pojechaliśmy metrem na stację metra Wanfujing, obok której zgodnie z naszym przewodnikiem miał znajdować się dom towarowy Oriental Plaza - chcieliśmy kupić w nim jakieś artykuły spożywcze. Dom towarowy rzeczywiście był niedaleko - połączony bezpośrednio przejściem podziemnym ze stacją metra, ale supermarket spożywczy okazał się drogi i niezbyt dobrze zaopatrzony, pojechaliśmy zatem metrem do supermarketu, który odkryliśmy poprzedniego dnia. Tamże w restauracji Le Jazz zjedliśmy obiad.
Do pociągu ciągle mieliśmy dużo czasu, poszliśmy więc posiedzieć do Parku Murów z Dynastii Ming. Park ten to w rzeczywistości pas trawnika z posadzonymi rzadko drzewami ciągnący się wzdłuż murów miejskich na południe od dworca kolejowego. Ławki w parkach okupują ludzie w różnym wieku, część to chyba jacyś miejscowi pijacy (chociaż nie śmierdzi od nich i wyglądają dość schludnie). Chinka, która przyszła do parku z dzieckiem, pożyczyła Prosiaczkowi wiatraczek, więc chłopak miał przez pewien czas nową rozrywkę.
Potem wróciliśmy do hotelu, zabraliśmy bagaże, trochę się odświeżyliśmy w łazience i poszliśmy na dworzec.
Dla kogoś, kto nie zna dworca pekińskiego i chińskiego pisma, wcale nie jest tak łatwo znaleźć właściwą poczekalnię. Numery pociągów są co prawda wyświetlane po europejsku razem z godziną odjazdu, ale informacja o tym, do której poczekali należy się udać, jest już wyświetlana po chińsku. Dworce w Chinach wyglądają w taki sposób, że przez główne wejście wchodzi się po prześwietleniu bagażu, a potem idzie się do poczekalni. W poczekalni znajduje się kilka stanowisk z bramkami, takimi jak przy wyjściu do samolotu. Gdy nad bramką pojawi się odpowiedni numer, wiadomo, że można już wejść przez bramkę do przejścia na perony. Na większych dworcach jest jednak kilka poczekalni i trzeba znaleźć właściwą.
Usadowiliśmy się w niewłaściwej i dopiero spacerując z Prosiaczkiem do dworcu, odkryłem, że musimy się przenieść. Prosiaczek oczekiwanie na pociąg zniósł dzielnie - panie sprzedawczynie z dworcowych sklepów dawały mu zabawki do zabawy, więc chłopak miał rozrywkę.
Nasz pociąg okazał się tak zwanym hard sleeperem, czyli sypialnym z twardymi leżankami. Wagon taki składa się z pewnej liczby otwartych (tj. pozbawionych drzwi) przedziałów. W każdym zaś jest 6 leżanek - umieszczonych na trzech poziomach. Nam przypadła dolna leżanka. Podobno jest to najdroższe miejsce i dlatego pewnie najłatwiej je kupić. Dolna leżanka, jak się przekonaliśmy, gwarantuje jednak możliwość w miarę wygodnego siedzenia na niej.
19.06
Prosiaczek usnął i grzecznie spał przez całą noc.
Po drodze pociąg nigdzie się nie zatrzymywał. Gdy wysiedliśmy na stacji i wyszliśmy przed dworzec kolejowy, zdaliśmy sobie sprawę, że coś jest nie tak. Nie byliśmy w Yangzhou, ale w leżącym o ponad 100 kilometrów dalej Xouzou! Miasto to posiada pewne walory turystyczne (np. alternatywną w stosunku do Xian armię glinianych żołnierzy), nie jest ich jednak chyba aż tak dużo, skoro nie opisano go w LP (opis miasta Xouzou jest natomiast w przewodniku Pascala, będącym tłumaczeniem starszej wersji przewodnika LP).
Zgodnie z planem umieszczonym w przewodniku znaleźliśmy dworzec autobusowy, mijając stragany i gotujące się na parze przed restauracjami potrawy śniadaniowe. Okazało się, że za 30 minut miał odjechać autobus przejeżdżający przez Qufu. Kupiliśmy bilety (39 Y sztuka) i grzecznie usiedliśmy w poczekalni. Prosiaczek dokazywał i biegał między bramkami, wzbudzając powszechne życzliwe zainteresowanie. Do autobusów wsiada się w Chinach jak do pociągów, tzn. trzeba przejść przez bramki, na których następuje kontrola biletów.
Dopiero w autobusie dowiedzieliśmy się, że podróż będzie trwała aż 3,5 godziny. Prosiaczek na szczęście usnął mi na kolanach i przespał większą część drogi. Po drodze mijaliśmy niewielkie poletka ryżowe, ale większość upraw stanowią w tym regionie bardziej popularne u nas zboża.
W Qufu zostaliśmy wysadzeni nie na dworcu autobusowym, ale przy jakiejś drodze na północ od centrum miasta. Pewnie stało się tak dlatego, że autobus był przelotowy i jechał dalej do Tai'an. Od razu zaatakowało nas dwóch rikszarzy. Początkowo odganialiśmy ich, ale przyczepili się, a ponieważ upał był potworny, a nie mieliśmy pojęcia, jak daleko mamy do hotelu, zgodziliśmy się w końcu skorzystać z ich usług. W międzyczasie cena usługi przewozowej spadła do 1 Y od osoby. Kazaliśmy się wieźć do Świątyni Konfucjusza, wiedząc z przewodnika, że w pobliżu znajduje się kilka hoteli. Okazało się jednak, że rikszarze po dotarciu na miejsce podjechali pod jakiś upatrzony przez siebie hotel. Boye porwali nam bagaże, więc weszliśmy za nimi do recepcji.
Hotel (Kong Fu Yan Hotel) sprawiał sympatyczne wrażenie, a ceny noclegów w porównaniu z danymi z innych opisanych w przewodniku hoteli były do przyjęcia (288 Y), więc zgodziliśmy się na nocleg. Było to niezłe posunięcie, bo pokoje były całkiem ładne, a dziewczyny pracujące w hotelu były sympatyczne i uwielbiały Prosiaczka - podczas posiłków brały od nas chłopaka i się z nim bawiły, co zmniejszało prawdopodobieństwo wystąpienia u nas wrzodów żołądka wynikających z żywego charakteru naszego synka. Już na wstępie porwały chłopaka i robiły sobie z nim zdjęcia telefonami komórkowymi.
W recepcji hotelu nikt nie znał kompletnie angielskiego. Próbowałem wytłumaczyć, że chcemy zatrzymać się do czwartku, ale nikt nie rozumiał, o co mi chodzi. Dziewczyny zadzwoniły w końcu do jakieś tłumaczki, która po chwili przyszła i przetłumaczyła dziewczynom, o co mi chodzi. Dała mi przy okazji wizytówkę, przedstawiając się jako przewodniczka.
Po umyciu się i przebraniu poszliśmy zjeść obiad do restauracji hotelowej. Menu było na szczęście dostępne w języku angielskim. Zamówiliśmy bakłażany i zupę warzywną oraz ryż. W skład warzyw pływających w zupie odkryłem warzywo, które kiedyś spotkałem w Internecie pod nazwą wax gourd. Posiłek kosztował nas 14 Y.
Po obiedzie poszliśmy powłóczyć się po mieście. W nieodległym Bank of China wymieniłem trochę pieniędzy, kupiliśmy na poczcie pocztówki, a potem na jakimś stoisku zaopatrzyliśmy się w banany dla Prosiaczka i znaleźliśmy malowniczy targ warzywny, który niestety był właśnie zamykany. Chciałem znaleźć zgodnie z informacjami w przewodniku agencję rezerwacji biletów kolejowych, ale wygląda na to, że chyba ją zamknęli, bo w miejscu opisanym w przewodniku nie ma po niej śladu.
20.06
Rano dziewczyny dały nam do wyboru menu chińskie z dwoma zestawami. Wzięliśmy podwójny pierwszy zestaw (10Y). Dostaliśmy bliżej niezidentyfikowaną słoną przekąskę (biała rzodkiew w sosie sojowym?), przekąskę na ostro (warzywa z papryczkami chilli?), bułki gotowane na parze, te same bułki przekształcone w tosty, ryż na wodzie i szynkę z kiełkami i jajecznicę z pak choyem. Takim śniadaniem można się najeść i jest to - jak się potem przekonaliśmy - dość popularna kombinacja w hotelach i restauracjach, ale smakuje to wszystko nie najlepiej, zwłaszcza w porównaniu z pysznymi daniami obiadowymi.
Wpadł mi do głowy pomysł, by wynająć jednak tę przewodniczkę, która nam oferowała swoje usługi, więc zadzwoniłem do niej z recepcji i umówiłem się na 12:00.
Potem pojechaliśmy za 5Y rikszą do Lasu Konfucjańskiego (wstęp 23 Y od osoby). Las ten znajduje się w północnej części miasta, jest w nim grób samego Konfucjusza oraz kilkudziesięciu tysięcy jego potomków.
Lasek jest przyjemny i spacer po nim stanowił odprężenie w tym upalnym dniu. Między drzewami latały maleńkie jak kolibry ptaszki.
Prosiaczka niosłem trochę w nosidle, trochę zaś sam sobie biegał.
Znowu za 5Y wróciliśmy rikszą do hotelu.
W hotelu spotkaliśmy przewodniczkę. Poszła z nami kupować bilety - są dość drogie, w sumie to koszt ok. 100 Y od osoby. Kobieta oprowadziła nas szybko po świątyni i siedzibie rodu Konfucjusza. Świątynia jest ogromna, a posiadłość rodu Kong obejmuje znaczną część miasta Qufu, ale przewodniczka przegoniła nas w szybkim tempie przez te wszystkie zabytki. Jej angielszczyzna była chwilami niezbyt zrozumiała, więc czułem się mało usatysfakcjonowany z jej usług. Na koniec, bezczelna baba, wyrwała mi z dłoni banknot 100 Y (mimo że umawialiśmy się na 50 Y) i zwyczajnie zwiała. Kolejna nauczka, że lepiej coś zwiedzać samemu niż płacić za organizację zwiedzania.
Pozostało nam pojechać do Yangzhou po bilety. Najpierw dorwał nas człowiek z przyczepką na motorze. Chciałem wytłumaczyć mu, że chcę dostać się do miejsca, skąd wyruszają autobusy do Yangzhou, bo muszę dojechać na dworzec kolejowy. Gość zaś powiedział mi, że może mnie zawieźć na dworzec za 20 Y. Kilkakrotnie wymówiłem nazwę Yangzhou (w przewodnikach - jak już wspomniałem - nie umieszczono krzaczków z nazwą miejscowości). Na próżno! Człowiek zawiózł mnie swoim motorkiem na stację kolejową w Qufu, gdzie wcale nie chciałem dojechać. Musiałem jeszcze zapłacić mu za drogę powrotną. Przy okazji pojął jednak, gdzie chcę się dostać i wysadził mnie na dworcu autobusów w Qufu.
Dojazd z Qufu do Yangzhou trwa rzeczywiście 0,5 godziny i kosztuje zaledwie 4 Y.
W Yangzhou w kasie biletowej wzbudziłem pewną sensację, oczywiście głównie dzięki Prosiaczkowi. Pani powiedziała mi, że nie ma żadnych sypialnych do Shanhaiguanu, ale to daleka podróż, więc się uparłem. W końcu udało mi się ją przekonać, wyszła gdzieś na zaplecze, po chwili wróciła i wypisała mi bilety (pociąg 1416 miał odjechać o 14:46, bilet kosztował 117 Y od osoby). Ponieważ jednak nie byłem w stanie się z nią komunikować, sądziłem, że są to bilety na miękkie miejsca siedzące, ponieważ kilkakrotnie wymówiła słowo, które brzmiało jak "soft".
Wracaliśmy do Qufu w przyjemnej atmosferze - pani konduktorka wzięła Prosiaczka na kolana, jakaś dziewczyna robiła mu zaś origami z kawałków gazet. Jeden z podróżnych okazał się japońskim turystą-backpackerem. Jako że odwiedził w ubiegłym roku Polskę, mogliśmy chwilkę porozmawiać o naszym kraju.
W hotelu zjedliśmy zupę z owocami morza i kiełkami fasoli. W zupie pływały duże kostki tofu, owoce morza i bliżej nieokreślona zielenina - kiełki fasoli musiały być chyba bardzo nieliczne, bo trudno nam było je wypatrzyć. Zupa jednak była bardzo smaczna, więc nie zgłaszaliśmy reklamacji.
Wybraliśmy się na pocztę, ale okazało się, że jest już zamknięta. Poszliśmy więc trochę pochodzić po mieście i zrobić zakupy. W sklepie chemicznym kupiliśmy małą paczkę proszku do prania i tusz do rzęs (okazało się potem, że jego niewysoka cena jest w pełni uzasadniona jakością). Na stoisku z warzywami kupiliśmy zaś minibanany i nektarynki. Pani, która nam sprzedawała, była babcią lub inną krewną malutkiego dziecka, które za stoiskiem jeździło sobie na rowerku. Po zakupach więc Prosiaczka postawiliśmy obok tego chłopca. Dzieci były za małe, by bawić się ze sobą, ale zrobiliśmy kilka zdjęć. Właścicielka stoiska i mama chłopca były zachwycone. Dały pojeździć Prosiaczkowi na rowerku. Jedna karmiła go owocami ze stoiska, druga zaś dała mu jakiś napój mleczny w plastikowej buteleczce ze słomką. Dzięki temu Prosiaczek nauczył się pić przez słomkę.
Wracając próbowaliśmy znaleźć sklep ze sznurkiem, na którym moglibyśmy zawiesić pranie, okazało się to jednak zadaniem niełatwym. W końcu w sklepie AGD kupiliśmy kawałek gumki. Przy okazji kupiliśmy tam też chiński tasak - chcieliśmy mieć czym obierać owoce, a o przywiezieniu tasaka z Chin myśleliśmy już wcześniej.
Odkryliśmy w drodze do hotelu, że w bocznej uliczce obok niego trwa nocny targ. Mnóstwo restauracji na żywym powietrzu oferowało swoje usługi - wszędzie widać było żywe węgorze, jakieś raki i kraby. Byliśmy jednak najedzeni, a poza tym było już dość późno. Postanowiliśmy zatem wrócić w to miejsce innego dnia. Niestety, zamiar nasz nie powiódł się.
21.06
Tego dnia mieliśmy pojechać zdobywać świętą górę Tai Shan. Mieliśmy zamiar wstać wcześnie, ale budzik nie zadzwonił, bo złośliwie wyczerpała się bateria, a w konsekwencji wstaliśmy nie o 6, ale o 8. Szybko ubraliśmy się, zjedliśmy śniadanie i rikszą (3 Y) pojechaliśmy na dworze mikrobusów.
Pogoda bardzo się zmieniła. Zamiast upału i palącego słońca, mieliśmy zamglone niebo i deszcz. Nadal było ciepło, ale temperatura wyraźnie spadła.
Nie musieliśmy czekać na autobus - autobus do Tai Shan miał odjazd o 9:17 (bilet kosztował kilkanaście yuanów od osoby). Na miejscu byliśmy o 10:30. Za 10 Y kazaliśmy wieźć się taksówkarzowi do podnóża góry, ale on zamiast zawieźć nas na wejście na szlak, przywiózł nas na dworzec mikrobusów wjeżdżających drogą do połowy zbocza. Na dojście stamtąd do miejsca, w którym chcieliśmy się znaleźć, straciliśmy 0,5 godziny. Gdy zaczęliśmy podejście, była już 12 - potwornie późno.
Panie bileterki porwały nam Prosiaka, trochę się z nim bawiły, jedna z pań karmiła go swoim własnym śniadaniem. Wejście okazało się drogie - 80 Y za osobę. Będąc w Chinach, trzeba przyzwyczaić się do drogich biletów wstępu. Pewnie można by przemknąć na szlak jakoś bokiem, ale to ryzykowne posunięcie, bo punkty kontroli biletów znajdują się również na trasie.
Podejście było okropnie strome, a Prosiak ciążył mi na plecach. Od czasu do czasu łagodny deszczyk zmieniał się w nieco bardziej rzęsiste strugi wody. Dlatego w połowie drogi miałem serdecznie dość i zdecydowałem się zapłacić 45 Y za osobę za kolejkę linową, która zawiozła nas na szczyt. Na górze zwiedziliśmy świątynie konfucjańskie. Widoki z góry w pogodny dzień są podobno wspaniałe, ale dzień nie był pogodny.
Następnie zjechaliśmy kolejką do połowy trasy. W wagoniku spotkaliśmy chińskich studentów, którzy - tak jak inny Chińczycy - podziwiali naszego synka. Byli bardzo zaskoczeni, gdy wyjaśniliśmy się, że u nas większość dzieci rodzi się z niebieskimi oczami i jasnymi oczami, ale później oczy im często zmieniają kolor, a włosy ciemnieją.
W połowie drogi zjedliśmy za jedyne 10Y dwie porcje makaronu - jedna była z kurczakiem, a druga z wołowiną. Właścicielka pensjonatu, w którym znajdowała się restauracja, namawiała nas na nocleg, twierdząc, że o tej porze nie uda nam się już znaleźć autobusu do Qufu. Uznaliśmy to za chwyt reklamowy, ale zasiało to w nas nutkę niepokoju. Za 10 Y od osoby zjechaliśmy mikrobusem do stóp góry, a potem złapaliśmy taksówkę za 10 Y na dworzec autobusowy. Właścicielka pensjonatu miała niestety rację - wygląda na to, że autobusy w Chinach przestają jeździć dość wcześnie wieczorem. Była dopiero 18:15, a dworzec wyglądał jak wymarły.
Za 5 Y kazaliśmy się wieźć na dworzec kolejowy. Pociąg do Yangzhou miał odjechać dopiero o 21:02 (pociąg 1477, 13 Y od osoby), więc mieliśmy jeszcze dużo czasu. Prosiaczek wzbudził na dworcu duże zainteresowanie - dostał od jakiegoś pana parówki sojowe.
W pobliżu dworca znaleźliśmy w podziemiach niezły supermarket. Kupiliśmy tam nowe zaopatrzenie dla Prosiaczka (jakieś zupki) oraz trochę owoców. Prosiak wzbudził ogromne zamieszanie. Wszystkie dziewczyny pracujące w sklepie zbiegły się, by go oglądać.
Po zakupach poszliśmy do poczekalni dworcowej. Niestety, musieliśmy czekać dłużej, niż to wynikało z godziny odjazdy na rozkładzie jazdy, bo pociąg spóźnił się 30 minut.
Bilety tym razem jechaliśmy w wagonie z twardymi siedzeniami, czyli w najniższej klasie. Warunki jazdy okazały się jednak całkiem niezłe, a siedzenia bynajmniej nie takie twarde, jak można by sądzić po ich nazwie. Podróżni w pociągu byli bardzo mili i robili sobie zdjęcia z Prosiaczkiem, do czego już zdążyliśmy przywyknąć.
Dojechaliśmy do Yangzhou około 22:30. Oczywiście nie było sensu liczyć na mikrobus. Jednak przed dworcem kłębił się tłum taksówkarzy. Po targach jeden z nich zgodził się zawieźć nas do Qufu za 40 Y. Taksówkarz okazał się dowcipnym gościem - pogadaliśmy sobie: on do mnie po chińsku, ja do niego po polsku. Zaśpiewaliśmy sobie kilka piosenek.
22.06
Ostatni dzień naszego pobytu w Qufu znowu był dość upalny. Po spakowaniu się i zjedzeniu śniadania poszliśmy na pocztę wysłać pocztówki. Po powrocie odebraliśmy bagaże i pojechaliśmy taksówką do Yangzhou. Tym razem bez targowania się, bo w taksówce był taksometr - okazało się, że jazda z taksometrem także kosztuje 40 Y.
Nasz wagon okazał się sypialnym z twardymi miejscami, co nieco nas zaskoczyło, bo wydawało się nam, że kupiliśmy bilet na miękkie miejsca siedzące. Znowu przypadły nam miejsca na leżankach na dole. Nad nami leżankę zajmowała młoda dziewczyna, podobno nauczycielka - znała trochę angielski. Wzięła od nas Prosiaczka, żeby się z nim pobawić, i go uśpiła.
Drzemka Prosiaczka była jednak krótka, a po obudzeniu się zaczął nam dokazywać. Wzbudził powszechne zainteresowanie i dostał w prezencie gruszki nashi.
23.06
Pociąg trochę się spóźnił, do Shanhaiguanu dojechał nieco przed 2 w nocy. Taksówkarze na dworcu starali się namówić nas na jazdę do jakiegoś hotelu, którego nazwę (Jingshan Hotel) mieli wypisaną na tabliczce zawierającej również zdjęcia pokoi, ale zgodnie z planami w naszych przewodnikach hotele miały znajdować się niedaleko od dworca, więc próbowaliśmy dojść do nich pieszo. Podczas gdy my brnęliśmy w ciemnościach z plecakami, taksówkarze jechali za nami, oferując swoje usługi i obniżając ceny.
Niestety, po przejściu kilkuset metrów okazało się, że rzeczywistość nie wygląda tak, jak w przewodniku (później próbowaliśmy znaleźć hotele opisywane w przewodniku w biały dzień i było to dość trudne zadanie - gdyby ktoś szukał ich kiedyś, to należy z dworca skręcić prosto w lewo, przejść pod jakimiś billboardami wydeptaną przez okolicznych mieszkańców ścieżką, zeskoczyć z murku i i po przejściu jakichś dwustu metrów skręcić w przecznicę po prawej stronie - w tym rejonie jest kilka hoteli, szyldy są niestety tylko po chińsku).
Dlatego wzięliśmy w końcu taksówkę, mimo że w żadnym przewodniku hotel Jingshan nie był opisany - dobra strona tej przygody jest taka, że taksówkarze spuścili cenę do 2 Y.
Zostaliśmy zawiezieni do hotelu. Zaspana recepcjonistka dała nam klucze. Pokoje były dość drogie (320Y za dobę), ale całkiem przyjemne.
Z oczywistych powodów następnego dnia obudziliśmy się raczej późno i późno poszliśmy coś zjeść. W restauracji podawano już dania obiadowe, więc wzięliśmy sobie jakieś danie z woka. Obsługa restauracji nie znała angielskiego, ale dała nam menu w tym języku. Niestety już pierwszego dnia trochę je zdewastowaliśmy - Prosiaczek był strasznie niegrzeczny podczas śniadania i rozlał szklankę z sokiem dokładnie na kartki z menu.
Próbowaliśmy wyjść z restauracji na placyk przed nią, ale pracownicy nie chcieli nas wypuścić. Nie bardzo rozumieliśmy dlaczego, ale grzecznie wyszliśmy przez główną bramę hotelu. Okazało się, że nasz hotel sąsiaduje z jedną z głównych atrakcji Shanhaiguanu - tak zwanym Pierwszym Przejściem Poniżej Niebios. Pierwsze Przejście Poniżej Niebios to fragment Wielkiego Muru - nazwę tę nosi dokładnie jedna z wież obronnych znajdujących się nad bramą w Wielkim Murze (w recepcji naszego hotelu znajduje się nazwa the First Pass Hotel, jest ona umieszczona także na hotelowych papierach firmowych i pod taką nazwą hotel jest opisany w przewodniku Pascala - dlatego też nie mogliśmy znaleźć tego opisu w nocy).
W budce kupiliśmy bilet wstępu za 40 Y. Po wejściu do środka przekonaliśmy się, dlaczego nie chciano wypuścić nas z restauracji na zewnątrz. Do restauracji można wejść z placu przed Pierwszym Przejściem Poniżej Niebios, z czego korzystają turyści, którzy wykupili bilety. Stąd też pracownicy restauracji oddzielali turystów z zewnątrz od gości hotelowych, nie pozwalając tym drugim na wyjście przed restaurację.
Weszliśmy na mur. Udostępniony do zwiedzania fragment murów jest dość krótki. Można się po nim przespacerować i zobaczyć z góry, jak wygląda miasto i fragmenty murów, które nie zostały odnowione. Wejście na górny poziom wieży Pierwszego Przejścia Poniżej Niebios kosztuje dodatkowe 2 Y - w środku jest niewielka ekspozycja dawnej broni i strojów, ale widoki nie są szczególnie lepsze od tego, co można zobaczyć z murów.
Na dole przeszliśmy przez bramę w murze i znaleźliśmy się w niewielkim ogrodzie. Wypuściliśmy Prosiaczka, żeby sobie trochę pobiegał, a potem wzdłuż murów poszliśmy na południe. Prosiaczek szedł sobie trzymany za rękę swoim nieporadnym jeszcze krokiem, co wzbudzało sensację wśród zwiedzających zabytek Chińczyków. Za murem znajduje się niewielkie jeziorko, pełno w nim złotych rybek, które gromadzą się przy brzegu, czekając na okruchy pieczywa wrzucane do wody przez turystów. Prosiaczka bardzo te rybki zainteresowały.
W taki sposób dotarliśmy do południowego wyjścia z terenu zabytku. Przeszliśmy kolejnych kilkaset metrów wzdłuż murów na południe. Po prawej stronie drogi znaleźliśmy muzeum chińskiego muru. Do wejście uprawnia ten sam bilet, który umożliwia wejście do Pierwszego Przejścia Poniżej Niebios.
Muzeum jest ciekawie urządzone, a z ekspozycji można wiele dowiedzieć się o Wielkim Murze.
Po wyjściu z muzeum poszliśmy dalej na południe. Bank of China znajduje się dokładnie tam, gdzie jest zaznaczony na mapie w przewodniku LP, ale nie udało mi się w nim wymienić pieniędzy. Pracownicy próbowali przepuścić posiadane przeze mnie banknoty przez jakiś skaner, ale z niewiadomego powodu nie udawało im się to. Nie można również korzystać z bankomatów w tym oddziale - podobno Bank of China nie ma żadnych bankomatów w Shanhaiguanie, pracownicy banku mogli nam zaproponować jedynie wycieczkę do Qinhuangdao, gdzie znajduje się najbliższy bankomat. Qinhuangdao to duże miasto znajdujące się w pobliżu Shanhaiguanu i można tam dojechać zwykłym autobusem miejskim, ale woleliśmy uniknąć straty czasu na podróż tam.
Poszliśmy powłóczyć się trochę po mieście, spróbować znaleźć hotele, których nie udało nam się odszukać w nocy. Przy okazji znaleźliśmy jeszcze jeden oddział Bank of China - udało mi się w nim wymienić trochę pieniędzy.
W tej części miasta, tj. na południe od murów miejskich, znajduje się również rewelacyjny targ z różnymi morskimi dziwolągami. Można tam też kupić sprzedawane w celach kulinarnych robactwo.
Wróciliśmy do hotelu i po pokrzepieniu się poszliśmy na przystanek autobusowy znajdujący się przy południowej bramie w murach miejskich. Autobusem 25 pojechaliśmy na Głowę Starego Smoka - tak nazywa się miejsce, w którym Wielki Mur styka się z morzem. Zgodnie z radą LP darowaliśmy sobie wejście na Głowę Starego Smoka i zamiast tego poszliśmy na plażę.
Niebo w międzyczasie nieco się zachmurzyło, ale było nadal dość ciepło. Prosiaczek zafascynowany bawił się piaskiem, a my podziwialiśmy Wielki Mur.
Autobusem wróciliśmy do miasta.
Poszliśmy na dworzec kolejowy i bez większych problemów kupiliśmy bilety do Shengyangu. To stosunkowo krótka, tylko 5-godzinna podróż, więc zdecydowaliśmy się na zwykłe, twarde siedzenia (pociąg 2179, odjazd o 9:10, 31 Y od osoby).
Włócząc się koło dworca kolejowego, znaleźliśmy przyjemną restauracyjkę. Nie mieli tam menu po angielsku, więc zamiast dania z ryby udało nam się zamówić zupę z ośmiornicy z boczkiem. Zupa była smaczna, odrobinę może przesolona.
Wieczorem zrobiłem małą przepierkę. Niestety, okazało się później, że z jakiegoś powodu - zapewne słabej klimatyzacji i niskiej temperatury w pokoju - nic nie chciało tam schnąć. Pranie suszyło się przez cały nasz pobyt w Shanhaiguanie i nie wyschło do końca, co oczywiście powodowało, że pachniało niezbyt przyjemnie.
24.06
Obudziliśmy się o 9. Było ciepło, ale niebo zasłaniały chmury, a w powietrzu unosiła się mgiełka.
Zjedliśmy śniadanie i pojechaliśmy trójkołówką za 7 Y do Jiao Shan. Jiao Shan to nazwa jednego ze wzgórz i pierwszy od strony morza odcinek Wielkiego Muru, gdzie Mur wspina się na wzgórza. Wzgórza te ciągną się potem przez setki kilometrów aż do stepów mongolskich.
Na kasie biletowej wisi cennik z różnymi wariantami biletów: są jakieś za 10 Y, za 15 Y, za 90 Y i 130 Y. Oczywiście nie ma opisu po angielsku i nikt w kasie nie zna języków obcych. Wybraliśmy bilety za 90 Y, podejrzewając, że uprawniają do przejazdu wyciągiem. Po doświadczeniach z Tai Shan mam zdecydowanie dość ostrych podejść z chłopakiem w nosidle na grzbiecie, a przewodnik ostrzegał (jak się okazało, słusznie) przed ostrym podejściem na szczyt wzgórza.
Widok na Wielki Mur z dołu jest wspaniały. Wjechaliśmy wyciągiem na górę i przespacerowaliśmy się do położonego na jednym ze szczytów klasztoru buddyjskiego. Potem wróciliśmy i drogą doszliśmy do Wielkiego Muru, zeszliśmy po nim do stóp wzgórza. Mijając zziajanych, idących z dołu turystów, nie żałowaliśmy decyzji o skorzystaniu z kolejki linowej.
Przy wyjściu z terenu wzgórza czekają taksówki. Za 13 Y pojechaliśmy do południowej części miasta i zrobiliśmy trochę zakupów (zaopatrzyliśmy się głównie w owoce), a następnie wróciliśmy do hotelu. Trochę odpoczęliśmy i znowu wyszliśmy na miasto. Poszliśmy zwiedzić targ owocowy, który widzieliśmy z okien autobusu, którym poprzedniego dnia jechaliśmy na Głowę Starego Smoka. Zrezygnowaliśmy z pójścia nad morze, bo niebo było zachmurzone.
W pobliżu dworca kolejowego znaleźliśmy małą restauracyjkę, przed którą w wielkim kotle bulgotał bulion. Kupiliśmy sobie zatem zupkę z pierożkami - słynną zupę wonton oraz wieprzowinę z zieloną papryką - kosztowało nas to niecałe 10 yuanów, a jedzenie było pyszne.
Po kolacji wróciliśmy do hotelu. Prosiaczek był wyjątkowo męczący i nie chciał iść spać.
25.06
Dzień ten mieliśmy spędzić beztrosko na plaży, ale pogoda spłatała nam figla. Nie tylko niebo było zachmurzone, ale zaczęło padać. Pojechaliśmy autobusem na Głowę Starego Smoka, ale po krótkiej przechadzce po wyludnionej plaży wróciliśmy z powrotem do miasta.
W oddziale Bank of China, który znaleźliśmy przedwczoraj, znowu wymieniliśmy trochę pieniędzy. Potem poszliśmy zjeść do restauracji, w której wczoraj tak smakował nam obiad. Niestety, byliśmy tam chyba zbyt wcześnie. Za 6 yuanów dostaliśmy makaron z ogórkami oraz sosem sojowym, ale danie to nie było specjalnie smaczne. Wróciliśmy do hotelu i do wieczora leniuchowaliśmy.
26.07
Rano wstaliśmy wcześnie i po śniadaniu (zwyczajowy śniadaniowy ryż na wodzie i bułki na parze) wyprowadziliśmy się z hotelu. Nasz pociąg miał odjeżdżać o 9:10 Wzięliśmy taksówkę na stację kolejową (5 Y). W poczekalni Prosiaczek dostał od jakiejś chińskiej babci wisienki. Ponieważ chłopak lubi kwaśne smaki, wciągnął je (już w pociągu) z apetytem.
Pociąg był dość zatłoczony, ale były jeszcze miejsca siedzące. Podróż twardymi siedzeniami na dystansie kilku godzin jest stosunkowo wygodna. Siedzenia wcale nie są twarde, bez przerwy chodzą po pociągu sprzedawcy napojów, jedzenia i lodów, więc zawsze można się pokrzepić, a jedyny problem stanowią śmieci - w chińskich pociągach zazwyczaj wcale nie ma pojemników na śmieci, rzuca się je na podłogę (lub za okno), a co pewien czas obsługa pociągu przy pomocy miotełki wygarnia śmieci spod siedzeń i je wyrzuca. Prosiaczek część podróży przespał.
Około godziny 14:40 pociąg dojechał do stacji północnej w Shenyangu. Stosunkowo niedrogi hotel jest już w samym budynku dworca, ale stwierdziliśmy, że poszukamy jeszcze czegoś odrobinę tańszego. Z przewodnika nauczyłem się dwóch znaczków chińskich występujących często w nazwach hoteli (umownie nazwałem je sobie: "ludzik"oraz "powieszony na szubienicy kociołek z nóżkami"). Dwieście czy trzysta metrów na północ od dworca w zaułku dojrzałem na jakimś budynku te właśnie znaczki. Żadnych oznaczeń po angielsku oczywiście tam nie było, ale okazało się, że był to rzeczywiście hotel.
Nikt w recepcji nie znał angielskiego, ale szczęśliwie pomógł nam dogadać się z obsługą przedstawiciel firmy Amway, który przygotowywał właśnie swoją prezentację, która miała odbyć się w hotelowym centrum konferencyjnym (przy okazji usiłował wciągnąć nas do swojej sieci, z niewielkim - jak można się domyślić - skutkiem). Nocleg kosztował nas 130 Y, najmniej jak dotąd podczas naszego pobytu w Chinach. Pokój nie różnił się za to zbytnio standardem od tych, w których byliśmy poprzednio, poza może tym, że zamiast czajnika elektrycznego był tam termos. By dostać wrzątek, trzeba było pójść do dziewczyny z obsługi (na każdym piętrze była przynajmniej jedna) i poprosić o napełnienie termosu.
Niestety, okazało się, że w hotelu w Shanhaiguan zapomnieliśmy samochodzików Prosiaczka.
Odkryliśmy, że po drugiej stronie ulicy jest hipermarket Carrefour, więc poszliśmy do niego zrobić drobne zakupy. Obiad zjedliśmy w bistro znajdującym się w pobliżu naszego hotelu. Zapłaciliśmy za posiłek nieco ponad 20Y, ale był całkiem smaczny.
Kupiliśmy bez większych problemów bilet sypialny do Pekinu na 29.06 (pociąg K54, odjazd o 21:25, 172 Y za osobę).
27.06
Pobudka wcześnie rano. Dzień był bezchmurny i upalny.
Najpierw poszedłem szukać bankomatu. Zgodnie z przewodnikiem LP w pobliżu dworca północnego powinny istnieć jakieś bankomaty akceptujące międzynarodowe karty. Faktycznie okolica roi się wręcz od banków, ale wszystkie bankomaty, które sprawdziłem, nie akceptowały zagranicznych kart płatniczych. Trochę na południe od dworca znalazłem Bank of China, ale oddział jest czynny od 8:30 i nie ma bankomatów na zewnątrz. Przed samym dworcem znalazłem natomiast Bank of Communications, przyjrzałem się bankomatom, nie bardzo wierząc w szanse powodzenia, ale ku memu zdziwieniu były na nich znaczki Visa i Mastercard. I rzeczywiście udało mi się wypłacić pieniądze.
Śniadanie zjedliśmy w knajpce w pobliżu hotelu - knajpka jest trochę obskurna, jedzenie podają na bardzo zużytych, aż czarnych ze starości dim sumach (czyli specjalnych naczyniach do gotowania na parze), ale pierożki są wyborne i jest dość tanio. Zapłaciliśmy za śniadanie 9Y. Udało nam się nawet coś zjeść w miarę spokojnie, bo panie z obsługi wzięły sobie Prosiaczka i się z nim bawiły.
Po śniadaniu pojechaliśmy autobusem 217 do Parku Północnego. Park Północny okazał się całkiem miłym miejscem, pełnym wykonanych z plastiku postaci z bajek i filmów Disneya. Chińczycy puszczają tu latawce i śpiewają tradycyjne pieśni. Na końcu parku znajduje się grobowiec Huang Taiji, jednego z założycieli dynastii Qing, ostatniej, pochodzącej z Mandżurii dynastii cesarskiej (wejście do parku - 6 Y od osoby, za wejście do mauzoleum Huang Taiji płaci się dodatkowo 30 Y od osoby).
Ponieważ nie chciało nam się wracać w upale pieszo do wejścia. Przejechaliśmy się za 5 Y od osoby tramwajem turystycznym do wejścia. Kupiliśmy sobie na koniec lody (2 Y sztuka) i posiedzieliśmy chwilę w cieniu drzew.
Następnie pojechaliśmy do Pałacu Cesarskiego (Pałacu Mukden) autobusem 227.
Przed Pałacem w małym sklepiku kupiliśmy tandetny plastikowy czołg dla Prosiaka (6 Y) oraz ładne wachlarze, a także kiczowate rybki pływające w szklanym jajku (3 Y sztuka) podświetlane różnokolorowymi diodami LED. Kicz pierwsza klasa i za naprawdę dobrą cenę!
Pałac Cesarski w Shenyangu jest bardzo ładny, przypomina nieco Zakazane Miasto w Pekinie, na mniejszą nieco skalę (bilet - 50 Y za osobę). Autobusem 227 wróciliśmy do hotelu.
Postanowiliśmy odszukać opisaną w przewodniku LP dzielnicę handlową, która miała znajdować się w pobliżu południowego dworca autobusowego, przy ulicy Taiyuan. Wybraliśmy się autobusem 203, ale zamiast jak zwykle zapytać kierowcę lub konduktora o to, gdzie wysiąść, postanowiliśmy kierować się własną orientacją i mapą zamieszczoną w przewodniku. Wysiedliśmy, w miejscu, do którego - jak nam się wydawało - można dojść na dworzec południowy, ale w żaden sposób nie mogliśmy tego dworca znaleźć. Ponieważ byliśmy już trochę głodni, postanowiliśmy coś zjeść i wkrótce znaleźliśmy kwartał ulic zapełnionych restauracyjkami. Wybraliśmy jedną z nich, taką, która sprawiała wrażenie czystej i eleganckiej. Dopiero z karty dowiedzieliśmy się, że jest to restauracja koreańska. Obfity wielodaniowy obiad kosztował nas 50 Y - jajko sadzone z ryżem, danie z warzyw i grzybów oraz kiełki przyrządzone na ostro, a poza tym jakieś przystawki z warzyw i wodorostów.
Dopiero po wyjściu z lokalu, przejściu kilku ulic zapełnionych koreańskimi restauracjami i sklepami i lekturze mapy doszliśmy do wniosku, że całkiem przez przypadek trafiliśmy do koreańskiej dzielnicy, wysiadając za wcześnie z autobusu.
Pieszo ruszyliśmy w kierunku dworca południowego, ale gdy już znaleźliśmy opisany w przewodniku ciąg handlowy, okazało się, że targ nocny jest właśnie zamykany - właściciele pakują towar i likwidują stoiska. Wróciliśmy do hotelu taksówką (16 Y), gdyż była już prawie 22:00, a komunikacja miejsca w Shenyangu dość wcześnie kończy pracę (ostatnie autobusy odjeżdżają około 20:00) - podobnie zresztą jest chyba również w innych miastach chińskich.
28.06
Wstaliśmy bardzo wcześnie rano. Dzień był upalny i słoneczny.
Autobusem 602 pojechaliśmy na dworzec południowy. Szukaliśmy chwilę opisywanego w przewodniku południowego dworca autobusowego. Dworzec autobusowy jest tam rzeczywiście, ale niezupełnie w tym miejscu, w którym zaznaczono go na mapie w LP - jest właściwie naprzeciwko dworca kolejowego, przy jego południowym końcu. Na szczęście pomocni okazują się naganiacze. Informacja zawarta w LP, że o 7:30 odjeżdża bezpośredni autobus do jaskiń wodnych Benxi okazuje się na szczęście prawdziwa. Podróż trwała mniej więcej 1:45 i kosztuje 26,5 Y od osoby. Usłużny konduktor poinformował nas, że autobus wraca do Shenyangu o 14:30, co zgadza się z danymi z przewodnika LP.
W kasie biletowej nikt nie mówił po angielsku, a dostępnych jest wiele wariantów biletów. Kupiliśmy jeden z nich (87 Y od osoby) i otrzymaliśmy plik biletów. Wśród nich były jakieś bilety ze zdjęciem tramwaju turystycznego, więc wsiedliśmy do jednego z takich pojazdów stojących przed kasami i pojechaliśmy do wejścia do jaskiń.
Wejście do jaskini znajduje się w malowniczym otoczeniu. Jest przed nim spore jeziorko ze złotymi rybkami i kilka dających cień pawilonów.
Ubraliśmy ciepło Prosiaczka i sami też przed wejściem do jaskiń przygotowaliśmy się do zmiany temperatury.
Pierwsza część zwiedzania obejmuje zespół grot podświetlonych różnokolorowymi światełkami, w których są wystawione postacie dinozaurów. Trochę to wszystko kiczowate, ale ładne.
Następna część to przejazd łodzią motorową po podziemnej rzece, podobno - według napisów umieszczonych przed jaskinią - najdłuższą podziemną rzeką świata. Całkiem możliwe, że z tą długością to tylko chwyt reklamowy, ale przejażdżka jest dość długa, trwa około 40-50 minut. Przy wejściu na łódź dostaje się dodatkowe ciepłe płaszcze chroniące przed wilgocią i zimnem. Jaskinia jest rozświetlona kolorowymi światłami, groty są gigantyczne, niektóre mają wielkość nawy sporego kościoła. Wrażenia estetyczne bardzo ciekawe.
Po tej przejażdżce wyszliśmy z jaskini. Ponieważ zostały nam w ręku jeszcze jakieś niewykorzystane bilety, postanowiliśmy sprawdzić, czy do czegoś nie uprawniają. Trudno nam jednak było się dogadać, nikt nie rozumiał, o co nam chodzi. Chyba mają za dużo tych różnych biletów i wtykają je każdemu, żeby się ich pozbyć.
Potem, korzystając z faktu, że do odjazdu autobusu powrotnego mieliśmy jeszcze ponad 3 godziny, postanowiliśmy przejść się po okolicy. Nad jaskinią znajduje się góra, która jest rezerwatem - podobno można tam obserwować ptaki. Ponieważ jednak chodzenie z Prosiaczkiem po górach na grzbiecie jest średnią przyjemnością, a za wstęp trzeba dodatkowo płacić, postanowiliśmy sobie odpuścić.
Jako że nie jedliśmy śniadania, postanowiliśmy zjeść w położonym niedaleko hotelu. Okazało się, że klienci są prowadzeni do specjalnych pokoi w celu spożycia posiłku. Zamówiliśmy rybę w sosie sojowym i piwo. Ryba była smaczna i dobrze przyrządzona, ale okropnie oścista. Przyjemność ta kosztowała nas 42 Y.
W pobliżu hotelu jest muzeum glinianej armii z Xian, ale postanowiliśmy sobie darować jego zwiedzanie. Jak wiadomo, armia glinianych wojowników z Xian znajduje się w Xian i tam też się kiedyś udamy, by ją zobaczyć. Nie ma z naszego punktu widzenia większego sensu wydawanie kilku yuanów na oglądanie kopii.
Wróciliśmy zatem nad jeziorko, by odpocząć w cieniu zbudowanych nad wodą pawilonów.
Przed 14:00 poszliśmy do tramwajów turystycznych, ale ponieważ nie mieliśmy już żadnego biletu ze zdjęciem takiego tramwaju, nie chcieli nas przewieźć do wyjścia. Ponieważ jednak sprawialiśmy wrażenie zagubionych i udawaliśmy, że nie wiemy, o co chodzi, ktoś w końcu zlitował się nad nami i pozwolił usiąść w pojeździe. Bardzo dobre posunięcie: od wejścia do jaskiń do parkingu autobusów jest kawałek, a w takim upale, taki spacer to żadna przyjemność.
Z tramwaju naganiacz zaprowadził nas od razu do autobusu, który miał odjechać do Shenyangu. Posiedzieliśmy w nim chwilę, podczas gdy nadchodzili kolejni pasażerowie, ale po jakichś 15 minutach przybiegł konduktor i kazał nam się przesiąść do innego autobusu. Ten inny autobus był już częściowo zapełniony ludźmi. Z trudem znaleźliśmy w nim miejsce. Byliśmy ściśnięci jak sardynki, a wciąż dochodziły nowe osoby. Skończyło się to wszystko awanturą. Jakiś krewki Chińczyk rzucił się na kierowcę, krzycząc głośno na niego. Żona wzburzonego pasażera usiłowała go uspokoić, co w końcu jej się jakoś udało.
W końcu autobus pojechał.
Podróż była niewygodna, Prosiak na szczęście większą jej część przespał.
Do hotelu wróciliśmy z dworca autobusowego autobusem 602. Ponieważ nie chciało nam się już iść na targ przy dworcu południowym, poszliśmy tylko na zakupy do centrum handlowego Carrefour.
Kolację zjedliśmy w naszym hotelu. Za 34 Y dostaliśmy - prócz ryżu - zakąski (glony i cebulkę), jakieś danie z mięsa i pierożki . Pierożki były trochę dziwne w smaku, bo nadzienie było ze szczypiorku i czosnku, niezbyt nam taka kombinacja smakowała.
29.06
Ostatni dzień naszego pobytu w Shenyangu okazał się dość pochmurny.
Bagaże zostawiliśmy w hotelu w recepcji.
Najpierw pojechaliśmy zwiedzić Pagodę Północą (autobus 325 z dworca północnego). Dojechaliśmy bez problemu, trochę trudno znaleźć bramę wejściową, bo jest od zupełnie innej strony niż przystanek. Wejście jest - wbrew temu, co napisano w LP - bezpłatne. Miejsce to jest czynną świątynią. Widać buddyjskich mnichów i modlących się ludzi.
Potem pojechaliśmy do Pagody Buddyjskich Prochów. Opis dotarcia tam z Pagody Północnej w przewodniku LP jest mało precyzyjny. Generalnie trzeba podjechać do Parku Północnego (autobus 213), a następnie przejść na drugą stronę ulicy i przesiąść się na jadący z powrotem w kierunku centrum autobus 205, z którego należy wysiąść, gdy skręci z ulicy Chongshan Lu w ulicę Taian Jie. W pobliżu skrzyżowania tych dwóch ulic znajduje się kolejne centrum handlowe Carrefour. Ponieważ wysiedliśmy przystanek za wcześnie, a Prosiak usnął nam w autobusie, postanowiliśmy wykorzystać tę okoliczność i coś zjeść w jednej z mijanych knajpek. Właściciel, widząc naszą pociechę, zaprosił nas na zaplecze, gdzie mogliśmy położyć Prosiaczka na ławie. Zjedliśmy prócz ryżu wołowinę z woka, specyficznie przyrządzonego bakłażana (pociętego w słupki i usmażonego w oleju jak frytki) i piwo (22Y). Na ścianie zauważyliśmy arabskie litery, zapewne cytaty z Koranu. Przypuszczamy zatem, że właściciel był muzułmaninem.
Pagoda Buddyjskich Prochów to ciche i spokojne miejsce z niewielkim muzeum. Jest to podobno jeden ze starszych zabytków Shenyangu. Posiedzieliśmy chwilkę na ławce przed pagodą, ale ponieważ zaczęło padać, postanowiliśmy wracać. W sklepie w galerii Carrefour Małgosia kupiła sobie ładne skórzane sandałki za jedyne 100Y.
Do dworca południowego dojechaliśmy autobusem 205. Stamtąd jest kilka kroków do opisanej w LP ulicy handlowej i targu nocnego. Przy okazji musieliśmy wpaść do McDonalda, żeby przebrać Prosiaka, bo się nam posikał. McDonaldów jest tam od zatrzęsienia. Ciekawe, po co Chińczycy tam chodzą, mając swoje niedrogie knajpki z rewelacyjnym jedzeniem.
Ulica handlowa to ciąg luksusowych domów towarów, w pewnym momencie ustępują one jednak miejsca zwykłemu ulicznemu bazarowi. Małgosia kupiła ładne (ale nie skórzane) sandałki za 15 Y. Ja zaś kupiłem wodę - za 1 Y. W portfelu miałem, niestety, tylko banknot 100 Y. Właściciel wcisnął mi, wydając resztę, banknot 50 Y, którego - jak się później okaże - nikt nie chciał mi w Chinach przyjąć. Nie mam pojęcia, czy był on fałszywy, czy też problem stanowiło to, że był on lekko naderwany i podklejony taśmą klejącą.
Wróciliśmy do hotelu autobusem 602. Zjedliśmy w bistro przy dworcu. Porcje gigantyczne, ale niezbyt smaczne. Ja zjadłem jakąś rybę, Małgosia tofu. Cena - 52 Y - była w oczywisty sposób zawyżona. Żałujemy, że tam w ogóle weszliśmy.
Odebraliśmy bagaże z recepcji i poszliśmy na dworzec. W poczekalni zaczepiła nas kobieta z agencji turystycznej ctrip.com. Wciskała nam kartę uprawniającą do zniżek w hotelach. Karta nic nie kosztowała, więc ją wzięliśmy. Może się kiedyś przydać. Dziewczyna była miła, ale jej znajomość angielskiego była dość podstawowa. Zadzwoniła do kogoś przez telefon komórkowy, a ten ktoś wyjaśnił nam, że dziewczyna pomoże nam przejść przez bramki. Daliśmy się poprowadzić do rzędu siedzeń, gdzie czekały rodziny z dziećmi. Okazuje się, że w poczekalni jest specjalna bramka umożliwiająca wejście pewnym grupom pasażerów (np. podróżnym z dziećmi) przed innymi.
Nasz wagon klasy hard sleeper (czyli sypialny z twardymi leżankami) okazał się ładny i nowoczesny, ale pomysł umiejscowienia się na najwyższym poziomie kuszetek był chybiony. Na najwyższym poziomie jest bardzo mało miejsca i nie można normalnie usiąść. Na szczęście było już dość późno i Prosiaczek nie uprawiał swoich harców. Nie udało mu się zatem zlecieć z kuszetki na dół.
30.06
Pekin powitał nas ostrym słońcem i upałami.
W Pekinie jeszcze na peronie zaczepiła nas naganiaczka oferująca nocleg. Ponieważ cena wydała nam się kusząca (150 Y za noc), zgodziliśmy się z nią pojechać. Kobieta zaprowadziła nas na drugą stronę ulicy, próbując się przez cały czas do kogoś dodzwonić przez telefon komórkowy. Nie udało jej się to, ale po 15 czy 20 minutach i tak przyjechał po nas mikrobus.
W międzyczasie naganiaczka pokazała nam na mapie Pekinu, gdzie znajduje się nasz hotel. Okazało się, że znajduje się on w okolicach hutongów na wschód od Zakazanego Miasta. Nie jest to zła okolica, wszędzie jest raczej blisko. Problem w tym, że do metra trzeba się przespacerować z 20 minut, więc zaczęliśmy zastanawiać się, jak damy sobie radę następnego dnia z bagażami, ale zostawiliśmy ten problem przyszłości.
Hotel okazał się niewielkim, jednopiętrowym budynkiem, dość zapuszczonym. Na zwolnienie pokoju musieliśmy czekać jeszcze 40 minut, ale pokój okazał się całkiem OK. Było w nim wszystko, co było nam potrzebne, chociaż standard nie był specjalnie wysoki.
Po toalecie i przebraniu się pojechaliśmy do Świątyni Lamy. Najpierw musieliśmy dojść do stacji metra Chaoyangmen (20 minut), potem podjechać na stację Yonghegong. Ponieważ Prosiak po drodze usnął, zdecydowaliśmy się skorzystać z usług restauracji znajdującej się w bocznej uliczce w pobliżu stacji metra. Niestety w restauracji Prosiak obudził się, ale ponieważ był jeszcze trochę zaspany, udało się nam zjeść we względnym spokoju. Za 25 Y dostaliśmy pysznie przyrządzonego kurczaka z orzeszkami ziemnymi, potrawę z warzyw i piwo.
Wstęp do Świątyni Lamy kosztował nas 25 Y od osoby. Świątynia była bardzo ładna, inna od tych, które widzieliśmy wcześniej - miała swój specyficzny styl.
Po zwiedzeniu świątyni poszliśmy do położonej w pobliżu Akademii Cesarskiej i Świątyni Konfucjusza (wstęp - 10 Y od osoby). Jest to dość spokojne miejsce, bo nie trafia tam wielu turystów. Nie jest jednak obecnie zbyt ciche, ponieważ trwa w nim właśnie remont i dźwięki pił mechanicznych naruszają spokój. Tym niemniej spędziliśmy tam chwilkę czasu, korzystając z cienia.
Potem pojechaliśmy na zakupy w centrum handlowym, które poznaliśmy na początku naszego pobytu. Kupiliśmy trochę rzeczy na podróż, wodę i soczki.
Gdy wyszliśmy z centrum handlowego, okazało się, że pogoda się zmieniła - niebo zachmurzyło się i zaczął nawet siąpić lekki deszcz.
Po powrocie do hotelu okazało się, że kończy nam się mleczko dla Prosiaczka. Zły jak diabli, bo czułem się okropnie zmęczony, poszedłem zatem po mleczko. Przyszło mi jednak do głowy, że zamiast pójść do znanego nam centrum handlowego lepiej znaleźć nieodległą od naszego hotelu słynną ulicę Wanfujing. Błąd!!! Ta ulica to jeden wielki rząd centrów handlowych z butikami i drogimi sklepami. Sklepów z artykułami spożywczymi tam nie ma, a nawet jest gdzieś znajdzie się jakiś niewielki supermarket, to ceny w nim są odstręczające, a zaopatrzenie niezbyt dobre.
Wsiadłem więc w końcu w metro i pojechałem do naszego ulubionego centrum handlowego. Wróciłem do hotelu ok. 22:00 - z 15 minut straciłem na błądzenie w hutongach, bo w ciemnościach zgubiłem drogę.
1.07
Wstaliśmy dość wcześnie i poszliśmy zjeść do sąsiadującej z naszym hotelem restauracyjki. Mieliśmy ochotę na pierożki, które przy stoliku obok jedli biały starszy mężczyzna i młoda Chinka. Gdy pokazaliśmy właścicielce tego przybytku, co chcemy zamówić, biały mężczyzna odezwał się do nas. Powiedział, że jest nauczycielem angielskiego, Chinka to jego studentka i chętnie nam pomoże zamówić śniadanie. Skorzystaliśmy z wdzięcznością z tej propozycji, a przy okazji trochę sobie pogawędziliśmy. Powiedzieliśmy, że nie możemy nigdzie w sklepie wypatrzyć dim sumów, na których Chińczycy gotują potrawy na parze (np. pierożki, które właśnie zjadaliśmy). Młoda Chinka zagadnęła o nie właścicielkę restauracji, ale ta powiedziała jej, że nie ma u siebie nowych dim sumów. Można je podobno kupić gdzieś na targu, sprowadzają je z Syczuanu. Ale ponieważ jest to ostatni dzień naszego pobytu, więc nic nam ta informacja już dać nie może. Nie bardzo odpowiadało nam kupowanie używanego dim suma, bo te, z których jedliśmy, były już poczerniałe ze starości.
Za śniadanie zapłaciliśmy jedyne 6 Y.
Naszą nową znajomość wykorzystaliśmy w jeszcze jeden sposób. Poprosiliśmy Chinkę, by zapytała kierowcę minibusu, który dowiózł nas wczoraj do hotelu, czy nie mógłby zawieźć nas na dworzec. Kierowca chętnie się zgodził. Dzięki temu nie musieliśmy robić z siebie wielbłądów.
Na dworcu przesiedliśmy się w autobus wahadłowy (16 za osobę) i po chwili wyruszyliśmy na lotnisku. Na lotnisku papierologia - najpierw jakaś deklaracja celna, potem kwity przy kontroli paszportowej. Przy stanowisku check-in stanęliśmy w ogromnej kolejce. Przed nami jakiś bezczelny Serb wepchnął się bez kolejki. Człowiek hamuje się, by nie kopnąć takiego w tylną część ciała.
Chcieliśmy - tak jak to było w Warszawie - by nasze nosidło zostało owinięte w folię. Chinka na stanowisku check-in odesłała nas na jakieś inne stanowisko, a tam Chińczyk kazał nam położyć najpierw nasze nosidło na taśmę w celu prześwietlenia. My mu tłumaczyliśmy, że prosimy o owinięcie folią, a ten nic nie odpowiadał. Widząc, że nosidło zostało prześwietlone i położone pod ścianą, znowu zaczęliśmy mówić mu o folii. Chińczyk w końcu odezwał się - okazało się, że nie znał angielskiego i wszystko, co miał do powiedzenia, to "mey you". Gdy tak się z nim handryczyliśmy jacyś młodzi Chińczycy weszli na zaplecze kantorka złapali nasze nosidło i razem z innymi bagażami wynieśli je przez jakieś drzwi. Przeczucia mieliśmy złe - na szczęście już w Warszawie okazało się, że nie udało im się w czasie transportu zepsuć nosidła.
Przy okazji radzę serdecznie nie słuchać rad w przewodniku LP i wydać wszystkie yuany co do grosza przed wylotem. Żadnych dodatkowych opłat lotniskowych nikt nie kazał nam płacić.
Ale to jeszcze nie koniec przygód. Otóż po kontroli paszportowej jest jeszcze prześwietlenie bagażu i kontrola bezpieczeństwa. Chiński urzędnik kazał nam najpierw otworzyć butelki z wodą i sprawdzał organoleptycznie jej zapach, a następnie wyciągnął nam z bagażu podręcznego butelki z winem ryżowym i buteleczkę wódki, które kupiliśmy w Shenyangu dla przyjaciół i rodziny. Potem wziął te butelki i zaniósł do jakiegoś kantorka, gdzie dwie Chinki wytłumaczyły nam kiepską angielszczyzną, że ze względu na przepisy bezpieczeństwa powinniśmy nadać te butelki na bagaż. Cóż za durnoty! W każdym porcie lotniczym są sklepy bezcłowe, w których pasażerowie kupują butelki alkoholu, wielu raczy się nim jeszcze w samolocie. A w Pekinie jest inaczej. Specjalnie wzięliśmy szkło do bagażu podręcznego, wiedząc, jak się traktuje na lotnisku bagaż podręczny. Podczas niedawnej podróży do Egiptu potraktowali nam blaszaną puszkę z ghee w taki sposób, że wyglądała, jakby ktoś masakrował ją młotkiem.
Na nic się zdały tłumaczenia. Musieliśmy oddać paszporty do przechowania (byliśmy już po kontroli paszportowej) i wrócić do stanowiska check-in. Ale tam okazało się, że już jest wszystko zamknięte i odprawiani są pasażerowie innego samolotu! Na szczęście ze stanowiska wychodził właśnie jakiś mężczyzna w mundurze pilota Aeroflotu. Podbiegłem do niego i po rosyjsku usilnie prosiłem go o pomoc. Człowiek na szczęście zgodził się pogadać z Chińczykami, ale zaznaczył, że nic nie obiecuje. Wróciliśmy z nim do stanowiska kontroli bezpieczeństwa. Jego asysta okazała się zbawienna - Chińczycy zanotowali sobie coś w zeszyciku, ale pozwolili nam wnieść butelki w bagażu podręcznym na pokład samolotu.
Rejs dłużył się okrutnie i Prosiak zaczął nam się buntować. Na szczęście miłe stewardessy zrobiły mu trochę miejsca.
Na lotnisku w Moskwie musieliśmy czekać 4,5 godziny. Po załadowaniu nas na pokład zostaliśmy poinformowani, że samolot i tak odleci z opóźnieniem, bo musimy czekać na pasażerów tranzytowych. Godzina w plecy. W ten sposób na Okęciu wylądowaliśmy około 22:00. czyli o 4 rano czasu pekińskiego.
Ogólne wrażenia z naszego pobytu są następujące:
Chiny to piękny kraj, ale - wbrew rozpowszechnionym u nas stereotypom - raczej drogi. Na koszta pobytu wpływają w największym stopniu drogie bilety wstępów, dość drogie hotele (wiemy, że istnieją w Chinach także znacznie tańsze niż hotele schroniska, ale nie jest to alternatywa hotelu dla rodzin podróżujących z dziećmi) oraz koszty przejazdów (tzn. koszty przejazdów, porównując z naszymi cenami nie są wcale wysokie, ale biorąc pod uwagę, że zwiedzanie Chin wymaga częstych podróży na duże odległości, koszta przejazdów stanowią istotną pozycję w budżecie turysty). Tylko ceny jedzenia można uznać za niewysokie, zwłaszcza gdyby ktoś stołował się wyłącznie w lokalach najniższej kategorii (w istocie rzeczy całkiem przyzwoitych).
Co ciekawe, tłumy turystów to wcale nie bogaci Europejczycy i Amerykanie, ale w przeważającej części Chińczycy. Ich na to wszystko stać - można zatem domniemywać, że nie są wcale tacy ubodzy, jak głoszą stereotypy. Potwierdzają to ceny w sklepach, w których kłębią się tłumy klientów. Ludzie ci nie ubierają się przeważnie w te śmieci, którymi Chiny zalewają polski rynek, ale w solidne ubiory, często uznanych marek, chociaż gust miewają odmienny od naszego. Bieda jest może gdzieś na zapadłych wsiach, ale nie w regionach, które zwiedziliśmy.
Jeśli podróżować gdzieś z dzieckiem, to tylko po Chinach. Chińczycy uwielbiają dzieci i widać to na każdym kroku. Nasz niebieskooki blondynek musiał być dla nich wyjątkowo śliczny - takie dzieci u nich występują w reklamach telewizyjnych produktów dla dzieci i na opakowaniach tychże produktów. Dostęp do samych produktów jest ograniczony. Trzeba ich szukać w dużych supermarketach w większych miastach. Na prowincji z dostępem do pieluch, soczków, zupek i mleczka może być problem. Apteki można sobie darować - tam tego typu rzeczy, inaczej niż u nas, nie dostaniemy.
Z pieluszkami sprawa jest dziwna. W telewizji są reklamy pampersów, można je spotkać w dużych marketach, ale nie zauważyliśmy, by ktoś je kupował. Ciekawe jest to, że wszystko dzieci, które widzieliśmy, od wieku kilku miesięcy w górę, były ubrane w spodnie z rozcięciem z tyłu, tak, że widać im było gołe tyłeczki. Domyślamy się, że dzieci te są wysadzane, ale jak takie maleństwa komunikują, że rodzic powinien je wysadzić? Chyba są genialniejsze od naszych dzieci.
Wybór zupek nie jest duży, ale są dostępne. Spotkaliśmy się wyłącznie z produktami Heinz. Niezbyt smakowały naszemu synkowi. Muszą chyba być jakoś inaczej doprawiane niż słoiczki polskie, które nasz Prosiaczek wciąga z wielką ochotą.
W typowym sklepie, jeśli uda nam się nawet jakoś wytłumaczyć, że chcemy kupić żywność dla dziecka, zostaniemy zaprowadzeni do działu z ciastkami lub parówkami. Wydaje się, że tym właśnie Chińczycy karmią swoje maluchy.
Mleczka, które są dostępne, produkują na ogół jakieś nieznane u nas firmy chińskie. Są też mleczka Nestle, ale opakowania są inne niż te, które występują u nas. Skład pewnie też jest inny. Nasz chłopak jest już na tyle duży, że karmiliśmy go jakimś chińskim, wybranym losowo produktem.
Natomiast sama idea podróżowania z małym dzieckiem po naszych doświadczeniach wydaje mi się dość dyskusyjna i warta przemyślenia. Nie chodzi nawet o to, że nosząc przez dwa tygodnie kilkunastokilogramowego szkraba godzinami na grzbiecie byłem chwilami dość zmęczony. Najgorsze zdecydowanie jest jedzenie. Nasz chłopak nie usiedzi spokojnie nawet kilku chwil. Oznacza to, że jedzenie obiadu w restauracji polega na szybkim spożywaniu kilku kęsów i bieganiu za chłopakiem, który chce gdzieś uciec lub coś przeskrobać. Obsługa lokali gastronomicznych jest na ogół miła, bo Chińczycy, jak wspomniałem, uwielbiają dzieci, ale tylko w naszym hotelu w Qufu i w jednym z lokali w Shenyangu zdarzyło nam się, że kelnerki brały malucha i się z nim bawiły, podczas gdy my mogliśmy spokojnie zjeść. Na ogół człowiek ciągle biega podczas posiłku za dzieciakiem i czuje bezustanny stres, bojąc się, że chłopak ściągnie w końcu coś ze stołu lub przewróci szklankę.