Strona GŁÓWNA
menu PRZYJACIELE


Przygoda imieniem Tajlandia.

Dlaczego tym razem Tajlandia? Jednym z powodów było to, że jeszcze nie byliśmy w Tajlandii, a bardzo chcieliśmy zobaczyć ten kraj znany z gościnności i świetnej kuchni. Poza tym dla osób podróżujących z małymi dziećmi bardzo istotną kwestią jest podróż do miejsca, w którym można kupić wszystkie niezbędne dla malucha rzeczy, zagrożenia zdrowotne są niewielkie, a pomoc lekarska łatwo dostępna i na odpowiednio wysokim poziomie. Tajlandia - rzecz jasna - spełnia te podstawowe kryteria.

Niestety większość terenów uważanych za egzotyczne zawiera źródła różnych zagrożeń zdrowotnych dla przebywających tam ludzi. Trzeba mieć świadomość, że choroba, która dla dorosłego człowieka jest zaledwie nieznaczącym epizodem, dla dziecka może skończyć się tragicznie. Dlatego też podróżować z dzieckiem należy do miejsc, w których można uzyskać pomoc lekarską na przyzwoitym poziomie. Zgodnie z przewodnikami zarówno Tajlandia, jak i Malezja są takimi miejscami. Liczba szpitali i gabinetów lekarskich jest całkiem spora, a wiedza lekarzy nie budzi zastrzeżeń.

Najpoważniejszym z zagrożeń w sferze klimatu tropikalnego jest chyba malaria. Podróżującym do regionów objętych malarią zaleca się stosowanie tak zwanej profilaktyki antymalarycznej. Polega ona głównie na zażywaniu specjalnych leków. Problem w tym, że leki te są dość toksyczne i dlatego też stosowanie ich u dzieci jest problematyczne. Co prawda, niektórzy twierdzą, że jeden ze środków najnowszej generacji malarone jest na tyle mało toksyczny, że nadaje się dla dzieci, ale krążą na ten temat sprzeczne opinie. Kilku lekarzy odradzało mi stosowanie tego specyfiku u mojego dziecka. Dlatego też na wszelki wypadek podczas podróży z dzieckiem wybieram na razie kraje, w przypadku, których stosowanie profilaktyki antymalarycznej nie jest zalecane. Być może jest to z mojej strony nadmierna ostrożność, ale myślę, że świat jest na tyle duży, że planując cel podróży, można wybrać wiele takich miejsc, które nie będą wzbudzały wątpliwości, że są bezpieczne dla mojego dziecka.

Dane na temat zagrożeń i zaleceń związanych z malarią można znaleźć na stronie Światowej Organizacji Zdrowia (WHO). Zgodnie z nimi większość terytorium Tajlandii i Malezji nie znajduje się w strefie występowania zagrożeń malarią. Malaria występuje w kilku prowincjach, ale nie znajdowały się one na planowanej trasie podróży. Tym razem mieliśmy kilka istotnych ograniczeń, co do czasu podróży. Jeśli chodzi o czas, to ważne było to, by wylecieć już po Nowym Roku, kiedy naliczy się nowy urlop w naszych miejscach pracy i trochę osłabnie presja wywierana pod koniec roku przez pracodawców na pracownika. Ponadto powrót powinien nastąpić przed 24 stycznia. W tym bowiem dniu nasz Prosiaczek miał kończyć dwa lata, co ma zasadnicze znaczenie dla ceny biletów lotniczych. Dziecko do drugiego roku życia może skorzystać z taryfy "infant" i wówczas nie ma własnego miejsca a bilet kosztuje 10% ceny biletu normalnego lub nawet mniej. W dniu drugich urodzin rzeczy się zmieniają diametralnie - dziecko ma własne miejsce, ale płaci za bilet według taryfy dziecięcej, co oznacza, że ma na przykład tylko 15% czy 20% ulgi w stosunku do ceny biletu normalnego, a czasem nie ma jej wcale - w zależności od polityki cenowej danej linii lotniczej. Przy kosztach biletów międzykontynentalnych różnica w cenie może sięgać kilku tysięcy złotych, więc jest, o co walczyć.

Wypadło na styczeń i to raczej początek miesiąca. Nie jest to zbyt dobry czas na wakacyjne podróże, ponieważ po Nowym Roku ludzie, którzy pracują w innych krajach, wracają po świętach z domu do pracy. Są też tacy, którzy traktują okres świąteczny jako możliwość przedłużenia sobie o kilka dni urlopu i wtedy właśnie planują wyjazdy. W konsekwencji obłożenie miejsc w samolotach jest dość duże, nie ma zbyt wielu promocji i trudno kupić tanie bilety w tanich liniach.

Ale cóż, niestety - ograniczenia ograniczeniami, a musieliśmy jakoś dostać się do Tajlandii.
Na szczęście udało nam się w tym trudnym okresie znaleźć tańsze bilety do Kuala Lumpur. W Malezji już byliśmy, więc miał być to tylko kraj tranzytowy. Na szczęście z Kuala Lumpur można całkiem łatwo dostać się do Bangkoku miejscowymi tanimi liniami Air Asia.

Dla naszej trójki (dwie osoby dorosłe oraz dziecko) bilety do Kuala Lumpur kosztowały jedyne 4800 z wylotem z Frankfurtu nad Menem. Zważywszy, że przewoźnikiem miała być jedna z najlepszych linii lotniczych na świecie - Emirates ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich - była to rzeczywiście bardzo dobra cena. Pozostawała jeszcze kwestia dotarcia z Wrocławia do Frankfurtu. Rozwiązaliśmy ją, kupując bilety lotnicze taniej linii Ryanair. Nie była to może decyzja najbardziej szczęśliwa. Jeśli chodzi o powrót, to mieliśmy przylecieć 23 stycznia wczesnym popołudniem, więc po przenocowaniu mogliśmy spokojnie lecieć następnego dnia o świcie. Natomiast wylatywaliśmy 7 stycznia wieczorem, więc kupiliśmy bilet na poranny bilet z Wrocławia tego samego dnia. Później jednak czułem z tego powodu pewne zdenerwowanie. Jak się okazało, samolot przyleciał bardzo punktualnie, ale gdyby się bardzo spóźnił lub - co gorsza - został w ogóle odwołany, mogliśmy liczyć co najwyżej na zwrot ceny biletu do Frankfurtu. Co prawda, mieliśmy przygotowane alternatywne warianty z wylotem z Poznania czy Warszawy, jednak skorzystanie z nich byłoby również ryzykowne i zwiększyłoby w istotny sposób koszt podróży. Dlatego też raczej nie polecamy wariantu, który sobie przygotowaliśmy. Za duże potencjalne ryzyko niepowodzenia. Lepiej kupić bilety na wcześniejszy dzień i przenocować lub jechać pociągiem, chociaż to drugie rozwiązanie ze względu na czas przejazdu wydaje się trochę męczące. Jeśli chodzi o pociąg, to kupiłem na stronie kolei malajskich bilet kolejowy na nocny pociąg z Hat Yai w Tajlandii do Kuala Lumpur na noc poprzedzającą nasz wylot. Zarezerwowałem miejsce w kuszetce, więc miałem nadzieję, że uda nam się przespać.

Jeśli chodzi o sprawy wizowe, to postanowiliśmy je sobie darować. Malezja jest dla Polaków krajem bezwizowym, a w Tajlandii jest możliwe otrzymanie wizy na lotnisku międzynarodowym w Bangkoku (i - nawiasem mówiąc - w kilku innych miejscach).

Jeśli chodzi o zakwaterowanie, to wziąłem pod uwagę, że styczeń, a zwłaszcza pierwsza połowa miesiąca, to okres szczytu turystycznego. Dlatego też jeszcze przed wylotem zarezerwowałem znaczną część hoteli - zrobiłem tak w przypadku pobytu w Bangkoku, Koh Lanta, Koh Ngai oraz parku narodowego Thale Ban. W pozostałych miejscach mieliśmy mieszkać krótko i nie były to miejsca uczęszczane przez tłumy turystów, dlatego w ich przypadku postanowiłem szukać noclegu już po przybyciu na miejsce. Skorzystałem z pośrednictwa internetowych agencji http://www.krabi.com, http://www.hotelthailand.com oraz http://www.thaiforestbooking.com. We wszystkich płaciłem kartą kredytową i w zamian mogłem wydrukować sobie potwierdzenia rezerwacji, które pokazywałem po przybyciu do konkretnego hotelu. We wszystkich przypadkach cena pokoju hotelowego nie odbiegała od tej, którą dostałbym bezpośrednio u hotelarza. Wyjątkiem był nocleg w Thaleban, z który musiałem zapłacić dość solidną prowizję za pośrednictwo firmie turystycznej - 600 baht. Do wyboru jednak miałem bezpośredni przelew międzynarodowy na konto tajskiej agencji rządowej zajmującej się parkami narodowymi. To też byłoby kosztowne, a przy tym długotrwałe i zajmujące czas. Jednak zapewne w innym okresie roku rezerwacja nie byłaby potrzebna.
Przedpłata nie była wymagana w przypadku noclegu przy lotnisku Hahn oraz noclegu na Koh Ngai. W obu przypadkach wystarczyło dokonać pocztą elektroniczną rezerwacji bezpośrednio u hotelarza.





7.01
Na wrocławskie lotnisko pojechaliśmy bladym świtem taksówką. Przywitały nas gigantyczne kolejki osób oczekujących na wejście do bramek przez stanowiska kontroli bezpieczeństwa.

Odebraliśmy karty pokładowe i ustawiliśmy się karnie w ogonku. Na nasze szczęście po chwili podszedł do nas pracownik lotniska i poinformował nas, że podróżni z małymi dzieci mogą przejść poza kolejnością. Oczywiście skorzystaliśmy z tej możliwości. Przez chwilę tylko mogliśmy podziwiać wielką wykonaną z przeźroczystego plastiku skrzynię na niedozwolone przedmioty skonfiskowane przez ochronę. Najciekawszym z nich pośród całego stosu noży i nożyczek była wielka masywna ręczna maszynka do mięsa. W tym miejscu pragniemy wyrazić najgłębszy podziw dla osoby, która wpadła na pomysł, by próbować wieźć tego typu rzecz w bagażu podręcznym.

Nasze bagaże były zapakowane prawidłowo i nie mieliśmy z nimi żadnych problemów. Potencjalnie groźne przedmioty schowaliśmy w głównym bagażu. Potem mieliśmy okazję posiedzieć sobie w poczekalni wrocławskiego lotniska i w końcu jako jedni z pierwszych weszliśmy do samolotu linii Ryanair, dzięki uprzejmości obsługi, która wypatrzyła nas - pasażerów z małym dzieckiem - i kazała nam przejść bez kolejki. Zajęliśmy miejsce gdzieś koło ogona, żeby w razie czego było blisko do toalety. Chcieliśmy usiąść mniej więcej w środku, bo było tam kilka rzędów o większej niż zwykle odległości między fotelami, ale z jakichś powodów stewardessy nie pozwoliły nam tam usiąść. Samolot był zapchany chyba do ostatniego miejsca - większość podróżnych stanowili zapewne Polacy powracający do pracy z domów po świętach. To smutne, że tak wielu naszych rodaków musiało opuścić swój kraj. Kto będzie za 20 lat utrzymywał emerytów?

Lot był dość krótki i raczej nudny, co należy traktować raczej jako komplement. Za oknami było na początku ciemno, potem jaśniej, ale zza chmur i tak niewiele było widać. Nasz Andrzejek nie rozrabiał więcej niż zazwyczaj w podobnych okolicznościach. Rzecz jasna, nie skorzystaliśmy z żadnych propozycji w zakresie napojów i przekąsek z powodu horrendalnie wysokich cen. Nie daliśmy się również skusić na hazard proponowany przez linie Ryanair.

Po wylądowaniu na lotnisku we Frankfurcie-Hahn (przy czym - jak wiadomo - pierwsza część tej nazwy jest tylko chwytem marketingowym, bo z lotniska bliżej jest do Luksemburga niż do Frankfurtu) odstaliśmy w raczej krótkiej kolejce do odprawy paszportowej i po pobieżnej kontroli stanęliśmy w holu lotniska. Po odebraniu z taśmy bagaży podążyliśmy do autobusu, który - jak się okazało - miał przystanek niemal naprzeciwko wyjścia z lotniska. Za "jedyne" 12 euro od osoby mogliśmy przejechać się do centrum Frankfurtu. Cena dość astronomiczna. Niestety, ceny zachodnioeuropejskie są i pewnie przez długi czas pozostaną dla nas zaporowe. Dlatego lepiej jest turystycznie wybrać się do Tajlandii niż do Niemiec czy do Francji. Mniej kraje się serce, gdy za bułkę płaci się grosze, a nie cztery złote, nawet jeśli trzeba trochę więcej wydać na bilety lotnicze. Przez długi czas (ok. 1,5 godziny) jechaliśmy niemieckimi autostradami przez dość nudne pagórki, a potem niemniej nieciekawą równinę, mając za główną atrakcję elektrownie wiatrowe. Po przystanku na lotnisku międzynarodowym, na którym nie wysiedliśmy, bo mieliśmy jeszcze dużo czasu do odlotu, czekał nas jeszcze krótki dojazd do przystanku autobusowego przed głównym dworcem kolejowym we Frankfurcie. Tam udało nam się odnaleźć skrytki bagażowe, a dzięki uprzejmości pewnej pracownicy dworcowego bistra wzbogaciliśmy się o drobniaki, którymi nakarmiliśmy maszynę (niby drobniaki, ale to wciąż po przeliczeniu na polskie złotówki kupa kasy - 4 EUR).

Następnie skierowaliśmy się do starej części miasta. Przy okazji okazało się, że udało mi się zostawić przewodnik Pascala po Niemczech z mapką Frankfurtu w głównym bagażu. Zamiast niego w moim plecaczku znalazł się przewodnik po Malezji, którego użyteczność we Frankfurcie nie była zbyt wielka. Mimo to, kierując się podróżniczym węchem, udało się nam dojść na rynek. Na rynku stała sobie ogromna choinka, wielka jak sam ratusz miejski. Zrobiliśmy sobie zdjęcia na jej tle i ruszyliśmy w kierunku, z którego do naszych uszu dobiegały głośne i dość egzotycznie brzmiące dźwięki śpiewów. Wkrótce opuściliśmy rynek i ujrzeliśmy szerokie koryto Menu, przy którym stały przycumowane statki wycieczkowe. Śpiewy okazały się chorałami śpiewanymi przez prawosławnych duchownych, którzy dzięki nowoczesnemu nagłośnieniu sprawili, że ich głosy rozchodziły się po całej starówce Frankfurtu. Samych duchowych nie było widać, gdyż wokół nich zgromadził się wielki tłum wiernych. Ludzie stali wzdłuż sporego fragmentu nabrzeża rzeki i na pobliskim moście. Mogliśmy zobaczyć, co się właściwie dzieje, dopiero wtedy, gdy weszliśmy na most i znaleźliśmy lukę pomiędzy ludźmi.

Duchowni spuszczali do wód Menu jakąś wstążkę, błogosławiąc śpiewnie Grecję i Niemcy - o ile dobrze zrozumiałem, bazując na swojej wątpliwej znajomości języków klasycznych. Uroczystość zbliżała się zresztą do końca, więc wkrótce wraz z innymi ludźmi opuściliśmy most i poszliśmy dalej. Jedna z bocznych uliczek odchodzących od rynku przywiodła nas do katedry, którą zwiedziliśmy z wielkim zainteresowaniem. Jest to bowiem miejsce, gdzie przez setki lat elektorzy niemieccy wybierali Cesarza Rzymskiego Narodu Niemieckiego. Ponieważ to, co się działo w Niemczech, miało wpływ na Polskę i na całą Europę, katedra we Frankfurcie była jednym z tych miejsc, w których kształtowała się historia naszej części świata.

Po zwiedzeniu katedry z wolna podążyliśmy z powrotem w kierunku głównego dworca kolejowego. Po drodze w chińskiej knajpce zjedliśmy obiad za jedyne 10 czy 11 euro. Przy stoliku obok stołowały się dwie Polki. Z ich rozmów wywnioskowaliśmy, że pracują gdzieś we Frankfurcie, a niedzielny obiad w chińskiej restauracji jest dla nich pewną formą rozrywki. Wniosek z tego taki, że zapewne udało nam się znaleźć jedną z tańszych propozycji gastronomicznych we Frankfurcie, co daje pojęcie o skali cen w Niemczech. Poza tym miasto było wymarłe. Niemcy bardzo poważnie traktują dni wolne od pracy. W tym czasie rzeczywiście nikt nie pracuje poza chińskimi czy tureckimi restauratorami i sklepikarzami. Tak, nawet gastronomia działa w niedzielę na pół gwizdka.

Po dotarciu na dworzec kolejowy dowiedzieliśmy się w informacji, jak można dotrzeć do lotniska. Dostaliśmy nawet kartkę z numerami właściwych pociągów podmiejskich (tak zwanych S-Bahnów) i numerem peronu. Odebraliśmy bagaże i w automacie biletowym kupiliśmy bilety (kosztowały około 4 euro od osoby). Pociąg przyjechał wkrótce i po 15 czy 20 minutach wysiedliśmy na stacji kolejowej pod lotniskiem. Tam usiedliśmy sobie i czekaliśmy, kiedy na tablicy odlotów pojawi się informacja o tym, do którego stanowiska odpraw powinniśmy się udać. Czekaliśmy raczej długo, bo gigantyczna tablica odlotów na lotnisku we Frankfurcie i tak jest zbyt mała.

Okazało się, że nasz samolot odlatuje z innego terminalu niż ten, w którym aktualnie byliśmy. Aby się do niego dostać, należało odbyć przejażdżkę kolejką. Podróż zajęła nam trochę czasu, gdyż lotnisko we Frankfurcie jest naprawdę gigantyczne. W końcu dotarliśmy do odpowiedniego stanowiska odpraw i ustawiliśmy się w dość długiej kolejce. Niemka w charakterystycznym czerwonym stroju stewardessy linii Emirates wręczyła nam zawieszki na bagaże, które w drodze do okienka pracowicie wypełnialiśmy. Zdecydowaliśmy się również większość naszych zimowych bagaży nadać na bagaż. Nie mieliśmy już zamiaru wychodzić na wolną przestrzeń na naszej szerokości geograficznej. Ponieważ nadal zostało nam sporo czasu, poszliśmy do pobliskiego baru McDonald's. Nie chodziło nam jednak o jedzenie, ale o znajdujący się obok baru plac zabaw dla dzieci - z piłeczkami i wielką zjeżdżalnią. Puściliśmy tam naszego chłopaka i dzięki temu mieliśmy w końcu nieco spokoju. Nasz chłopak ma bardzo żywy charakter i jeśli się nie wybiega, potrafi uprzykrzyć życie.

W międzyczasie popijaliśmy sobie potwornie drogą, jak to w Niemczech, coca colę. Gdy po godzinie czy dwóch doszliśmy do wniosku, że pora udać się do bramki, chłopak nie chciał iść. Krzyczał i potwornie narzekał. Niestety, samolot nie mógł zaczekać, aż nasz Prosiaczek znudzi się zabawą, więc zapłakane dziecko byliśmy zmuszeni ciągnąć za sobą, co zapewne wywoływało pełne politowania spojrzenia innych podróżnych. Niemiecki pogranicznik szybciutko nas przepuścił, kolejki przy stanowisku kontroli bezpieczeństwa były niepokojąco długie, ale puszczono nas bez kolejki jako podróżnych z małym dzieckiem. Wywołało to zresztą pewne protesty stojących w kolejce. Trudno się dziwić, zważywszy, że wyglądało na to, że przez bramkę przechodzą wyłącznie osoby - tak jak my - uprzywilejowane. Ale w końcu to nie nasza wina. Prosiaczek został starannie przeskanowany, tak jakby służby bezpieczeństwa na serio brały pod uwagę ewentualność, że mamy zamiar obwiązać nasze dziecko trotylem. Świat jest dziwny.

W końcu podążyliśmy w kierunku naszej bramki. Ponieważ nadal było trochę czasu do odlotu, wygodnie rozłożyliśmy się na fotelach w pobliżu bramki. Obok leżał jakiś mężczyzna w średnim wieku. Usłyszał, w jakim języku ze sobą rozmawiamy, i zagadał do nas do polsku. Okazało się, że jest to nałogowy podróżnik z Poznania, który po raz kolejny wybiera się do Tajlandii, a ponieważ znalazł tani przelot do Kuala Lumpur liniami Emirates, postanowił z tej możliwości skorzystać. Do Frankfurtu dostał się z Poznania pociągiem, a z Kuala Lumpur miał zamiar dojechać do Krabi drogą lądową, korzystając z autobusów i pociągów. W sumie więc mieliśmy wypoczywać niedaleko od siebie - z tym, że my wybraliśmy zamiast stałego lądu wyspy w pobliżu Krabi, a po drodze chcieliśmy zwiedzić Bangkok. Inny miał być też środek transportu - ze względu na naszego chłopaka musieliśmy myśleć o zapewnieniu jemu i sobie odpowiedniego komfortu podróży i jeszcze w Polsce kupiliśmy bilety lotnicze na przeloty na trasie z Kuala Lumpur do Bangkoku i z Bangkoku do Krabi. Pogawędziliśmy sobie trochę o tym i o owym, a potem poszliśmy szukać bramki. Była kompletnie wymarła, mimo że do odlotu pozostawało 30 czy 40 minut, co było całkowicie anormalne. W międzyczasie podeszło do nas jeszcze kilku podróżnych, podobnie jak my byli zdezorientowani. Poszliśmy szukać wyświetlacza i dopiero wówczas okazało się, że w międzyczasie zmieniono nam bramkę. Odbyliśmy zatem kolejną przechadzkę po terminalu - i to wcale niekrótką, bo terminal jest duży. Samolot do Dubaju był komfortowy, czego zresztą oczekiwaliśmy po liniach Emirates. W każdy fotel był wbudowany ekran ciekłokrystaliczny z arcybogatym zestawem filmów, programów muzycznych i gier. Można też było obserwować przez różne kamery umieszczone na kadłubie samolotu otoczenie. Jeszcze przed startem dostaliśmy od miłych stewardess ładny zestaw dla dzieci: plecaczek z miśkiem, którego można było przerobić w orła przy pomocy przyczepianych rzepami akcesoriów, przepaska do zasłaniania dzieciom oczu oraz książeczka (do dzisiaj jest to jedna z najbardziej ulubionych książeczek mojego synka). Ponieważ standard podróży liniami Emirates był na każdym odcinku taki sam, nie będę już rozwodził się nad każdym przelotem. Lot był bardzo przyjemny, obsługa była pomocna, a jedzenie pożywne i smaczne.

Pierwszy odcinek lotu do Dubaju przebiegł bez najmniejszych komplikacji. Założyliśmy Andrzejkowi na oczy opaskę, a chłopak, ku naszemu zdumieniu, niemal od razu usnął. Stewardessy na naszą prośbę przyniosły nam łóżeczko i zamocowały na ścianie przed nami, dzięki czemu mogliśmy chłopca wygodnie ułożyć. Sami też trochę się zdrzemnęliśmy. Mieliśmy świadomość, że jeszcze długa podróż przed nami.





8.01
Po kilku godzinach lotu wylądowaliśmy na lotnisku w Dubaju. Była mniej więcej piąta rano miejscowego czasu, a do kolejnego lotu mieliśmy ponad trzy godziny. Po przejściu przed kontrolę bezpieczeństwa poszliśmy pospacerować sobie po lotnisku. Korzystając z faktu, że przy bramkach można z łatwością zaopatrzyć się w czerwone wózki-parasolki z gustownym logo Emirates, ułożyliśmy wygodnie naszą pociechę na tym pojeździe i ruszyliśmy na zwiedzanie. Godzina była wczesna i terminal był na razie pustawy. Ponieważ na lotnisku było dość dużo budek z pocztówkami, a nawet mały punkt pocztowy, przyszło nam do głowy, by dla żartu wysłać znajomym kartki z pozdrowieniami z Dubaju. Zważywszy, że spodziewali się nas raczej w innej części świata, byliby zapewne zaskoczeni.

Pomysł, niestety, nie wypalił. Co prawda, udało mi się pobrać 100 dirhamów z bankomatu (czyli równowartość jakichś kilkudziesięciu naszych złotych), ale pocztówki kosztowały grosze i nikt nie chciał wydać mi reszty. Tak więc zostałem z tymi dirhamami do wydania w czasie następnego pobytu w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Lotnisko samo w sobie jest dość spore i całkiem zabawne z ogromnym wysokim holem, w którym stoją takoż wysokie plastikowe palmy. Trochę w tym tandety, a trochę art noveau. Jednak najciekawszy jest nie terminal, lecz przechadzający się po nim ludzie. Zapewne ze względu na bliskość Mekki i atrakcyjne połączenia oferowane przez Emirates z krajami muzułmańskimi, na lotnisku w Dubaju można spotkać ludzi z całego świata islamu. Widuje się różne kolory skóry, powłóczyste galabije i wszelkiego rodzaju odzienia. Zwłaszcza okrycia głów kobiecych bywają zróżnicowane, obejmując chusty, chusteczki, aż do stadium kefu, spod którego ledwie można dostrzec oczy. Większość artykułów w sklepach wolnocłowych była dość tania, ale nie mieliśmy zamiaru niczego kupować. W końcu chodzenie po sklepach znudziło się nam, więc usiedliśmy sobie na krzesełkach, czekając na nasz lot.

Informacja lotniskowa na lotnisku w Dubaju jest, niestety, słaba. Większą cześć tablic elektronicznych zajmują informacje o lotach, które odleciały lub właśnie odlatują. Informacje o tych, które mają dopiero odlecieć, pojawiają się dopiero wówczas, gdy tak naprawdę bramka jest zamykana. Wycieczka do punktu informacyjnego jest nieodzowna. My taką wycieczkę zrobiliśmy 40 minut przed planowanym odlotem, po czym okazało się, że musieliśmy przejść przez cały terminal, co trwa co najmniej 15-minut, nawet poruszając się całkiem szybko po ruchomych chodnikach. Pośpiech - jak się za chwilę okazało - nie był jednak potrzebny. Najwyraźniej bramkę otwarto w ostatniej chwili, gdyż pomimo, że formalnie do odlotu pozostało mniej niż 30 minut, przed bramką kłębił się spory tłum ludzi, głównie Azjatów.

Przeszliśmy przez wszystkie kontrole i po chwili zeszliśmy po pochylniach na poziom płyty lotniska, skąd autobus zabrał nas do właściwego samolotu. W międzyczasie Prosiaczek obudził się. W samolocie nie mogliśmy zatem rozkoszować się świętym spokojem, mimo że byliśmy trochę zmęczeni i chciało nam się spać. Miejsca mieliśmy jednak dobre, pomimo że samolot był generalnie zapełniony. Siedzieliśmy w pierwszym rzędzie, więc mogliśmy od czasu do czasu puszczać Prosiaczka do przestrzeni przed fotelami, a pozostały czas wypełniło nam czytanie książeczek i oglądanie na ekranie LCD kreskówek dla dzieci na jednym z dostępnych kanałów. Chłopak był w dobrym humorze i wcale nie marudził. Po kolejnych 4,5 godzinach wylądowaliśmy na lotnisku w Kuala Lumpur. Znaliśmy je już z naszego wcześniejszego wypadu do Malezji, gdy Prosiaczka jeszcze nie było na świecie. Powitaliśmy je zatem jak starego znajomego. Po przejściu krótkiej i dość szybkiej odprawy paszportowej, dostaliśmy stempelki do paszportów i poszliśmy odebrać bagaże. Po drodze wypłaciłem trochę ringittów z bankomatu. Przy taśmie spotkaliśmy naszego znajomego Polaka-podróżnika, z którym poznaliśmy się na lotnisku we Frankfurcie. Nim w końcu odebraliśmy wszystkie nasze bagaże, była już 21:30 miejscowego czasu. Było zatem zbyt późno, by pojechać do miasta autobusem. Podczas naszego poprzedniego pobytu skorzystaliśmy z tej możliwości, a także z wariantu z przesiadką na pociąg podmiejski KOMUTER na stacji Nilai. Obie te możliwości są dość tanie, zwłaszcza ta druga. Problem jednak w tym, że komunikacja miejska w Kuala Lumpur i pociągi podmiejskie przestają jeździć stosunkowo wcześnie, podobnie jak autobusy lotniskowe. Co prawda mogliśmy pójść jeszcze na ulokowany obok lotniska dworzec autobusowy, ale nawet jeśli jeszcze jakiś autobus odjeżdżał, ryzykowaliśmy, że utkniemy gdzieś na podmiejskiej stacyjce i będziemy musieli skorzystać z kosztownej taksówki.

W konsekwencji zdecydowaliśmy na szybki pociąg KLIA Express, najdroższą możliwość - 35 ringittów za osobę (na szczęście za Prosiaczka nie musieliśmy płacić). Po drodze na peron stacji kolejowej ulokowany na najniższym poziomie lotniska męczyli nas jacyś taksówkarze, ale podróż do Kuala Lumpur za 150 ringittów nawet w trzy osoby nie miała sensu - drożej i dłużej.

Zjechaliśmy windą na peron, z którego odjeżdżają pociągi z lotniska międzynarodowego do stacji Kuala Lumpur Sentral. W okienku zapłaciłem kartą kredytową za bilety, a usłużny pracownik lotniska wniósł nasze bagaże do wagonu. Pociąg po chwili ruszył. Andrzejek odrobinę marudził i chciał jeść, więc musieliśmy go nakarmić. Trochę pogawędziliśmy ze znajomym i 35 minut minęło szybciutko. Pożegnaliśmy się z kolegą-podróżnikiem, który przesiadał się na metro, a sami wyszliśmy przed dworzec. Ciepły i parny wieczór zaskoczył nas nieco. Kropił ciepły deszczyk. Przez chwilę zastanawialiśmy się, czy nie pójść pieszo do starego dworca kolejowego Kuala Lumpur, wybudowanego w czasach kolonialnych przez Anglików, a obecnie pełniącego głównie funkcję hotelu, ale doszliśmy do wniosku, że nasza znajomość miasta jest jednak dość ograniczona, a po ciemku możemy łatwo zabłądzić. Dlatego też wróciliśmy do budynku dworca i udaliśmy się do automatów służących do sprzedawania biletów na pociągi KOMUTER. Nacisnęliśmy odpowiedni przycisk, by dowiedzieć się, ile mamy zapłacić. Nasze bilety miały kosztować dwa ringitty. Nie miałem takich drobniaków. Niestety, nie miał ich jednak także młody pracownik kolei, którego zadaniem była obsługa automatów. Wyjątkowo jednak życzliwie postawił nam te bilety z własnych pieniędzy. Bardzo miły gest, jakże typowy dla gościnnych mieszkańców Malezji.

Po dojechaniu na stację Kuala Lumpur, nie znając drogi, wyszliśmy bez sensu z dworca, po to, by do niego ponownie wrócić z całkiem innej strony. Po przejściu pod peronami spotkaliśmy dwóch Chińczyków, trochę zaskoczonych naszych widokiem. Dworzec o tej porze był miejscem rzeczywiście odludnym. Dwoje Europejczyków z małym dzieckiem o takiej porze (a było już po 23 miejscowego czasu) musiało być dla nich niecodziennym widokiem.
Jeden z nich zapytał, czego szukamy. Gdy odpowiedzieliśmy, że hotelu, życzliwie zaprowadził nas do recepcji, a nawet usiłował skłonić młodego recepcjonistę, by obniżył nam cenę za pokój (103 ringitty), co jednak nie powiodło się. Serdecznie podziękowaliśmy mu za pomoc i poszliśmy do pokoju. Podróż dała się nam już bardzo we znaki. Nasz chłopak był żywy i wesoły, ale jemu warunki spania samolotowego znacznie bardziej odpowiadały niż nam.
Wdrapaliśmy się na drugie piętro, co było trochę bez sensu, bo lepiej zrobilibyśmy, korzystając z windy. Prawdę mówiąc, nie zauważyliśmy jej jednak, co również można zapewne przypisać naszemu zmęczeniu. Pokój był w stylu staromodnym, a łazienka nie była remontowana od dłuższego czasu, ale zważywszy na cenę i bardzo dogodną lokalizację, nie mieliśmy powodów do narzekań. Pokój był czysty i całkiem spory, miał też klimatyzację. Szybko umyliśmy się i poszliśmy spać. Chłopak trochę protestował, bo chętnie by jeszcze poszalał, ale po wyłączeniu światła nie miał innego wyjścia i musiał dostosować się do nas.





9.01
Następnego dnia po porannej toalecie poszliśmy zjeść śniadanie w małej kawiarni obok recepcji. Śniadanie było niezbyt obfite i składało się z jajek oraz kilku grzanek z marmoladą. Nasz chłopak jest miłośnikiem jajek, więc jemu to śniadanie odpowiadało, a my również nie czuliśmy się specjalnie głodni. Kawiarnia była staromodna jak i cały hotel.

Ponieważ samolot do Bangkoku mieliśmy dopiero o 16:20, mieliśmy jeszcze całkiem sporo czasu. Już wcześniej planowaliśmy wizytę w Petronas Tower. Byliśmy tam podczas naszej poprzedniej wizyty w Malezji, ale z powodu awarii aparatu fotograficznego nie mieliśmy żadnej pamiątkowej fotografii. Ponadto Małgosi podczas lotu samolotem rozlał się w kosmetyczce zmywacz do paznokci, wobec czego musieliśmy kupić kilka artykułów higienicznych, które wskutek tej katastrofy nadawały się już tylko do wyrzucenia. W budynku Petronas Tower na niższych piętrach mieści się - co również pamiętaliśmy z poprzedniej wizyty - raczej dość ekskluzywny dom towarowy, ale mieliśmy nadzieję znaleźć tam drogerię.

Spakowaliśmy nasze bagaże i zostawiliśmy je w hotelu na recepcji, a sami wyruszyliśmy na miasto tylko z małym plecakiem z piciem i artykułami higienicznymi dla dziecka oraz z dużym workiem, do którego zapakowaliśmy nasze zimowe rzeczy. Mieliśmy zamiar zostawić niepotrzebne nam podczas podróży kurtki i ciężkie zimowe buty w przechowalni bagażu na dworcu autobusowym Puduraya. Tak samo zrobiliśmy podczas poprzedniego wyjazdu do Malezji, więc mieliśmy do tej metody zaufanie.

Najpierw pojechaliśmy kolejką LRT ze stacji mieszczącej się tuż obok naszego hotelu do stacji Masjid Jamek (obok Meczetu Państwowego), a stamtąd kolejką nadziemną pojechaliśmy na przystanek obok dworca Puduraya. Tam zostawiliśmy bagaże, a następnie wróciliśmy na stację Masjid Jamek, by z powrotem przesiąść się na kolejkę LRT. Stolica Malezji - jak wiele światowych metropolii - cierpi na problemy związane z ogromnymi korkami ulicznymi i zanieczyszczeniem powietrza powodowanym przez spaliny. Problem ten został jednak w znacznym stopniu złagodzony poprzez wprowadzenie do eksploatacji sieci szybkich i niezawodnych kolei miejskich, częściowo naziemnych, częściowo zaś podziemnych. Kolejka LRT jest o tyle ciekawa, że jej trasa przebiega częściowo pod ziemią i wtedy jedzie się jak w metrze, ale na pewnych odcinkach, np. w pobliżu dworca kolejowego, wychodzi na powierzchnię.

Pod budynkami Petronas Tower mieści się jedna ze stacji kolejki LRT, która w tym miejscu przekształca się w metro. Łatwo można zatem do Petronas Tower dojechać. Zrealizowaliśmy nasze plany, to znaczy zrobiliśmy sobie zdjęcia pod wieżami Petronas Tower. Nie wjeżdżaliśmy na górę, bo już tam byliśmy. Zresztą można wjechać tylko do mostka łączącego obie wieże, mniej więcej na 1/3 wysokości, a widok stamtąd wcale nie jest nadzwyczajny. Dla podziwiania widoków Kuala Lumpur znacznie lepiej wejść na pobliską Menorę, czyli wieżę pełniącą funkcję podpory dla anten nadawczych. Z platformy widokowej, która się tam znajduje, widok jest naprawdę imponujący. Udało nam się też znaleźć drogerię, co wymagało jednak skorzystania z pomocy punktu informacyjnego, gdyż dom towarowy w budynku Petronas Tower jest duży i przeważają w nim ekskluzywne butiki.

Nim wróciliśmy do hotelu, było już po pierwszej. Wzięliśmy plecaki i poszliśmy na peron kolejki podmiejskiej KOMUTER, którą chcieliśmy dojechać na nową stację kolejową Kuala Lumpur Sentral. Stamtąd mieliśmy zamiar dostać się jakoś na lotnisko. Był z tym związany pewien problem - otóż od pewnego czasu samoloty tanich linii Air Asia, którymi mieliśmy lecieć, korzystają z tego samego lotniska, na które przylecieliśmy i z którego odlatuje większość samolotów, ale z osobnego terminala (nosi on nazwę LCC). Mieliśmy nadzieję, że w związku z tym dojedziemy tam szybką kolejką KLIA Express, która łączy główny terminal ze stacją KL Sentral. Niestety, panie w kasie rozwiały nasze nadzieje. Powiedziały, że oba terminale są od siebie bardzo oddalone i bardziej będzie nam się opłacało dojechać do terminala Air Asia, korzystając z połączenia autobusowego uruchomionego przez te linie. Autobus (9 RM) miał swój przystanek również na stacji KL Sentral, ale zważywszy, że w autobusie, który miał właśnie odjechać, nie było już miejsc, a na następny musieliśmy czekać 15 minut, sytuacja mocno się skomplikowała. Dojazd autobusem do terminalu miał trwać około godziny, co - biorąc pod uwagę fakt, że autobus odjeżdżał o 14:30 powodowało, że na lotnisku mieliśmy szansę znaleźć się o 15:30, czyli 50 minut przed odlotem. Na bilecie zaś wyraźnie wydrukowano informację, że do odprawy należy zgłosić się najpóźniej godzinę przed odlotem. Jedynym wątpliwym pocieszeniem w tej nieciekawej sytuacji był znaleziony przez Małgosię na chodniku banknot 10 ringittowy.

Ponieważ przyjechaliśmy na lotnisko późno, mogliśmy liczyć tylko na to, że azjatyckie tanie linie są nieco bardziej liberalne niż nasze europejskie. I mieliśmy rację: kiedy z wywieszonymi językami znaleźliśmy się przy stanowisku odprawy, nie była ona jeszcze zakończona, choć zdaje się, że byliśmy ostatnimi pasażerami. I tak jeszcze chwilkę czasu straciliśmy, ponieważ pracownik lotniska nie chciał przyjąć naszych bagaży, bo nie było na nich jakiejś naklejki. Okazało się, że punkt prześwietlania bagażu mieści się na środku hali, trzeba tam podejść, dać do prześwietlenia bagaże i dopiero po naklejeniu przez pracownika ochrony naklejki stwierdzającej sprawdzenie bagażu, można nadać swoje rzeczy w punkcie odprawy. Gdybym był terrorystą, takie zabezpieczenia co najwyżej mogłyby wzbudzić mój śmiech. Cóż za problem odkleić naklejkę z jednej torby i nakleić ją na inną.

Rzecz jasna, nie polecam nikomu spóźniania się na odprawę. Nie było to szczególnie mądre z naszej strony, że dopuściliśmy do takiej sytuacji, gdzie o tym, czy zostaniemy odprawieni, decydowała dobra wola pracowników lotniska. Po otrzymaniu kart pokładowych przeszliśmy przez stanowiska ochrony do części przeznaczonej dla odlatujących pasażerów. Była dość siermiężna i przypominała poczekalnię podrzędnego dworca autobusowego. Pasażerowie kolejnych lotów byli wypuszczani przez bramki na płytę lotniska, skąd musieli pieszo dojść do swoich samolotów. Kiedy w końcu wywołano nasz lot, do bramki ustawiła się długa kolejka. Nie popisaliśmy się refleksem i wylądowaliśmy raczej przy jej końcu. Przez głośniki podawano komunikaty, najczęściej w języku malajskim. Po jednym z nich jakaś młoda Chinka odwróciła się do nas i powiedziała, że właśnie powiedziano, że pasażerowie z małymi dziećmi będą przepuszczani przez bramkę w pierwszej kolejności. Rzecz jasna, skorzystaliśmy z tej możliwości.

Lot małym Boeingiem przebiegł całkiem spokojnie. Samolot był pustawy, więc z wyjątkiem startu i lądowania, Prosiaczek miał swoje własne siedzenie. Zniósł podróż bardzo dobrze - trochę przeglądaliśmy razem ulotki i gazetki dostarczone przez linię lotniczą, trochę poczytaliśmy. Ponieważ nieco zgłodnieliśmy, zamówiliśmy porcje nasi lemak, narodowe danie kuchni malajskiej, czyli zestaw składający się z ryżu i curry z wołowiny, podawany z jajkiem gotowanym na twardo, ogórkiem, prażonymi orzeszkami ziemnymi i małymi suszonymi rybkami). Cena była przystępna, inaczej niż w europejskich tanich liniach lotniczych.

Przez większość czasu obserwowaliśmy z góry leniwie przesuwające się w dole wybrzeże morskie Zatoki Tajlandzkiej. Gdy w końcu wlecieliśmy nad stały ląd, mieliśmy wrażenie, że jest on zbudowany z wysepek, pomiędzy którymi płynie woda. W międzyczasie wypełniliśmy tajskie druczki imigracyjne, które jeszcze na pokładzie dała nam stewardessa. Po wylądowaniu, z płyty lotniska zabrał nas autobus w czerwonych barwach Air Asia. Dojazd do budynku terminala trwał dość długo. Widać było, że lotnisko jest jeszcze trochę w budowie, gdyż tu i ówdzie trwały jeszcze prace budowlane.

Nowe lotnisko w Bangkoku zostało oddane do użytku ledwie kilka miesięcy wcześniej - we wrześniu 2006. Budynek terminala jest rzeczywiście ogromny i sprawia ciągle wrażenie pustawego. Można się domyślać, że kiedyś wypełni się bezcłowymi sklepami, ale na razie wielkie hale i niezagospodarowane przestrzenie sprawiały nieco przytłaczające wrażenie.
Gdy stanęliśmy w kolejce do odprawy paszportowej, podeszła do nas umundurowana kobieta, która miło się do nas uśmiechnęła, dzięki czemu mogliśmy zobaczyć jej aparat ortodontyczny na zębach. Powiedziała, że dla osób z małymi dziećmi jest specjalne stanowisko odpraw paszportowych. Dzięki temu o mały włos uniknęlibyśmy stania w kolejce. O mały włos, ponieważ inny urzędnik po zlustrowaniu naszych paszportów, oznajmił nam, że by dostać wizę na lotnisku, trzeba podejść do jeszcze innego stanowiska. Aby tam dotrzeć, musieliśmy opuścić halę, w której byliśmy, i przejść chyba kilkaset metrów korytarzem. Tam znaleźliśmy kontuar oznaczony napisem "Visa on arrival". Umundurowani Tajowie wzięli od nas dokumenty i druczki, a także po jednym zdjęciu w formacie paszportowym od osoby. Chcieli też zobaczyć nasze karty pokładowe, ale te - jak na złość - gdzieś się zawieruszyły. Przeszukiwałem nasz podręczny plecaczek, a urzędnikom dałem nasze bilety. Nie byli zbytnio usatysfakcjonowani, ale w końcu zadowolili się biletami, bo karty pokładowe gdzieś się złośliwie zawieruszyły i znalazłem je dopiero po kilku dniach upchnięte w portfelu.

Przyjemność otrzymania czternastodniowej wizy na lotnisku kosztowała nas 90 dolarów (30 dolarów od osoby). Sprytny urzędnik, któremu dałem banknot o nominale 100 USD, "zapomniał" wydać mi 10 USD. Musiałem się o swoją resztę upomnieć. Czyżby byli tacy, którzy się nie upominali?

Gdy zjawiliśmy się po tych wszystkich formalnościach i po przejściu kontroli paszportowej przy taśmie, nasz bagaż jeździł sobie po niej jako ostatni. Właśnie jakiś pracownik lotniska przymierzał się, by zdjąć go z taśmy i położyć z boku.

Zabraliśmy bagaże, wymieniliśmy w kantorze wymiany walut trochę dolarów na miejscowe bahty i wyszliśmy z hali przylotów. Ktoś nas nawet nagabywał, jak to zwykle bywa, ale postąpiliśmy tak, jak w takim przypadku należy zawsze postępować dla dobra swoich nerwów i kieszeni, tj. zignorowaliśmy te zaczepki. Wyszliśmy na zewnątrz budynku terminala. Zapadał zmierzch.

Bez trudu znaleźliśmy przystanek autobusu wahadłowego, a na sam autobus czekaliśmy nie dłużej niż 10 czy 15 minut. Po kilkunastominutowej podróży dotarliśmy do tak zwanego centrum komunikacyjnego. Znajdują się na nim przystanki autobusów miejskich kursujących z lotniska do różnych miejsc w Bangkoku. Jest to zapewne najtańsza możliwość dotarcia w pobliże centrum miasta, jednak biorąc pod uwagę liczbę naszych bagaży i znany nam z relacji innych podróżników fakt, że autobusy są mimo wszystko dość drogie, a taksówki w Bangkoku są bardzo tanie, postanowiliśmy skorzystać z tego drugiego środka transportu.

Dlatego chwilowo zostawiłem Małgosię na ławce na peronie, a sam poszedłem szukać taksówki. Okazało się to zadaniem bardzo prostym. Skierowałem się w stronę czegoś, co wydało mi się w ciemnościach, które w międzyczasie zapadły, wielkim parkingiem. Okazało się, że wielki parking, to kilkuhektarowy teren zastawiony taksówkami. Obok był mały budyneczek, w którym mieściła się restauracja. Przed nim stały parasole. Taksówkarze z daleka zaczęli do mnie wołać, czy nie potrzebuję taksówki. Jeden wstał i zaczął iść do mnie, trzymając w ręku walkie-talkie. Podejrzewając jednak podstęp (w wielu krajach taksówkarze to wredna nacja, skłonna do wyciągania pieniędzy od podróżnych, zwłaszcza tych nie znających jeszcze miejscowych realiów), odkrzyknąłem im, że na razie nie potrzebuję taksówki i wszedłem między samochody.

Niektóre były puste, w innych siedzieli taksówkarze. Któryś powiedział mi, że jeśli potrzebna mi taksówka, powinienem pójść do człowieka z walkie-talkie. Wyglądało na to, że żadnego podstępu nie ma. Dlatego wróciłem po Małgosię i razem z naszym chłopakiem i bagażami wróciliśmy do człowieka z walkie-talkie. Na wszelki wypadek dałem mu kartkę z nazwą hotelu, który miałem zarezerwowany. Kartka była na stronie internetowej hotelu.

Nazwa hotelu była napisana literami łacińskimi i tajskimi, ale adres był zapisany tylko przy wykorzystaniu alfabetu łacińskiego. Używanie alfabetu łacińskiego do zapisu języka tajskiego jest bardzo popularne w Tajlandii i w przewodniku nie sposób odnaleźć na przykład nazw miejscowości zapisanych pismem tajskim. To samo dotyczy ulic, nazw zabytków i innych obiektów przydatnych turyście. Jest to - moim zdaniem - zwyczaj co najmniej dziwny.

Język tajski, podobnie jak język chiński, jest bowiem tak zwanym językiem tonalnym. Oznacza to, że w przeciwieństwie do bliskich nam geograficznie języków europejskich, języków Bliskiego Wschodu, Azji Środkowej czy na przykład języka malajskiego, znaczenie słowa jest związane nie tylko z samymi głoskami występującymi w tym słowie, ale również z "tonami". Tonów może być wiele, mogą być tony opadające lub wznoszące, niskie i wysokie, a - próbując sprawę wytłumaczyć na przykładzie - oznacza to, że ta sama sylaba "ma" może znaczyć coś zupełnie innego w zależności od tego, czy osoba wypowie ją niskim czy wysokim głosem, czy głoska "a" będzie wznosiła się do góry czy w dół, względnie wyprawiała jakieś inne harce. Z powodu tej właśnie odmienności trudno jest zapisać słowa tajskie czy chińskie alfabetem łacińskim, a nam nie jest łatwo powtórzyć jakieś słowo po Taju lub Chińczyku. Dla nas różnice między tonami są niedostrzegalne, dla nich te niedostrzegalne różnice w tonach niosą ważną informację o znaczeniu słowa. W przewodnikach po Chinach mieliśmy nazwy geograficzne i miejscowe wydrukowane w wersji nie tylko zeuropeizowanej, a więc niezrozumiałej dla tubylców, ale także w postaci "krzaczków", dzięki czemu można było komuś zawsze pokazać w książce znaczki określające miejsce, do którego chcieliśmy trafić. Tu tej możliwości nie było. Dlatego też człowiek z walkie-talki oraz taksówkarze mieli spore problemy, by określić, gdzie właściwie chcemy dojechać. Co prawda, zachodni turyści nauczyli ich już pewnie, co może oznaczać zapis znakami łacińskimi jakiejś nazwy, ale rozszyfrowanie kartki zajęło im wiele czasu, co - biorąc pod uwagę, że zgodnie z mapą nasz hotel miał mieścić się przy jednej z większych ulic centrum Bangkoku - było wielce symptomatyczne.

Odbyło się to mniej więcej tak, że najpierw podjechała jedna taksówka, gdy wszakże wsiedliśmy i taksówkarz wyszedł do człowieka z walkie-talkie, odbyła się między nimi ożywiona dyskusja. Przyłączyli się do niej kolejni taksówkarze, którzy powstali z krzeseł znajdujących się na werandzie pobliskiej restauracji. W końcu kazali nam wyładować bagaże i podjechała kolejna taksówka. Znowu odbyła się dyskusja, po czym wsiedliśmy do taksówki i w końcu odjechaliśmy.

Większa część drogi do Bangkoku biegła po autostradzie. Jeszcze na początku podróży taksówkarz dał nam jakiś kwitek. Okazało się, że była to informacja o konieczności doliczenia do ceny kursu 50 bahtów za obsługę na lotnisku. Ponadto musiałem płacić co pewien czas po 50 bahtów za przejazd przez kolejne bramki na autostradzie. W sumie minęliśmy 3 takie bramki. W konsekwencji droga do hotelu z tymi wszystkimi opłatami kosztowała nas około 380 bahtów, czyli grosze, biorąc pod uwagę, że przejechaliśmy kilkadziesiąt kilometrów.

Nasz hotel (Hotel du Moc) okazał się bardzo przyjemnym miejscem. Obsługa była sympatyczna, pokoje ładne i czyste, a przed hotelem był nawet nieduży basen. Było już co prawda ciemno, ale postanowili pospacerować sobie po okolicy. Nie bez kozery Bangkok jest znany ze swoich nocnych targów. Niedaleko od nas miała się znajdować się słynna ulica Khao San Road, znana jako mekka backpackerów, czyli osób zwiedzających świat z plecakiem. Obok jest mnóstwo niedrogich hoteli i pensjonatów. Celowo wybraliśmy hotel znajdujący w pewnej odległości od tego miejsca, by uniknąć zgiełku nocnego targu odbywającego się codziennie na tej ulicy. Nie dzieliła nas jednak od Khan San Road odległość zbyt duża. W sam raz na wieczorny spacer. W pokoju hotelowym znaleźliśmy informację, że hotel zapewnia turystom bezpłatny dojazd na ulicę Khao San przy wykorzystaniu trójkołowego mechanicznego pojazdu zwanego w Tajlandii tuk-tukiem, ale wybraliśmy spacer. Po drodze mieliśmy zaś przechodzić przez inny targ: spożywczo-warzywny.

Jadąc wcześniej taksówką, a także spacerując teraz ulicami zauważyliśmy, że wkoło jest mnóstwo portretów króla - ubranego w galowe szaty na ogół posiadające krój munduru wojskowego chudego mężczyzny w średnim wieku o wyglądzie intelektualisty, co podkreślały jeszcze wielkie okulary z grubymi oprawkami. Niektóre wisiały wewnątrz czegoś, co sprawiało wrażenie kapliczek obwieszonych ze wszystkich stron flagami państwowymi. Bez kłopotów zauważyliśmy również punkty, w których można było nabyć te patriotyczne artykuły z portretami monarchy i flagami na czele.

Biorąc pod uwagę doniesienia prasowe, zgodnie z którymi zachodni turyści otrzymują niekiedy kary więzienia za znieważenie monarchy (a za znieważenie może zostać uznane nawet zniszczenie miejscowego banknotu, ponieważ właściwie na każdym z nich znajduje się portret króla), należy sądzić, że Tajowie naprawdę kochają swojego króla. Nie wiemy, co prawda, czy ta wielość portretów to zjawisko normalne, czy też wynik wojskowego puczu, który miał miejsce kilka tygodni przed naszym przyjazdem. Zgodnie z informacjami historycznymi pucze wojskowe w Tajlandii są całkiem częste, a armia rządzi przeważnie krajem racjonalniej niż cywilny rząd. Dlatego też miejscowa ludność specjalnie nie przejmuje się tego rodzaju zmianą władzy zwłaszcza, że zazwyczaj wszystko odbywa się bezkrwawo. Przy okazji każdego puczu, wojskowi odwołują się do króla jako głowy narodu, a sam król - rzecz jasna - nie protestuje. Warto też wiedzieć, że Tajlandia dopiero od kilkudziesięciu lat nie jest monarchią absolutną. Przestała nią być w wyniku rozruchów na początku lat 30-tych ubiegłego wieku.

Zaraz przy wejściu na targ warzywny doszliśmy do wniosku, że nazwa jest nieadekwatna. Po pierwsze targ polegał po prostu na tym, że wzdłuż ulicy ustawiono stragany i garkuchnie. Poza tym stoisk z warzywami było raczej niewiele. Przeważała gastronomia, pomiędzy zaś ladami z jedzeniem znajdowały się sklepy z najróżniejszymi artykułami. Zaraz przy wejściu było stoisko z artykułami, które zidentyfikowaliśmy jako tutejsze łakocie.

Tajowie nie znają słodyczy w naszym rozumieniu. Czekolada to produkt dla nich dość egzotyczny. Jak zresztą dla większości mieszkańców tej szerokości geograficznej. Temperatury są tu tak wysokie, że czekolada rozpływa się. Wypieki, mimo że się je niekiedy spotyka, także nie należą do produktów tutejszej kuchni, lecz są importem z innych odległych kultur. Dlatego też typowe stoisko ze słodyczami wygląda jak zestaw papek różnego typu, płynów sprzedawanych często w woreczkach foliowych oraz różnego koloru niewielkich kuleczek i prostopadłościanów, które jak mniemam są zrobione w większości z tapioki. Sporządzenie z tego wszystkiego deseru do spożycia na miejscu lub pakowanego na wynos w styropianowe pudełko polega zazwyczaj na wymieszaniu różnych ingrediencji, na przykład wsypaniu kandyzowanych owoców do słodkiego mleka sojowego. Na razie mieliśmy jednak ochotę na zwykłą, niezbyt obfitą kolację. Ponieważ nie byliśmy bardzo głodni, zdecydowaliśmy się zaspokoić swój głód zupą, a po drugiej stronie zaraz przy wejściu na targową ulicę zachęcało nas stoisko z zupami sprzedawanymi za jedyne 20 czy 25 bahtów za dużą miskę. Przycupnęliśmy na taboretach, dostaliśmy miski pełne parującej zupy i łyżki. Po spożyciu zupy ruszyliśmy w dalszą drogę.

Same stoiska z jedzeniem w Bangkoku przypominają te, które widzieliśmy już wcześniej w Malezji. Na zewnątrz lokalu są wystawione różne dania, a kupuje się je pokazując palcem. W ten sposób sprzedaje się wszystko - różne tradycyjne curry i inne potrawy, których substytuty można nabyć w niektórych tajskich restauracjach w Europie, ale także specjały w rodzaju grillowanych larw robaków żyjących w trzcinie cukrowej, szarańczaków, pluskiew wodnych, czy też sałatki z mrówek. Specjały te pakuje się do woreczka foliowego są spryskiwane sosem i w tej postaci stają się przekąską, którą można delektować się podczas spaceru. Nie zdecydowaliśmy się jednak na spróbowanie tych przysmaków, choć może następnym razem uda nam się przekonać siebie, że w jedzeniu tej wysokobiałkowej strawy nie ma przecież nic złego.

Między lokalami serwującymi miejscową gastronomię były również nieco bardziej turystyczne miejsca, w których biali turyści popijali sobie przy stolikach piwo. Od czasu do czasu widzieliśmy również inne sklepy, zwłaszcza odzieżowe. Zajrzeliśmy tylko do apteki, by sprawdzić, czy nie ma w niej przypadkiem jedzenia dla dzieci. Ale nie było - w Tajlandii, tak samo jak w Chinach, tego rodzaju artykuły nie są sprzedawane w aptekach. By je zdobyć trzeba pójść do sklepu i to raczej większego. W końcu targ uliczny zaczął się kończyć, więc kierując się mapką w przewodniku weszliśmy w jakąś boczną uliczkę. Kierując się strzałkami i przechodząc przez kawiarenkę internetową, doszliśmy do miejsca, w którym swój początek ma słynna ulica Khao San. Mimo dość późnej pory po ulicy i w jej okolicach kłębiły się dzikie tłumy ludzi, z których większość stanowili biali turyści. By wejść na tę wyłączoną z ruchu kołowego ulicę, trzeba przejść przez bramki strzeżone przez miejscową policję. Akurat, gdy doszliśmy do bramek, policjanci mieli apel i stali na baczność, obfotografowywani przez tłumy turystów. Trzeba przyznać zresztą, że widok ustawionych w równym dwuszeregu mężczyzn i kobiet w różnym wieku ubranych w egzotyczne dla nas mundury mógł ładnie zaprezentować się na zdjęciu. Zanim jednak sami wyciągnęliśmy aparat i go uruchomiliśmy, apel się skończył i uczestniczący w nim funkcjonariusze udali się do swoich zajęć.

Sama ulica Khao San mocno nas zaś rozczarowała. Spodziewaliśmy się tutaj trochę bardziej egzotycznej atmosfery, a ulica była w rzeczywistości opanowanym przez białych ludzi targowiskiem, na którym głównym artykułem były tandetne podkoszulki. Pomiędzy sklepikami zaś zapraszały do konsumpcji lokale gastronomiczne z ustawionymi jeden obok drugiego stolikami, przy których stłoczeni młodzi ludzie pili piwo i palili papierosy. Całość rozbrzmiewała kakofonią dźwięków głośnej muzyki z przewagą różnych odmian techno. Dodatkową atrakcję stanowiły skąpo ubrane dziewczęta, które rozdawały rozbawionym turystom ulotki zapraszające do skorzystania w pewnych przybytkach z uciech natury cielesnej. Przechadzkę po ulicy Khao San zakończyliśmy z ulgą i udaliśmy się do naszego nieodległego hotelu. W ten sposób doszliśmy do placu, od którego rozpoczęliśmy naszą przechadzkę po nocnych targach. Na stoisku z łakociami na samym brzegu bazaru kupiliśmy custard (jest to popularny w tych rejonach świata i smakujący znakomicie deser produkowany na bazie mleka kokosowego, cukru i jajek) oraz trochę słodkiego ryżu gotowanego na mleku kokosowym do spożycia w hotelu. Deser okazał się wyśmienity. Po jego spożyciu udaliśmy się na zasłużony odpoczynek.





10.01
Następny dzień przyniósł nam na samym początku trochę mocnych wrażeń. Nasz Prosiaczek zagorączkował i to wysoko. Nie mieliśmy, co prawda, przy sobie termometru, ale czoło miał rozpalone gorączką, a wzrok szklisty.
W Polsce wykupiliśmy ubezpieczenie Warty z opcją assistance, więc zadzwoniłem szybko z komórki na numer kontaktowy, ale dziewczyna, która odebrała, powiedziała mi tyle, że mogę wziąć rachunek od lekarza i starać się o zwrot kosztów, a lekarza mam sobie znaleźć sam.
Udałem się zatem na recepcję. Poza tajskimi recepcjonistami był tam również jakiś biały człowiek, może menedżer czy ktoś w tym rodzaju. Powiedział mi, że hotel nie ma umowy z żadnym lekarzem i nikogo takiego nie zatrudnia, ale może mi polecić niedrogą klinikę, w której leczyli się jego klienci. Wziąłem, więc karteczkę z nazwą kliniki i adresem, ubraliśmy siebie i chłopaka i poszliśmy do lekarza. Usłużny personel hotelowy wezwał dla nas taksówkę. Podróż trwała około 40 minut - Bangkok to wielka, wielomilionowa metropolia, zatem te 40 minut w skali miasta tej wielkości było naprawdę krótką przejażdżką.

Taksówkarz wysadził nas na parkingu znajdującym się na parterze kliniki. Zaraz podeszli do nas pracownicy kliniki, pytając, co nas sprowadza. Gdy wyjaśniliśmy, że potrzebujemy konsultacji lekarskich dla dziecka, zaprowadzono nas do windy i powiedziano, na które piętro mamy się udać. Na piętrze, na którym wysiedliśmy, zaraz naprzeciwko windy znajdowała się recepcja. Niestety, okazało się, że akurat żaden pediatra w tym momencie nie przyjmuje. Biorąc pod uwagę okoliczności, poprosiliśmy, by zarejestrowano nas do internisty. Nie uśmiechało nam się jeżdżenie po Bangkoku z gorączkującym Prosiaczkiem w poszukiwaniu pediatry. Zajęła się nami miła i nieźle rozmawiająca po angielsku pielęgniarka. Przed wizytą zważyła i zmierzyła chłopaka na wadze, a także zmierzyła mu temperaturę. Prosiaczka zbadał sympatyczny i mówiący również bardzo dobrze po angielsku młody lekarz. Powiedział, że jest to drobna infekcja górnych dróg oddechowych, która za parę dni z pewnością przejdzie bez śladu. Zapytałem go, czy powinniśmy w związku z tym zrezygnować z naszych planów i pozostać kilka dni dłużej w stolicy. Byłaby to dla nas spora komplikacja, bo większość hoteli na trasie mieliśmy już zarezerwowanych, a częściowo nawet opłaconych. Jednak w obliczu komplikacji zdrowotnych naszego Prosiaczka fakt ten, rzecz jasna, niewiele znaczył. Lekarz jednak zapewnił nas, że nie ma takiej potrzeby i życzył nam przyjemnych wczasów.

Pielęgniarka zaprowadziła nas do sąsiadującego z recepcją okienka, które okazało się punktem aptecznym. Podczas gdy aptekarze szukali naszych lekarstw, poprosiłem pielęgniarkę o rachunek. Powiedziałem, że będzie nam potrzebny do ubezpieczenia. Pielęgniarka zapytała się o nazwę towarzystwa ubezpieczeniowego, twierdząc, że z wieloma towarzystwami klinika ma podpisaną umowę umożliwiającą rozliczanie się bezgotówkowe. Oczywiście nazwa polskiej Warty nic jej nie powiedziała. Zadzwoniłem więc na infolinię, próbując wydobyć informację od dziewczyny reprezentującej firmę świadczącą usługi assistance na rzecz Warty, czy istnieje w tym przypadku możliwość rozliczenia bezgotówkowego. Generalnie takie rozwiązanie jest korzystne, ponieważ nie musiałbym wówczas nic płacić za poradę lekarską i leki. Wydobycie jednak od obsługi infolinii potrzebnych mi informacji okazało się trudne. Dziewczyna - jak się okazało - nie znała języków obcych, co mi osobiście wydaje się dość absurdalne, ale w naszym kraju zdarzają się i większe absurdy. Lekarz, który chciał koniecznie porozmawiać z kimś z mojego towarzystwa ubezpieczeniowego, był mocno zdziwiony tymi problemami komunikacyjnymi. Jedyne, co mogła mi zaproponować dziewczyna z infolinii, to wysłanie faksu do kliniki z informacjami niezbędnymi do bezgotówkowego rozliczenia. W końcu jednak zdecydowałem się zapłacić kartą.

Gdy dowiedziałem się, ile łącznie będzie mnie kosztowała porada łącznie z lekami, a było to w przeliczeniu mniej więcej 40 złotych (480 bahtów), uznałem, że próby wykorzystania naszej polisy nie miały żadnego sensu. Z billingu telefonicznego, który otrzymałem już w Polsce, okazało się, że więcej mnie kosztował roaming do Polski niż wydałem na lekarza. Ogólnie, więc wychodzi na to, że w Tajlandii szkoda zawracać sobie głowę polisami, chyba że choroba jest rzeczywiście poważna. Przy takich cenach leków i usług medycznych drobne zachorowania lepiej leczyć płacąc za wszystko samemu, zbierając ewentualnie rachunki, które można przedstawić w towarzystwie ubezpieczeniowym po powrocie do kraju.

Około południa byliśmy z powrotem w hotelu. Przebraliśmy się i postanowiliśmy postarać się zrealizować w jak największym zakresie program zwiedzania, który przygotowaliśmy sobie na dzisiejszy dzień. Wskutek komplikacji zdrowotnych Prosiaczka spora część dnia już nam uciekła, ale lekarz powiedział, że jest to tylko drobna infekcja, a chłopak, mimo że czoło miał nadal gorące, wyglądał już i zachowywał się całkiem normalnie.

Przed zwiedzaniem zjedliśmy w hotelowej restauracji wczesny obiad. Jedzenie było dobre, ale restauracja okazała się, jak na standardy tej części Azji, droga (za dwudaniowy posiłek dla dwóch osób zapłaciliśmy mniej więcej 500 bahtów).
Potem poprosiliśmy obsługę hotelu o wezwanie taksówki. Taksówkarzowi kazaliśmy zawieźć się przed pałac królewski. Przejażdżka kosztowała nas około 40 bahtów (taksówki w Bangkoku są tanie i powszechnie dostępne - płaci się według wskazań taksometru).
Pałac królewski to otoczona dość wysokim murem część miasta, na którą składa się świątynia królewska, najświętsze miejsce tajskich buddystów oraz właściwy pałac królewski, którego niewielka część jest dostępna dla zwiedzających. Król mieszka obecnie w nowym pałacu w północnej części miasta, ale budynki starego pałacu są wykorzystywane w celach ceremonialnych.

Już po przejściu przez bramę w murze otaczającym pałac po lewej stronie pojawiają się złocone kopuły budynków świątyni królewskiej. Widok jest to zaiste wspaniały. Wstęp do tego zabytku, kosztujący 500 bahtów i jest to bardzo dobra inwestycja. Co prawda, przez pałac przewalają się tłumy turystów, co z pewnością odbiera mu nieco uroku, jednak i tak jest to niewątpliwie wspaniały zabytek. Z całą odpowiedzialnością mogę stwierdzić, a widziałem już w życiu niejedno, że pałac królewski w Bangkoku, a zwłaszcza świątynia królewska, to miejsce, które każdy powinien zobaczyć. Najświętsze wyobrażenie Buddy w Tajlandii, tak zwany Szmaragdowy Budda, to trochę niepozorna, niewysoka figurka, ale towarzyszy jej nieprawdopodobny przepych.

Sam pałac królewski w porównaniu ze świątynią to zaledwie jeden z wielu zabytków, jakie się ogląda podczas podróży. Zbudowany w europejskim stylu mógłby równie dobrze znajdować się we Włoszech czy we Francji. Do tego nie można wejść do środka. Udostępnionych jest tylko kilka wnętrz, które pełnią funkcję muzeum broni, niezbyt interesującego dla nie-koneserów.

Dużo ciekawsze jest inne muzeum, do którego wchodzi się już po wyjściu z pałacu. Wejście znajduje się obok kas biletowych. W tym muzeum główną część zbiorów stanowią kosztowności królewskie i regalia królów Tajlandii.

Po wyjściu z pałacu ruszyliśmy do Wat Po. Ta świątynia, położona nieco na południe od pałacu królewskiego, ale w jego bezpośrednim sąsiedztwie, jest jedną z głównych świątyń w kraju. Miejsce to jest znacznie spokojniejsze niż pałac królewski, a turystów jest zdecydowanie mniej. Dlatego też spacer po świątyni bardzo nam się podobał, mimo że nie onieśmielała przepychem w takim stopniu jak świątynia królewska.

Największym (dosłownie) obiektem w tej świątyni jest kilkudziesięciometrowy posąg leżącego Buddy. Posąg spoczywa w budynku, który jest niewiele większy niż sam Budda. Dlatego ogląda się go po kawałku, a całą postać można objąć wzrokiem tylko stojąc przy głowie i patrząc w kierunku stóp lub stojąc koło stóp i patrząc w kierunku głowy. Po wyjściu z Wat Po postanowiliśmy wrócić pieszo do naszego hotelu. Gdy przechodziliśmy koło znajdującego się obok pałacu królewskiego parku, jakiś starszy pan zaczął zapraszać nas do wejściu. Więc weszliśmy. Akurat trwały przygotowania do występów ludowych. Pozwoliło to nam zrobić kilka fotografii młodych Tajek w tradycyjnych strojach. Potem poszliśmy do hotelu, mijając po drodze Pomnik Demokracji. Pomnik upamiętnia rozruchy, które miały miejsce w latach 30-tych XX wieku, w wyniku których król przestał być władcą absolutnym, a Tajlandia stała się monarchią konstytucyjną. Trzeba przyznać, że Tajlandia do dzisiaj nie jest wzorcową demokracją i przez większą część XX wieku nią nie była - rządy wojskowych junt przeplatały się z krótkimi okresami cywilnych rządów. Jak już wspomniałem, nawet w czasie naszej podróży po Tajlandii w kraju sprawowali władzę wojskowi. Z drugiej zaś strony Tajowie czczą króla, przynajmniej publicznie. Wszędzie na ulicach wiszą jego portrety. Obrazki z dobrym monarchą przechadzającym się po polach lub obściskującym dzieci są również najczęstszym spotem reklamowym w tajskiej telewizji. Trzeba jednak przyznać, że Pomnik Demokracji stoi sobie w centralnym miejscu miasta, jest ładnie oświetlony przez lampy, co sprawia, że cieszy on oczy.

Nad rzeką w pobliżu naszego hotelu odkryliśmy niewielki targ nocny. Kupiliśmy sobie na nim przekąski rybne z grilla, które zajadaliśmy, podążając do hotelu. Wieczorem zostałem sam w hotelu z Prosiaczkiem, a Małgosia poszła na stoisko z łakociami, które wczoraj odkryliśmy - tak jej zasmakował kokosowy custard. Po konsumpcji poszliśmy spać. Dzień rozpoczął się w dość stresujący sposób, ale popołudniowe zwiedzanie było nadzwyczaj przyjemne i dostarczyło nam wielu niezapomnianych wrażeń.





11.01
Następny dzień był ostatnim dniem naszego pobytu w Bangkoku. Niestety nie udało nam się zrealizować programu zwiedzania, który sobie wcześniej wymyśliliśmy, z powodu choroby Prosiaczka. Na szczęście leki, które otrzymaliśmy w klinice, okazały się skuteczne, bo rano chłopak nie miał podwyższonej temperatury i sprawiał wrażenie całkowicie zdrowego.

Przed wyjazdem na południe, do Krabi postanowiliśmy zaopatrzyć się w mleczko i pieluszki. Pieluszki nam się kończyły, mleczka już nie mieliśmy wcale, a nie byliśmy pewni, jak wygląda zaopatrzenie w artykuły dla dzieci w mniejszych miejscowościach. Obsługa hotelu zadzwoniła po taksówkę i doradziła nam, gdzie powinniśmy jechać. Sklep, do którego trafiliśmy po krótkiej podróży, znajdował się obok komisariatu policji u wschodniego wlotu na ulicę Khao San. Był rzeczywiście nieźle zaopatrzony, więc kupiliśmy bez problemu i pieluszki, i wybrane losowo mleczko, które zgodnie z napisami na opakowaniu nadawało się dla naszego chłopaka. Nie znaleźliśmy obiadków w słoiczku. Były tylko jakieś deserki, ale kupowanie deserków w kraju, gdzie świeże pyszne owoce są tanie i łatwo dostępne, trochę mija się z celem.

Spacerkiem wróciliśmy do naszego hotelu, szybko dokończyliśmy pakowanie bagaży i poprosiliśmy obsługę hotelu o wezwanie taksówki na lotnisko. Podróż nie dłużyła nam się, bo trafiliśmy na wyjątkowo rozmownego taksówkarza. Opowiadał o swojej córce studiującej w USA i siostrze, która mieszka we Włoszech i kieruje pracą 20 robotników z Polski. Pokazywał zdjęcia. Ponieważ w drodze na lotnisko mija się dzielnice muzułmańskie, pozwolił sobie również na otwarte ataki na muzułmanów, których oskarżał o terrorystyczne ciągoty. Wypowiedzi te wpisują się w szerszy kontekst konfliktu o podłożu etniczno-religijnym, który tli się na południu Tajlandii. Zasadniczo Tajlandia jest krajem buddyjskim, gdyż jest to wyznanie większości mieszkańców, a opiekę nad kultem buddyjskim sprawuje sam król. Jednak znaczna część mieszkających na południu Tajlandii ludzi to muzułmanie, wielu nie uważa się za Tajów i używa własnego języka. Od czasu do czasu wybuchają tam zamieszki na tle religijnym, dochodzi też do aktów terroryzmu z podkładaniem bomb włącznie.

Dla turystów ten terroryzm jest niezbyt groźny, mimo że po każdym przypadku zamachu lub po wybuchu zamieszek ministerstwa spraw zagranicznych zachodnich państw ostrzegają swoich obywateli przed wizytami na pewnych obszarach Tajlandii. Obie strony konfliktu wiedzą jednak bardzo dobrze, że turystyka jest ważnym źródłem przychodów dla ich kraju, regionu czy miasta. Dlatego też turyści nie padają ofiarami terrorystów.

My mieliśmy przez pewien czas przebywać na muzułmańskim południu, ale konflikt akurat w tym czasie nie był zbyt nasilony, a poza tym uznaliśmy, że prawdopodobieństwo zostania ofiarą terrorystów jest, biorąc pod uwagę częstotliwość zamachów i ich charakter, pomijalnie małe. Taksówkarz dowiózł nas na lotnisko. Do odlotu mieliśmy tym razem całkiem sporo czasu, więc postanowiliśmy nadać bagaż, a potem łaziliśmy znudzeni po gmachu terminala. W końcu przeszliśmy przez kontrolę bezpieczeństwa i podążyliśmy do naszej bramki. Po drodze rozwalił się nam zamek w naszym starym plecaczku podręcznym, który przeżył z nami już wiele wypraw i wycieczek. W ten sposób zakończył on swój żywot. Ceny toreb i plecaków w Tajlandii są tak niskie, że jest to doskonałe miejsce do wymiany ekwipunku turystycznego, jeśli ktoś ma taką potrzebę.

Start był opóźniony prawie o 40 minut, więc sporo musieliśmy się naczekać. Lot był szybki i przyjemny. W samolocie było trochę więcej ludzi niż podczas lotu z Kuala Lumpur, lecz mimo to wiele miejsc pozostawało pustych. Zestaw posiłków oferowanych na tej trasie był dużo mniejszy - pewnie dlatego, że lecieliśmy lotem krajowym. Ograniczał się generalnie do słodkich i słonych przekąsek oraz zupy w proszku. Wybraliśmy tą ostatnią możliwość, jako że byliśmy już trochę głodni (80 bahtów). Lotnisko w Krabi okazało się bardzo małe. Po płycie lotniska przeszliśmy do budynku terminala, odebraliśmy z taśmy bagaże i ruszyliśmy do wyjścia. Stało tam już mnóstwo taksówkarzy. W jednym z okienek odbywała się sprzedaż kuponów na taksówki, a nad okienkiem wisiał wielki cennik zawierający nazwy miejscowości w pobliżu Krabi. Była tam też wyspa Koh Lanta, na którą się wybieraliśmy, ponieważ na Koh Lanta można dotrzeć samochodem, korzystając z promu samochodowego. Mieliśmy jednak inne plany. Chcieliśmy obejrzeć miasto Krabi, a następnego dnia rano ruszyć w dalszą drogę promem osobowym. Uprzedzeni, że brak taksometrów w Krabi powoduje, że ceny taksówek są dość wysokie, zignorowaliśmy nagabywania i wyszliśmy na zewnątrz. Gdzieś przeczytałem, że z lotniska odjeżdżają również mikrobusy Thai Airways. Po mikrobusach nie było jednak śladu. Na parkingu przed lotniskiem stały tylko taksówki i prywatne auta. Jakaś dziewczyna, wspomagając lokalnych taksówkarzy, chodziła między podróżnymi, którzy - tak jak my - wyszli z terminala i rozglądali się po placu, informując, że z lotniska można wydostać się taksówkami, na które bilety kupuje się w holu terminala. W końcu doszedłem do wniosku, że chyba trzeba posłuchać jej rady. Za bilet do naszego hotelu zapłaciłem 350 bahtów. Przejazd był dość długi, ale z pewnością odległość dzieląca lotnisko od miasta Krabi była znacznie mniejsza niż odległość, którą pokonywaliśmy podróżując między lotniskiem w Bangkoku a naszym hotelem, a tam płaciliśmy mniej więcej tyle samo. Nasz hotel (Green Hotel) mieścił się raczej na obrzeżu centrum Krabi, ale ponieważ miasto nie jest wielkie, do głównej ulicy było ledwie kilka kroków. Obsługiwał nas na recepcji bardzo sympatyczny transwestyta. Gdyby się nie odzywał, zapewne trudno byłoby odgadnąć jego płeć.

Podczas gdy recepcjonista spisywał informacje z naszych paszportów, zapytałem go o możliwość przejazdu na Koh Lanta. Zostałem skierowany do siedzącego w holu młodego człowieka z wąsikiem. Okazało się, że prowadził on powiązaną z hotelem agencję turystyczną. Zaproponował przejazd na Koh Lanta łodzią z przystani lub przejazd samochodem. Zdecydowaliśmy się na pierwszą możliwość, która wydała nam się nieco bardziej ciekawa i mniej męcząca. Następnego dnia o 10 miał nas odebrać z hotelu samochód i zawieźć na przystań. Przejazd na Koh Lanta razem z przejazdem na przystań kosztował nas 875 bahtów za nasze trzy osoby (po 350 bahtów za osoby dorosłe i 175 bahtów za dziecko). Pan w biurze podróży pomylił się przy wydawaniu reszty na swoją niekorzyść. Gdy zwróciłem mu uwagę na jego pomyłkę, ceremonialnie mi się ukłonił.

Dawni Tajowie stosowali w życiu codziennym różne rodzaje ukłonów w zależności od sytuacji i podobno do dzisiaj niekiedy ich używają. W przewodnikach jednak nie poleca się ich stosowania. Wynika to z tego, że należy użyć określonego sposobu kłaniania się w określonych okolicznościach. Błąd może w najlepszym przypadku skompromitować turystę. Zostawiliśmy w przyjemnym, nowoczesnym pokoju nasze bagaże i ruszyliśmy przejść się po mieście. Krabi to stosunkowo niewielkie miasteczko, ale fakt, że w pobliżu jest sporo atrakcji turystycznych sprawia, że na ulicach kręci się wielu turystów, jest też tu mnóstwo sklepów. Sklepy te są zaopatrzone nie gorzej niż ten, w którym robiliśmy zakupy przed wyjazdem z Bangkoku, więc kupowanie artykułów dla dzieci w stolicy i wożenie ich po kraju nie ma większego sensu.

W jednym ze sklepów kupiliśmy plecaczek (365 bahtów). W małej restauracyjce zjedliśmy miejscowe jedzenie (zapłaciliśmy 80 czy 90 bahtów). W końcu wylądowaliśmy na targu nocnym. Był to chyba najładniejszy targ nocny, jaki widzieliśmy podczas naszego pobytu. Stoisk z owocami i żywnością było całe mnóstwo. Mogliśmy dowoli podziwiać najróżniejsze egzotyczne owoce i warzywa, których nazw nawet nie znaliśmy (a nie jesteśmy wcale zupełnymi laikami, jeśli chodzi o kuchnię azjatycką). Kupiliśmy też kukurydzę gotowaną jako przekąskę i trochę salaków do zjedzenia w hotelu i podczas dalszej podróży.

W drodze do hotelu udaliśmy się do apteki. Wśród leków, które dostaliśmy w klinice, nie było preparatu z pałeczkami kwasu mlekowego. Wiedzieliśmy jednak przecież, że w przypadku antybiotykoterapii (a jeden z leków był antybiotykiem) należy chronić florę bakteryjną jelit. Prócz metod naturalnych (czyli jedzenia jogurtów z żywymi szczepami bakterii kwasu mlekowego) najczęściej stosowaną w Europie metodą jest podawanie specjalnych preparatów z pałeczkami kwasu mlekowego (takich jak Lacidofil czy Trilac). Trudno nam było jednak wyłożyć tę myśl aptekarzom. Długo sprawdzali w swoich książkach, ale okazało się, że jedyne preparaty z pałeczkami kwasu mlekowego, które są sprzedawane w Tajlandii, to preparaty do użytku zewnętrznego dla kobiet. Pozostały nam zatem jogurty, które zresztą bez kłopotu można kupić w prawie każdym sklepie spożywczym. Jeśli chodzi o mleczko, które kupiliśmy w Bangkoku, to Prosiak sprawił nam niespodziankę. Nie chciał go pić. Myśleliśmy, że to jednorazowy wyskok, lecz okazało się, że również w następnych dniach z jedzenia mleka były nici. Coś musiało mu nie odpowiadać w jego smaku. Nie spodziewaliśmy się tego, bo podczas podróży po Chinach chłopak zjadał bez problemu pierwsze z brzegu mleczko, jakie udało nam się kupić w markecie. Potem na Koh Lanta kupiliśmy inne mleczko, myśląc, że może tym razem się uda, ale tego mleka również nie chciał pić. Prawdę mówiąc, tak odzwyczaił się od mleczka, które wcześniej pił chętnie rano i wieczorem (kupowaliśmy mu, jako alergikowi, Bebilon 3), że w Polsce powrócił do swoich dawnych zwyczajów dopiero po kilku tygodniach od powrotu. Z drugiej zaś strony okazało się, że chłopakowi smakuje mleko sojowe, którego potrafił wypić i 2 butelki na raz.





12.01
Następnego dnia z samego rana zjedliśmy śniadanie. Najpierw poszliśmy do zegarmistrza, bo stanął mi zegarek i konieczna była wymiana baterii (60 bahtów). Potem poszliśmy do znajdującej się w pobliżu naszego hotelu dużej hali, którą odkryliśmy poprzedniego dnia. Jak słusznie się domyśliliśmy, było to miejsce, w którym odbywał się ranny targ. Przechadzaliśmy się pomiędzy rzędami stolików. Najwięcej było stoisk z owocami morza (Krabi leży bądź co bądź na wybrzeżu) oraz stoisk owocowo-warzywnych. Potem wróciliśmy do hotelu i zakończyliśmy pakowanie bagaży.

Oczekiwanie na samochód było długie i denerwujące. Wczoraj człowiek, który sprzedał nam bilety, mówił, że prom odpływa z przystani o 10:40, a przystań - jak wiedzieliśmy z przewodnika - mieści się kilka kilometrów od miasta. Dlatego też denerwowałem się, że spóźnienie się samochodu może spowodować, że nie zdążymy na prom. Interweniowałem zatem u dziewczyny, która dzisiaj obsługiwała agencję turystyczną. Dziewczyna gdzieś dzwoniła i w końcu doprowadziła do tego, że ok. 10:25 przyjechał po nas jakiś samochód. Gdy jednak zaczęliśmy ładować nań bagaże, przyjechał drugi samochód - ten, który miał nas pierwotnie zabrać na przystań. Załadowaliśmy się na drugi samochód - był to mały pickup, na którego pace prócz nas siedziało już kilku białych turystów.

Na przystań przyjechaliśmy z opóźnieniem, ale informacja o odpłynięciu promu o 10:40 okazała się nieścisła. Prom odpłynął dopiero o 11. Nasz Prosiaczek, dla którego przejażdżka na przystań była sporą frajdą, bo nigdy dotąd nie podróżował w taki sposób, na łodzi zaczął już naprawdę dokazywać. Całą dwugodzinną podróż na Koh Lanta biegałem z nim pomiędzy tylnym a przednim pokładem. Wszystko chciał sobie obejrzeć, a i samo bieganie po łodzi sprawiało mu chyba przyjemność. Po drodze minęliśmy kilka wysepek. Niekiedy podpływały z nich do naszego promu mniejsze łodzie, do których schodzili turyści. My płynęliśmy do końca - to znaczy do przystani na północnym końcu wyspy Koh Lanta, znajdującej się obok miasteczka będącego największym skupiskiem ludności na wyspie.

Po wyjściu z łodzi zobaczyliśmy znany nam z innych miejsc na świecie widok, tzn. tłum ludzi trzymających tabliczki z nazwami hoteli, których byli reprezentantami. Znaleźliśmy między nimi przedstawiciela naszego hotelu - D.R. Lanta. Mężczyzna czekał tu w zasadzie na innych turystów, którzy wcześniej zadzwonili do hotelu i poprosili o transfer, więc nie miał miejsca w samochodzie. Zaraz jednak zadzwonił po drugi samochód. Musieliśmy chwilę poczekać, nim nadjedzie. Nie była to jednak chwila specjalnie długa, bo wybraliśmy hotel niedaleko miasteczka, by w razie czego można było wyskoczyć do miasta na przechadzkę lub na drobne zakupy.

Załadowaliśmy się znowu na pakę i po krótkiej podróży pickupem dotarliśmy do naszego hotelu. Hotel był całkiem luksusowy. Większość gości mieszkała w komfortowych bungalowach. My wybraliśmy mieszkanie w niewielkim budynku mieszczącym się za bungalowami. Był jednak tańszy niż bungalowy, ośrodek był niewielki, więc do plaży było nadal bardzo blisko, a pokoje były równie komfortowo wyposażone jak w przypadku bungalowów. W hotelu znajdował się ponadto niezbyt duży basen oraz - rzecz jasna - restauracja. Po załatwieniu formalności w recepcji zostaliśmy przez boya hotelowego zaprowadzeni do naszego pokoju. Pokój był ładny i nowoczesny. Mieliśmy też do dyspozycji nieduży taras.

W pokoju nie zabawiliśmy długo. Poszliśmy się przejść na plażę, a przy okazji mieliśmy zamiar znaleźć ośrodek Time for Lime. W ośrodku tym można zapisać się na kursy tajskiej kuchni. Małgosia bardzo chciała uczestniczyć w tego typu zajęciach, więc jeszcze w Polsce udało mi się znaleźć odpowiedni ośrodek i dokonać wstępnej rezerwacji. Plaża była całkiem ładna - bardzo szeroka, z niewielkimi falami i łagodnym zejściem do wody. Naprzeciwko naszego hotelu była dość duża laguna, w której poziom wody był niski - w sam raz nadawała się do zabaw dla naszego Prosiaczka.

Spacer po plaży okazał się dość męczący, bo - jak się okazało - ośrodek Time for Lime znajdował się akurat na drugim końcu zatoczki, jakieś 30 minut pieszo od naszego ośrodka. Ponieważ Małgosia miała chodzić na wieczorne zajęcia, które kończyły się po 22, najlepszą metodą powrotu do naszego ośrodka było skorzystanie z tuk-tuka. Tuk-tuk to miejscowy środek transportu, który w różnych regionach Tajlandii może wyglądać nieco inaczej. Na Koh Lanta był to po prostu motocykl ze sporą przyczepką, w Bangkoku zaś widzieliśmy określane tym mianem niewielkie specjalne pojazdy motorowe. W Bangkoku, idąc za radą przewodników turystycznych, nie korzystaliśmy z tego środka transportu - przejazdy taksówką z taksometrem są po prostu tańsze i wygodniejsze.

W ośrodku Time for Lime zapłaciliśmy za kurs. Trzydniowe uczestnictwo dla Małgosi kosztowało 3600 bahtów. Prosiaczek został poczęstowany soczkiem, więc usiedliśmy na chwilę w chłodnym wnętrzu. Potem wróciliśmy do naszego ośrodka - dla odmiany drogą od strony lądu. Było naprawdę gorąco, więc droga powrotna była także męcząca. Pod koniec zaczęło też trochę kropić.

Okazało się, że od strony głównej szosy do naszego ośrodka najłatwiej dostać się, idąc wąską asfaltową drogą, która mija hotel Royal Lanta Resort. Po dojściu do plaży wystarczy skręcić w prawo i przejść kilkadziesiąt metrów, by dojść do naszego ośrodka. Dojazd od głównej szosy bezpośrednio do naszego ośrodka jest trudny. Trzeba dojechać główną szosą niemal do miasteczka i dopiero tam odchodzi boczna droga, która prowadzi do D.R. Lanta Resort. Przy okazji odkryliśmy, że obok Royal Lanta Resort znajduje się postój tuk-tuków.

W restauracji naszego hotelu zjedliśmy obiad i poszliśmy na plażę. Morze było przyjemnie ciepłe, a turystów raczej niewielu. Mimo wszystko plaże w Malezji, jeśli mielibyśmy z czymś porównywać plaże Koh Lanta, były ładniejsze - ludzi jeszcze mniej, piasek ładniejszy, a życie biologiczne bujniejsze. Tu również można było wygrzebać w piasku muszelki zamieszkałe przez kraby, ale tutaj wymagało to nieco wysiłku, a tam żyła cała plaża. A w Malezji byliśmy przecież na Langkawi, która jest uważana przez niektórych znawców tego kraju za wyspę mającą charakter turystycznego kurortu.

Trochę więc czuliśmy się zawiedzeni, ale tylko odrobinę. W końcu plaża była naprawdę ładna, a morze cieplutkie. Potem Małgosia poszła na swój kurs gotowania, a ja pływałem z Prosiaczkiem w basenie. Wieczorem poszliśmy spać. Obudziła mnie Małgosia, która zgodnie z planem wróciła dobrze po 22. Zajęcia z gotowania bardzo jej się podobały. Mimo że nie była całkiem do nich nieprzygotowana, bo kuchnią tajską bardzo interesowała się już w Polsce, wyniosła sporo nowej i ciekawej wiedzy. Zajęcia generalnie polegają na robieniu dań kuchni tajskiej pod kierunkiem nauczycielki w kilkuosobowej grupie urlopowiczów z całego świata. Nauczycielką była jednego dnia miejscowa Tajka, a innego - mieszkająca od lat w Tajlandii Norweżka. Po zrobieni dania można je było spożyć. W efekcie Małgosia była wieczorami przejedzona, a ja trochę niedożywiony.

Grupy kursantów były wielonarodowe, składały się głównie z wczasowiczów zainteresowanych miejscową kuchnią, którzy przypadkowo natrafili na ofertę kursów gotowania. W naszym przypadku natomiast udział w kursie został zaplanowany na długo przed naszym przyjazdem do Tajlandii - i z niego wynikał również wybór hotelu. Co prawda, w ośrodku Time for Lime są również bungalowy do wynajęcia, ale ich standard jest niższy niż ten, który mieliśmy w naszym hotelu. Nie ma na przykład gorącej wody. Chcieliśmy kilka dni pomieszkać w luksusie przed zmianą miejsca pobytu na znacznie bardziej prymitywne.





13.01
Następnego dnia wstaliśmy późno i po śniadaniu poszliśmy plażować. Najpierw było pływanie w basenie, potem w morzu, a jeszcze później wróciliśmy nad basen. Wybraliśmy się również na wycieczkę do miasteczka. Pojechaliśmy tuk-tukiem, który wzięliśmy z odkrytego podczas wczorajszej przechadzki postoju. Przyjemność ta kosztowała nas 50 bahtów. Podczas podróży drobna mżawka, która towarzyszyła nam, gdy wsiadaliśmy do tuk-tuka, zamieniła się w rzęsistą ulewę. Wykorzystaliśmy ją, by zjeść sobie niespiesznie obiad (80 bahtów). Podczas posiłku ulewa zamieniła się znowu w niewielką mżawkę, więc mogliśmy kontynuować spacer po miasteczku. Po raz kolejny mogliśmy przekonać się, że z zaopatrzeniem w artykuły dla dzieci nie ma w Tajlandii żadnego problemu. Nawet w małym miasteczku na Koh Lanta były sklepy zaopatrzone w tego rodzaju artykuły.

W miasteczku prócz kilku przekąsek na wieczór kupiliśmy jeszcze plastikowe zabawki na plażę i bilety na prom na wyspę Koh Ngai (zwaną też niekiedy Koh Hai) na pojutrze. Bilety kosztowały nas 900 bahtów, a prom miał odpłynąć o 9 rano. Kupiliśmy je obok przystani, ale można je też było dostać równie dobrze w każdym biurze podróży, a tych w miasteczku jest pełno. U agentów można kupić bilety na promy i autobusy do najróżniejszych miejsc w pobliżu, a nawet do Bangkoku. Dostępne są również bilety lotnicze i najróżniejszego typu wycieczki. Pod tym względem Tajowie są wyjątkowo przedsiębiorczy i potrafią zarabiać na turystyce.
Potem wróciliśmy do naszego ośrodka tuk-tukiem i do wieczora bawiliśmy się na plaży. Małgosia wybrała się jak zwykle do swojej szkoły gotowania, a ja z Prosiaczkiem siedziałem nad basenem. Gdy wróciła, spaliśmy.





14.01
Następny dzień znowu rozpoczęliśmy od wypoczynku na plaży, po czym poszliśmy na spacer na główną szosę. Jest tam kilka bankomatów, więc pobraliśmy pieniądze, a korzystając z okazji, zjedliśmy obiad w przydrożnej restauracji. Trójdaniowy posiłek kosztował nas 80 bahtów, a więc dużo mniej niż w naszym ośrodku, bo tam za podobny posiłek musielibyśmy zapłacić 300 czy 400 bahtów. Po raz kolejny potwierdziło się, że jedzenie w ośrodku na plaży jest niezbyt opłacalne, chociaż może i miło jest siedząc przy stoliku obserwować błękitne fale.

Poza tym dzień minął nam leniwie. Wieczorem Małgosia poszła na swój kurs gotowania, a ja z Prosiaczkiem pluskałem się w basenie.





15.01
Następnego dnia obudziliśmy się dość wcześnie, spakowaliśmy się i z bagażami poszliśmy zjeść śniadanie. Potem wzięliśmy tuk-tuka z postoju i pojechaliśmy na przystań (70 bahtów). Czekało tam już kilku podróżnych. Dwóch Tajów siedzących przy stoliku sprawdzało bilety. Zapisywali, gdzie nocowaliśmy na Koh Lanta i do którego ośrodka spośród ośrodków położonych na Koh Ngai się wybieramy.

Usiedliśmy na pomoście, ale nie musieliśmy długo czekać. Wkrótce pozwolono nam wejść na pokład promu wraz z grupą innych turystów. Było nas w sumie może kilkanaście osób. Płynęliśmy najpierw długo wzdłuż zachodniego wybrzeża Koh Lanta, a potem krótko po otwartym morzu. Wyspa Koh Ngai jest położona w niewielkiej odległości od południowego krańca Koh Lanta i administracyjnie należy do prowincji, której stolicą jest Krabi, choć łatwiej dostać się tu z prowincji znajdującej się na wschód od wyspy i miasta Trang. Gdy dotarliśmy do wyspy Koh Ngai, prom zaczął płynąć wzdłuż jej wschodniego wybrzeża. Podpływał po kolei do ośrodków, z których wypływały ku nam długorufowe łodzie. Cumowały potem przy burcie promu, a turyści asekurowani przez załogę przeskakiwali z promu na łódź. W ten sposób turyści byli wygodnie transportowani do kolejnych ośrodków rozlokowanych na wschodnim wybrzeżu Koh Ngai. W końcu zaś łódź zawijała do przystani obok hotelu Koh Ngai Resort. Tym razem nie płynęliśmy do końca, lecz weszliśmy do łodzi, która miała nas dowieźć do naszego ośrodka - Koh Ngai Villa.

Pozostałe były bardziej ekskluzywne, ale i znacznie bardziej kosztowne. Droga zajęła nam w sumie 1,5 godziny. Gdy łódź przybiła do brzegu, usłużna obsługa pomogła nam wyjść z łodzi, podstawiając plastikowe krzesło. Ośrodek był rzeczywiście dość idylliczny. Na łączce pod palmami stały różnego typu bungalowy. W środku między nimi była recepcja i restauracja. Zgodnie z dokonaną wcześniej jeszcze w Polsce rezerwacją, dostaliśmy najtańszy bungalow. Była to prymitywna chatka z bambusowej maty. W środku nie było właściwie nic z wyjątkiem łóżka. Ach, przepraszam, trafił nam się jeszcze sublokator w postaci sporej jaszczurki, ale na nasz widok zwiał. W łazience była tylko zimna woda. W całym ośrodku włączano prąd tylko na kilka godzin dziennie wieczorami. Warunki były prymitywne, ale nasza chatka była tylko kilka metrów od plaży. Prócz tego na terenie ośrodka były również bardziej nowoczesne murowane bungalowy, ale mieliśmy ochotę poznać, na czym polega mieszkanie w prostych bambusowych chatkach, których jest pełno w różnych krajach Azji. Kiedyś tego typu schronienia były standardowo dostępne w różnych miejscach Tajlandii. Dzisiaj ustępują coraz wyraźniej bardziej luksusowym miejscom. Nocleg kosztował nas 600 bahtów dziennie, co biorąc pod uwagę szczyt sezonu oraz ceny w innych ośrodkach na wyspie było ceną niewygórowaną.

Zostawiliśmy bagaże i poszliśmy trochę pooglądać wyspę. Wcześniej zamieniliśmy kilka słów z naszymi sąsiadami - była to sympatycznie wyglądająca para młodych ludzi, więc zagadnąłem ich, pytając o warunki do nurkowania w masce. Powiedzieli, że najładniejsze miejsce do nurkowania znajduje się obok mola, przy którym cumuje prom, i że przy naszym ośrodku też jest rafa, ale niezbyt dobra.
Spacer do mola okazał się dość długi. Po drodze minęliśmy jeden ośrodek, a kolejny był w budowie. Bawiliśmy się łapaniem krabów przechadzających się po piasku. By dojść do mola, należy na końcu plaży przejść przez skały zamieszkałe przez miliony zielonych płochliwych krabów i jakieś owady przypominające nieco z wyglądu karaluchy. Nad skałami biegnie ścieżka, ale nie wiedzieliśmy, jak na nią wejść, więc przeszliśmy kawałek dołem, aż w końcu znaleźliśmy miejsce, gdzie ścieżka schodziła trochę niżej i tam na nią weszliśmy. Ścieżka jest oświetlona zwisającymi z gałęzi żarówkami, więc pewnie można chodzić nią nawet po zmroku, choć nie próbowaliśmy nigdy tego robić. Z mola rzeczywiście widać bardzo ładnie rybki pływające w morzu. Przejrzystość wody sprawia, że widok jest bardzo ładny. Zaraz za molem plaża się kończy, więc zawróciliśmy. Wypiliśmy napoje w znajdującej się koło mola restauracji (jedzenie było tam horrendalnie drogie) i wróciliśmy do naszego ośrodka. Prosiaczek niestety po drodze zgubił swoją czapkę i nie udało nam się jej znaleźć.

Potem wyskoczyliśmy na plażę. Plaża była dość wąska, ale za to ludzi właściwie wcale na niej nie było. Jeśli chodzi o rafę, to przy naszym ośrodku, jak i wzdłuż całego wschodniego wybrzeża wyspy z wyjątkiem mola, rafy są bardzo zniszczone, a rybek jest niewiele. Zmartwiło nas to nieco, ale w sumie nie nastawiliśmy się specjalnie na nurkowanie.

Obiad zjedliśmy w restauracji w naszym ośrodku. Posiłek był drogi i - jak na Tajlandię - naprawdę niesmaczny. Trochę poplażowaliśmy, a potem znowu poszliśmy do hotelowej restauracji - tym razem na kolację. Chcieliśmy nakarmić Prosiaczka krewetkami, które zawsze lubił, ale krewetkowe danie, które zamówiliśmy, zawierało jedynie 7 małych krewetek. A przy tym było drogie i niezbyt smaczne. Dopiero później odkryłem, że w przewodniku jest informacja o tym, że jedzenie w naszym hotelu jest niedobre. Szkoda, że nie przeczytałem tego wcześniej. Kuchnia tajska jest tak wspaniała, że szkoda czasu na jedzenie bylejakich potraw. Jeśli chodzi o ceny, to były - jak można się spodziewać - wysokie. Na wyspie było zaledwie kilka ośrodków turystycznych odległych nieco od siebie, a zatem ich mieszkańcom na ogół zwyczajnie nie chciało się szukać alternatywy w stosunku do restauracji, która była pod ręką. Brak konkurencji zaś windował ceny. Ceny posiłków nie były niebotyczne (400 bahtów za posiłek dla dwóch osób to nadal niewiele), ale zdecydowanie wyższe niż w wielu miejscach, w których wcześniej się stołowaliśmy. W naszym ośrodku, pewnie po to, by nie drażnić turystów, za posiłki i za artykuły z hotelowego sklepiku nie płaciło się zresztą od razu - koszty zakupów i posiłków były dodawane do rachunku, który należało zapłacić przed wyjazdem z wyspy.

Wieczorem nastał przypływ i przy głośnych dźwiękach fal poszliśmy spać. W środku nocy obudziło mnie dziwne tupanie. Zachowując cieszę, obudziłem Małgosię. Tupanie umilkło. Błyskawicznie zapaliłem światło. Zobaczyliśmy, że pomiędzy naszymi bagażami przechadza się duży gryzoń wielkości mniej więcej nutrii i podobnej postury. Nie zdążyliśmy się mu przyjrzeć, bo gdy Małgosia zaświeciła lampę, zaraz zwiał. Swoją drogą, to ciekawe, jak się dostał do środka, bo chatka, chociaż nie była idealnie szczelna, nie miała na pierwszy rzut oka żadnych większych dziur.





16.01
Następnego dnia poszliśmy na śniadanie do naszego hotelu. Śniadanie było skromne, ale można się było nim od biedy najeść. Potem poszliśmy na wycieczkę w przeciwną stronę niż wczoraj, tj. na północ. Minęliśmy znowu jeden ośrodek, zaś na końcu plaży zobaczyliśmy nowy, chyba właśnie otwierany. Turystów tam jeszcze nie było, ale pewnie, gdy piszę te słowa, już tam siedzą. Taki jest los wszystkich ładnych nieuczęszczanych miejsc, że wcześniej czy później stają się uczęszczane. Dużo czasu pewnie jeszcze minie, nim plaże Koh Ngai zaczną przypominać plażę Kleopatry w Alanii czy plażę miejską w Sousse, ale jest to proces nieuchronny, więc lepiej się pośpieszyć.

Przy okazji zauważyliśmy, że przy plaży, jakieś kilkadziesiąt metrów od naszego domku, znajduje się restauracja. Była to, jak się zdaje, jedyna niezależna restauracja na wyspie, tj. nie należąca do żadnego ośrodka. Wracając z wycieczki, wpadliśmy tam na piwo. Niegrzeczny Prosiaczek rozbił szklankę, ale została nam ona darowana. Od tej pory stołowaliśmy się tylko tam - jedzenie nie było, co prawda specjalnie tańsze niż w naszym ośrodku, ale za to wyraźnie smaczniejsze. Poza tym dzień spędziliśmy dość leniwie, siedząc na plaży i budując zamki z piasku.

Trochę też pospacerowaliśmy sobie po ośrodku. Odkryliśmy między innymi biblioteczkę zaopatrzoną w różnojęzyczne książki. Jedną z nich była niemiecka książka o misiu, którą Prosiaczek bardzo polubił. Niestety zostawiliśmy ją przy odjeździe na wyspie, żeby inne dziecko mogło mieć z niej pożytek. W nocy Prosiaczek obudził się i zaczął strasznie płakać. Trzeba było zapalić światło i go przytulić. Okazało się, że przestraszył się głośnego szumy morza. W naszej znajdującej się tuż przy plaży chatce odgłos łamiących się fal był bardzo głośny. Musieliśmy wytłumaczyć mu, że nic się nie dzieje, że to tylko morze szumi, ale w końcu dał się uspokoić i poszedł spać.





17.01
Śniadanie poszliśmy zjeść do odkrytej poprzedniego dnia restauracji. Zestaw śniadaniowy był znacznie smaczniejszy i bogatszy. Po śniadaniu poszliśmy na plażę. Dzień minął nam tak leniwie, że szkoda nawet o nim pisać. Przez sporą część dnia plażowaliśmy, dopiero po południu skończyliśmy, gdy zaczęło się robić wietrznie.





18.01
Obudziliśmy się rano i po śniadaniu, które zjedliśmy jak poprzedniego dnia w restauracji za naszą chatką, spakowaliśmy nasze bagaże. Potem poszliśmy do recepcji zapłacić nasze rachunki (jak wcześniej wspomniałem, w ośrodku nie płaciło się za zakupy w hotelowym sklepiku i posiłki wydawane w restauracji - wszystkie zakupy były odnotowywane, a płaciło się przy wyjeździe). W sumie zapłaciliśmy jakieś 3000 bahtów, łącznie z kosztami łodzi na przystań w Pakmeng. Sam transport łodzią kosztował nas 600 bahtów. Potem czekaliśmy na plaży aż przybije do brzegu nasza łódka, patrząc jak w międzyczasie inne łodzie zabierały turystów na wycieczki. Wycieczki takie były organizowane przez poszczególne ośrodki, a nawet przez niezależną restaurację, w której się stołowaliśmy. Za kilkaset czy tysiąc kilkaset bahtów można było popłynąć na pół dnia lub na cały dzień łodzią długorufową w jakieś miejsce, gdzie była ładna rafa do nurkowania. Ze względu na Prosiaczka nie skorzystaliśmy w trakcie naszego pobytu z tej możliwości. Musielibyśmy chyba jeździć na zmianę, delegując jedno z nas do opieki nad dzieckiem, co nie bardzo nam odpowiadało. Kiedyś w końcu Prosiaczek będzie w tym wieku, że będzie mógł popłynąć z nami i zanurkować. Chodzimy z nim, odkąd miał 2 i pół miesiąca, regularnie na basen. Nie czuje lęku przed wodą, ale musi się - rzecz jasna - porządnie nauczyć pływać.

Rejs łodzią długorufową do przystani trwał niecałą godzinę. Woda trochę chlapała, ale przód łodzi był osłonięty folią, więc trzeba było uważać tylko na plecy. Razem z nami płynęła jakaś skandynawska rodzina z dziećmi, więc na łodzi było dość tłoczno.
Przystań, do której dopłynęliśmy, składała się z długiego mola. Na lądzie widać było niewielkie miasteczko. Nie musieliśmy jednak do niego wchodzić. Przy końcu mola stały mikrobusy, a ich kierowcy pytali się wysiadających z łodzi turystów o to, dokąd chcą jechać, a następnie kierowali ich do właściwego pojazdu. My chcieliśmy jechać do Trang, gdzie mieliśmy nadzieję złapać jakiś mikrobus lub autobus do Satun, kolejnego przystanku w naszej podróży.
Jazda mikrobusem do Trang trwała 40 minut (120 bahtów). Trang to całkiem spore miasto, stolica prowincji. Kierowca pytał podróżnych, gdzie chcą wysiąść, i zatrzymywał się w odpowiednich miejscach. Gdy powiedzieliśmy, że chcemy jechać dalej do Satun, kierowca wysadził nas na dworcu autobusowym, gdzie zresztą mikrobus kończył bieg. Tam zaraz podszedł do nas jakiś Taj i zapytał nas o cen naszej podróży. Gdy odpowiedzieliśmy, że udajemy się do Satun, pokazał nam właściwy autobus. Autobus był niemal pusty, dość starodawny, ale względnie wygodny i czysty, a klimatyzacja polegała na tym, że pod dachem wisiały co kilka metrów wiatraczki, które robiły nawiew.

Podróż do Satun była stosunkowo długa, bo prawie czterogodzinna. Za bilety zapłaciliśmy sto kilkadziesiąt bahtów. Obserwowaliśmy mijane krajobrazy, ale generalnie były dość monotonne. W końcu autobus dotarł do celu. Satun to również całkiem spore miasto. Wiedzieliśmy, że autobus kończy bieg na dworcu w południowej części miasta, więc na podstawie mapy w przewodniku próbowaliśmy zgadnąć, gdzie mamy wysiąść, by trafić do któregoś z tańszych hoteli, niedaleko od przystanku songthaewów jadących do Parku Narodowego Thaleban. Songthaewy to tajski sposób na niedrogie podróżowanie na niewielkich odcinkach, na przykład pomiędzy wioskami lub między wioską a pobliskim większym miastem. Generalnie są to małe pickupy lub ciężarówki z dwoma rzędami siedzeń przy każdej burcie. W różnych miejscowościach mogą wyglądać nieco inaczej. Bardzo często stosowane są kolory w celu oznaczania, czy dany songthaew jedzie na wschód, zachód, północ czy południe. Poruszają się po ustalonych trasach, ale w razie czego, można za drobną opłatą wynająć taki pojazd jako taksówkę i wówczas zawiezie nas on prosto tam, dokąd zmierzamy.

Z przewodnika wiedzieliśmy, z którego miejsca odjeżdżają songthaewy na granicę z Malezją w pobliżu wejścia do parku. Miejsce to miało znajdować się naprzeciwko hotelu Rain Tong. Na szczęście udało nam się wysiąść z autobusu przy skrzyżowaniu dróg, z którego do hotelu było bardzo blisko. Po drodze do hotelu zaczepiła nas jakaś młoda turystka. Mówiła, że właśnie przyjechała do Satun i szukała hotelu. Pokazaliśmy jej mapę i powiedzieliśmy, gdzie naszym zdaniem znajduje się najbliższy hotel. Potem szliśmy do niego razem.

Pokoje w hotelu były wyjątkowo tanie - kosztowały jedyne 160 bahtów za pokój dwuosobowy. Ponieważ jednak wiedzieliśmy z przewodnika, że standard jest podstawowy, a nie bardzo mieliśmy pojęcie, co to znaczy, postanowiliśmy sprawdzić wygląd pokoju. Zostaliśmy zaprowadzeni na piętro, a pani, która nas prowadziła, otworzyła kłódkę, na którą był zamknięty pokój. Wnętrze było rzeczywiście skromne, ale czyste. W środku były łóżka, szafki, lustro, a na suficie kręcił się wentylator. Łazienka połączona z ubikacją polegała na tym, że ze ściany wystawała rurka z sitkiem prysznica, a o ciepłej wodzie można było tylko pomarzyć, ale generalnie nie był to zły nocleg na jedną noc, zwłaszcza biorąc pod uwagę cenę i odległość do przystanku songthaewów, który mieścił się niemal dokładnie po drugiej stronie ulicy.

Zostawiliśmy rzeczy i poszliśmy na spacer po mieście. Najpierw ruszyliśmy w kierunku, gdzie zgodnie z planem miasta miał znajdować się targ. Targ rzeczywiście był, ale niemal pusty. Kilka stoisk było otwartych, głównie z owocami, więc zrobiliśmy drobne zakupy spożywcze. Typowy tajski targ dzienny jest czynny rano, a w godzinach popołudniowych nie ma na nim przeważnie żywej duszy.

Potem poszliśmy w drugą stronę, tj. w kierunku centrum miasta. Po drodze zapytaliśmy siedzących obok postoju songthaewów kierowców, kiedy odjeżdża rano pierwszy songthaew w kierunku Parlu Narodowego Thaleban. Poradzili nam, by przyjść około ósmej rano. Centrum miasteczka nie było specjalnie ciekawe. Południe Tajlandii w przeciwieństwie do północy nie jest bogate w żadne imponujące zabytki. Ponieważ ludność jest muzułmańska, nie ma wielu świątyń do zwiedzania. Co prawda, podobnie jak w Malezji, a inaczej niż w Afryce Północnej, można wchodzić do meczetów, ale nie ma tu żadnych starożytnych budowli, a meczety z powodów wynikających z zaleceń religijnych są w środku bardzo ascetyczne i niewarte najczęściej odwiedzin. Zwiedzanie w takim wypadku musi z konieczności ograniczać się do miejscowych targowisk. Są to miejsca skądinąd całkiem ciekawe, pełne egzotycznych owoców, dziwnych artykułów spożywczych, raczej niejadalnych dla Europejczyka (takich jak pluskwy wodne z rusztu) oraz owoców morza szczególnie często widywanych w tej okolicy Tajlandii. Zjedliśmy tanią (30 bahtów porcja), ale smaczną zupę w znajdującej się przy głównej ulicy restauracyjce. Serwowano w niej wyłącznie zupy, a do wyboru był tylko rodzaj makaronu.

Po drugiej stronie ulicy obok stacji benzynowej wypatrzyliśmy sklep z artykułami gospodarstwa domowego. Kupiliśmy w nim garnek do ryżu. Niestety, mimo wielu doświadczeń kulinarnych nigdy nie udało nam się wypracować niezawodnej metody gotowania sypkiego ryżu. Dlatego też doszliśmy do wniosku, że kluczowe znaczenie ma zastosowanie odpowiedniego naczynia. Jakie to naczynie, mieliśmy okazję podpatrzeć właśnie w Azji. Otóż Azjaci stosują na ogół do gotowania ryżu specjalne garnki, obecnie najczęściej elektryczne. Za granek zapłaciliśmy jedyne 399 bahtów.

Z drugiej strony stacji benzynowej znajdował się targ dzienno-nocny. Przeszliśmy się po nim w tę i nazad, zjedliśmy w jednej z budek trochę łakoci. Zasób wyrobów tego typu w kuchni tajskiej jest raczej ograniczony. Generalnie jada się tam na deser słodkie mleko sojowe lub kokosowe z suszonymi lub kandyzowanymi owocami. Zjedliśmy więc trochę łakoci na miejscu, a wychodząc z targu, kupiliśmy jeszcze inne łakocie, zawinięte w liście bananowca.

Po deserze, gdy wychodziliśmy z targowiska, zaczepił nas miejscowy taksówkarz, proponując jazdę do wszelkich możliwych atrakcji turystycznych w pobliżu. Rzecz jasna nie skorzystaliśmy z jego propozycji, ponieważ jazda songthaewem do Thaleban była najtańszą i całkiem wygodną opcją dotarcia do naszego kolejnego celu podróży. Wydarzenie to było jednak o tyle zabawne, że taksówkarz, nie znający chyba zbyt dobrze języka angielskiego, najwyraźniej postanowił wypróbować podczas konwersacji wszystkie znane sobie wyrażenia w tym języku, z których część była absurdalnie niedostosowana do sytuacji (np. komplementował mnie słowami: "you are a very beatiful girl").

Po odprawieniu taksówkarza zrobiliśmy jeszcze trochę zakupów w sklepie, podejrzewając, że w miejscu, do którego jedziemy, czyli w parku narodowym, możliwości zaopatrzeniowe będą bardzo ograniczone. W końcu wróciliśmy do hotelu i poszliśmy wcześnie spać, bo chcieliśmy wstać możliwie wcześnie.





19.01
Obudziliśmy się trochę po szóstej rano i szybko spakowaliśmy nasze rzeczy, co zresztą było o tyle proste, że właściwie ich nie rozpakowaliśmy poprzedniego dnia. Potem Małgosia poszła szybko na targ ranny, by zrobić trochę zdjęć oraz kupić suszone krewetki - produkt dość trudno dostępny w Polsce i nieprzyzwoicie drogi. Suszone krewetki mają bardzo silny rybny zapach, więc podczas dalszej części naszej podróży musieliśmy uważać, by nie nasmrodzić za bardzo.

Ja siedziałem w pokoju hotelowym i czytałem sobie książkę, podczas gdy Prosiaczek spał. Hotel był prosty, bez żadnej restauracji czy kawiarni, a śniadanie nie było, rzecz jasna, wliczone w cenę. Z tego powodu i z racji tego, że mieliśmy i tak wyjechać wcześnie, a podróż nie miała być długa, śniadanie planowaliśmy zjeść dopiero po dotarciu do celu.

Po powrocie Małgosi obudziliśmy Prosiaczka, wzięliśmy bagaże i wymeldowaliśmy się z hotelu. Po drugiej stronie ulicy rzeczywiście stał już songthaew, który jechał w kierunku Thale Ban. Kierowca zaproponował nam podwiezienie do samego parku bez żadnych przystanków po drodze za 250 bahtów. Ponieważ nie była to zbyt wygórowana cena, zgodziliśmy się na ten układ. W ten sposób songthaew przekształcił się w taksówkę i zaraz odjechał. Nie musieliśmy czekać na innych pasażerów. Lojalnie muszę uprzedzić, że zgodnie z informacjami w przewodniku można pojechać za 20 bahtów od osoby kursowym songthaewem. Niedogodność polega w takim przypadku na tym, że trzeba się przejść kawałek do biura parku, a po drodze pojazd zatrzymuje się, by zabrać lub wysadzić ludzi.

Jazda trwała około 40 minut. Po drodze Prosiaczek dopominał się jedzenia, ale byliśmy na to przygotowani i chłopak dostał trochę owoców. W miarę, jak jechaliśmy, okolica stawała się coraz bardziej odludna i coraz bardziej rolnicza, przy czym pomiędzy wioskami rosły rozległe gaje palmowe i plantacje innych drzew.

Przy wjeździe do parku trzeba było zapłacić za wejście. Była to jednorazowa opłata w wysokości 400 bahtów od osoby (za Prosiaczka oczywiście nie musieliśmy nic płacić, bo dzieci do 3 lat mogą wejść do parku bezpłatnie). W zamian za pieniądze dostaliśmy absurdalną ilość biletów - było ich chyba po 10 na osobę.

Songhtaew dowiózł nas pod budynek administracji parku. Zaraz zawołała nas jakaś miła starsza pani, która urzędowała w kantorku obok głównego budynku. Pokazałem jej rezerwację, którą dokonałem za pośrednictwem biura turystycznego. Po pewnym namyśle wynikającym z faktu, że park inaczej numeruje poszczególne domki niż centrala w Bangkoku, która tworzy strony internetowe, starsza pani dała nam klucze i mapkę parku z zaznaczonym miejscem, w którym znajduje się nasz domek, a także ulotkę z opisem głównych atrakcji.

Nim ruszyliśmy do naszego domku, zjedliśmy śniadanie. Śniadania były wydawane w mieszczącym się obok baraczku, w którym można też było zaopatrzyć się w podstawowe artykuły spożywcze. Jak później odkryliśmy, znajomość angielskiego u obsługi była różna, ale na szczęście można było w razie czego skorzystać z dwujęzycznego menu. Problemem było to, że nie zawsze wszystko, co zostało zapisane w karcie, można było przyrządzić. Była to w końcu tylko prosta, tania stołówka, przeznaczona głównie dla pracowników parku. Niektórych artykułów niezbędnych do przyrządzenia wskazanej przez zamawiającego potrawy mogło w danym momencie nie być. Zamówiliśmy proste śniadanie, które zjedliśmy wspólnie z Prosiaczkiem, a następnie poszliśmy do domku.

Dojście do domku wymagało przejścia przez drewniany pomost nad jeziorkiem. Jeziorko to położone w dolinie między dwiema górami dominowało w pejzażu tej części parku. Prócz pomostu na brzegu były wybudowane pawilony umożliwiające obserwację terenu jeziorka (choć prawdę mówiąc, jak później odkryliśmy, największą atrakcją do obserwowania były wielkie ważki i miejscowe żaby, z których najciekawsza szczekała jak pies, o czym później miałem okazję dowiedzieć się z ulotki - i co mogłem na własne uszy usłyszeć). Bezpośrednio nad jeziorkiem były również domki do wynajęcia. Nasz jednak znajdował się po drugiej stronie jeziorka, nieco powyżej brzegu na dużej łączce z przystrzyżoną trawką oraz rzadkimi drzewami.

Domek był wyjątkowo luksusowy, biorąc zwłaszcza pod uwagę, że wcale nie był drogi (płaciłem za domek 600 bahtów dziennie, przy czym skorzystałem z pośrednictwa agencji, która pobrała swoją prowizję w kwocie kolejnych 600 bahtów). Mieliśmy do dyspozycji dwie spore sypialnie, jedną z dwoma pojedynczymi łóżkami, a jedną z podwójnym, a także dużą nowoczesną łazienkę z prysznicem z elektrycznie podgrzewaną ciepłą wodą. Wnętrze było klimatyzowane.

Zostawiliśmy tam swoje bagaże i poszliśmy na spacer po okolicy. Niedaleko od polanki znaleźliśmy wejście na szlak turystyczny po otaczającym park lesie. Szlak miał nie być długi, więc od razu tam weszliśmy. Jednak już po kilku metrach Małgosia, ubrana w spódniczkę i sandałki, zauważyła, że coś zaczyna chodzić jej po nodze. Coś okazało się pijawką. Zawróciliśmy więc do domku i Małgosia przebrała się w strój bardziej dostosowany do okoliczności.

Ponowne weszliśmy na ścieżkę. Niestety, liczba pijawek w lesie była bardzo duża, zwłaszcza na niżej położonym terenie, gdzie było nieco wilgotniej. Dlatego też, co chwila musieliśmy przystawać, by usuwać sobie z nóg pijawki - na ogół z butów, czasem ze skarpetek, a niekiedy przyssane już do nóg. Jak się wydaje, nawet skarpetka nie stanowiła na nie wystarczającej ochrony. Usuwanie pijawek gołymi rękami nie ma większego sensu, gdyż zwinnie się one do nich przytwierdzają. Trzeba to zrobić, łapiąc robaka przez liść.

Ja miałem szczególny kłopot z tego powodu, że dźwigając na plecach nosidło z Prosiaczkiem, miałem ograniczoną swobodę ruchów. Dlatego pewnie mimo wysiłków dopiero po wyjściu z lasu i zdjęciu nosidła udało mi się uwolnić od wszystkich tych małych prześladowców, z których część była przyssana i nabrzmiała już od krwi. Chłopak podróżując na moich plecach był przynajmniej bezpieczny.

Mniej więcej po pokonaniu 1/3 trasy podczas kolejnego postoju przeznaczonego na zdejmowanie pijawek z butów i nóg dopędziła nas parka ludzi w średnim wieku. Byli kompletnie nieświadomi istnienia pijawek. Dopiero na widok podejmowanych przez nas czynności oraz pod wpływem naszych wyjaśnień zaczęli oglądać sobie nogi. Pijawka wbijając się, podobnie jak bardziej swojskie komary, wpuszcza do organizmu żywiciela anestetyk, który sprawia, że ofiara nie czuje, że coś się do niej przyssało. Dlatego idąc po tropikalnym lesie warto zachować czujność i zwracać uwagę, czy coś nie przysysa się do nóg, bo można tego nie poczuć.

Parkę spotkaliśmy tego samego dnia po południu. Powiedzieli nam, że po swoim przykrym doświadczeniu z pijawkami zawrócili i uciekli z lasu. Generalnie w lesie nie spotkaliśmy zwierząt, z wyjątkiem jaszczurek. Ale też trudno na takie atrakcje liczyć w miejscu tak bliskim siedzib ludzkich. Być może więcej udałoby się nam zobaczyć podczas dłuższej wycieczki. Prócz bowiem wędrówek krótkim szlakiem obok biura parku, możliwe jest zorganizowanie dłuższej, nawet kilkudniowej wyprawy przez dżunglę, co wymaga jednak wynajęcia przewodnika. Jednak ze względu na Prosiaczka nie bardzo mogliśmy skorzystać z tej możliwości. Tak, więc pozostało nam cieszenie się tropikalną roślinnością i odgłosami życia dżungli.

Po wyjściu ze szlaku i powrocie do domku zrobiliśmy jeszcze jeden przegląd butów i nóg, usuwając, co mniejsze pijawki, których wcześniej nie zauważyliśmy. Potem poszliśmy pochodzić po zagospodarowanej części parku. Nie jest ona specjalnie duża. Można jednak poobserwować sobie do woli leśną roślinność, idąc po asfaltowej drodze, lub owady latające nad wodą jeziorka.

Po południu zjedliśmy obiad. Trzeba to zrobić dość wcześnie, bo wraz z końcem dnia kończy się zaopatrzenie w stołówce i zakres możliwych do zakupienia potraw gwałtownie się kurczy. Sama stołówka również jest zamykana wcześnie - około 16. Jak już pisałem, jest ona przeznaczona przede wszystkim dla pracowników parku, którzy o tej porze kończą pracę. Dlatego też lepiej kupić sobie coś na kolację z odpowiednim wyprzedzeniem. Jeśli nie ma się zamiaru odżywiać chipsami, tylko czymś bardziej strawnym, pozostaje niestety wycieczka do najbliżej wioski, która jest położona o trzy kilometry od parku, a dojście do niej wymaga raczej męczącej wycieczki po rozgrzanym asfalcie. Doświadczyliśmy tego następnego dnia, o czym będzie jeszcze mowa.

Potem poszliśmy nad jezioro. Chwilę popadało, ale nie był to długi deszcz. Schroniliśmy się przed nim w budce obserwacyjnej nad brzegiem jeziora. Wieczorem pobawiliśmy się z Prosiaczkiem, trochę poczytaliśmy sobie przywiezione z Polski książki i gazety na werandzie naszego domku i poszliśmy spać.





20.01
Rano wstaliśmy z postanowieniem, że udamy się obejrzeć nadgraniczny targ. Do granicy z Malezją mieliśmy tylko około jednego kilometra, a miejsce to zgodnie z opinią przewodników oraz pani, która poprzedniego dnia przyjmowała nas w recepcji parku, było bardzo interesujące ze względu na swoisty folklor. Ponadto podczas trwania targu można było podobno swobodnie przekraczać granicę, bez utraty ważności tajskiej wizy.

Niestety pan, który dzisiaj pracował w okienku recepcji, wyjaśnił nam, że targ odbywa się tylko w niedzielę. Dlatego musieliśmy zmienić nieco nasze plany. Postanowiliśmy przejść się do wodospadów Yaroi. W tym celu należało albo zaczekać na głównej szosie na sogthaew, albo pójść pieszo 5 kilometrów. Wiedząc, że songthaewy jeżdżą rzadko, doszliśmy do wniosku, że zamiast czekać na skraju drogi, możemy się równie dobrze przejść. Szliśmy więc szosą w ogromnym upale, obserwując egzotyczne drzewa rosnące po obu stronach drogi. Wiele było wśród nich zwłaszcza bananowców, dlatego też Małgosia zaczęła poważnie zastanawiać się nad zerwaniem kilku liści, by można je było przewieźć do Polski i wykorzystać w celach kulinarnych. Niestety liście bananowca - podobnie jak świeże egzotyczne warzywa i zioła - są w Polsce bardzo trudno osiągalne poza Warszawą. Może to dziwić zwłaszcza, gdy weźmie się pod uwagę, ilu Azjatów mieszka w innych miastach Polski, choćby w naszym Wrocławiu, pod którym wybudowało fabryki kilka dalekowschodnich koncernów.

Za nami w pewnej odległości wlekli się dwaj biali mężczyźni, który - jak my - również mieszkali w parku narodowym. Po pewnym czasie jednak wyprzedziliśmy ich na tyle, że zniknęli nam z oczu. Skręcili bowiem w kierunku bocznej dróżki, która miała zgodnie ze stojącym na poboczu drogowskazem wieść do jakiejś groty. Zwiedziliśmy wiele jaskiń - w Polsce, w Czechach, a nawet w Chinach. Dlatego też byle dziura w ziemi, o której nie wspominały żadne przewodniki, nie wydała nam się warta celem wartym zbaczania z drogi. Spacer po asfalcie okazał się dość wyczerpujący ze względu na potworny żar, który lał się z nieba. Po trzech czy czterech kilometrach doszliśmy do wioski. Kupiliśmy tam w sklepiku wiejskim zimne napoje - pracownica sklepu otworzyła butelki, przelała ich zawartość do plastikowych woreczków, włożyła do środka słomki i w tej postaci podała nam nasze picie.

W międzyczasie przez wioskę jechał songthaew. Zatrzymał się na nas widok. Na pace, razem z tubylcami, siedzieli Europejczycy, których wcześniej zostawiliśmy z tyłu. Zrezygnowaliśmy jednak z oferty podwiezienia. Do celu pozostało już w sumie niedaleko. Co prawda, za chwilę żałowaliśmy trochę tej decyzji, gdy znowu zalał nas żar słońca, a dobroczynne działanie napojów chłodzących skończyło się.

W końcu doszliśmy do drogowskazu, który wskazywał na asfaltową wąską drogę, odchodzącą w prawo. W pobliżu skrzyżowania był sklepik i jadłodajnia. Kupiliśmy znowu napoje chłodzące i ruszyliśmy do wodospadu. W pobliżu drogi po lewej stronie zauważyliśmy plantację kauczukowców. Do pni drzew przyczepione były woreczki, w których gromadził się biały lateks.

Droga kończyła się u podnóża wzgórza - z szumem wody wił się między drzewami potok, a obok ścieżki wiodącej wzdłuż potoku rozłożyli swoje kramiki sprzedawcy szaszłyków i pieczonych kurczaków. Nad strumykiem leżały rozłożone maty, na których można było przysiąść i posilić się zakupionymi wiktuałami. Na razie jednak ruszyliśmy prosto w górę. Prawdę mówiąc, byłem już dość zmęczony, a Prosiak, który grzecznie siedział sobie w nosidle na moich plecach, zaczął mi bardzo ciążyć. Dlatego też zadowoliłem się wejściem na niższy poziom wodospadu. Jest też poziom wyższy, ale nie chciało mi się tam już wchodzić. Małgosia poszła tam sama. Wracając spod wodospadów, zrobiliśmy sobie na dole przerwę na posiłek na rozłożonych obok strumyka matach. Po zakończeniu konsumpcji zaś ruszyliśmy z powrotem do drogi. Małgosia, zgodnie ze swoimi wcześniejszymi postanowieniami, zerwała po drodze kilka liści bananowca, który zwinięty starannie dowieźliśmy do Polski. Na głównej drodze mieliśmy sporo szczęścia. Nie uszliśmy daleko, gdy obok nas zatrzymał się mały pickup. Ludzie, którzy nim jechali, zaproponowali nam podwiezienie do parku narodowego. Okazało się, że byli to pracownicy parku - poznali nas i postanowili nam pomóc w dotarciu do celu.

Ponieważ obiad zjedliśmy koło wodospadu i na razie nie odczuwaliśmy głodu, postanowiliśmy zaopatrzyć się w sklepiku w jakieś przekąski na wieczór. Okazało się to jednak trudne, bo z artykułów tego typu dostępne były przede wszystkim chipsy. Nie mając innego wyboru, z niesmakiem kupiliśmy to paskudztwo. Popołudnie upłynęło nam na spacerach po parku i wylegiwaniu się na tarasie naszego domku. Z większych atrakcji mogliśmy podziwiać stado małp, które przechodziło w gałęziach drzew wysoko nad naszymi głowami.

Gdy zaczęło się ściemniać, poszliśmy nad jeziorko, ale tym razem zamiast pójść w kierunku siedziby władz parku, ruszyliśmy na przeciwległy brzeg jeziora. Okazało się, że nad samym brzegiem znajdują się tam domki do wynajęcia, takie jak nasz. Obok jednego z domków zobaczyliśmy kolorową żabkę. Myśląc, że jest to szczekająca żaba, o której czytaliśmy wcześniej w ulotce reklamowej parku, zrobiliśmy jej zdjęcia. Później jednak porównując te fotografie ze zdjęciami umieszczonymi w folderze, doszliśmy do wniosku, że jest to jednak jakiś inny gatunek. Wieczorem odwiedziła nasz domek jaszczurka, a do okien dobijały się cykady.





21.01
Następnego dnia obudziliśmy się dość wcześnie i skończyliśmy pakować bagaże. Opuściliśmy nasz domek i poszliśmy zjeść śniadanie. Trafiliśmy akurat na coś w rodzaju apelu. Przez megafony puszczono hymn Tajlandii nadawany przez radio. Pracownicy parku stali na baczność przed masztem, na którym powiewała flaga Tajlandii. Na przedzie stał mężczyzna - był to zapewne dyrektor parku. Najpierw stał z nabożnym skupieniem przed masztem flagowym - wyglądało to tak, jakby się modlił. Potem odwrócił się do podwładnych i zaczął wygłaszać im jakąś mowę. Mężczyźni i kobiety w muzułmańskich chustach stali cały czas na baczność w równych szeregach.

W międzyczasie skończyliśmy jedzenie, oddaliśmy klucze do domku w recepcji parku i wyszliśmy na drogę. Chcieliśmy dostać się na skrzyżowanie drogi, która wiodła ku granicy z Malezją, przy której mieściły się biura parku narodowego, oraz głównej drogi łączącej miasta Satun i Hat Yai - kolejny cel naszej podróży. Skrzyżowanie miało znajdować się w Khuan Sataw. Zgodnie z informacjami w przewodniku mieliśmy tam bez kłopotów złapać jeden z autobusów jadących do Hat Yai. Po wyjściu z parku stanęliśmy po odpowiedniej stronie drogi, wypatrując songthaewu. Zamiast jednak songthaewu zjawił się taksówkarz motocyklowy.

W Tajlandii taksówki motocyklowe są dość popularne. Ubrani w barwne koszule z numerami motocykliści zbierają się w głównych miejscach miasta lub jeżdżą wzdłuż dróg, wypatrując klientów. Wcześniej ich nie widzieliśmy na drodze do granicy z Malezją, przy której mieści się park, ale dzisiaj był dzień targowy i jeździli wzdłuż drogi, szukając klientów. Może w innych okolicznościach skorzystalibyśmy z ich oferty, ale nie teraz. Jechaliśmy przecież ja, Małgosia, Prosiak w nosidle, a do tego mieliśmy sporo bagaży, w szczególności torbę podróżną i plecak. Taksówkarz przekonywał nas, że da się to wszystko upchnąć na dwóch motocyklach, ale jazda musiałaby być dość niewygodna, a może nawet trochę niebezpieczna.

Taksówkarz odjechał, ale po chwili wrócił z kolegą. Trochę się potargowaliśmy, ale taksówkarze chcieli za swoje usługi aż 200 bahtów i nie chcieli opuścić ceny. Było to trochę bez sensu, bo przecież za o wiele wygodniejszą podróż pickupem z Satun do siedziby parku zapłaciliśmy 250 bahtów. Powiedzieliśmy im zatem, że czekamy na songthaew. Taksówkarze odjechali w kierunku granicy, a po kilku minutach zobaczyliśmy nadjeżdżający z tej samej strony songthaew. Nie musieliśmy jednak sprawdzać, czy jego kierowca jest w zmowie z taksówkarzami, co przyszło mi do głowy, ponieważ w tej właśnie chwili z drogi wiodącej do parku narodowego wyjechał pickup. Byli to pracownicy parku. Zatrzymali się obok nas, pytając, dokąd jedziemy. Gdy wyjaśniliśmy im cel naszej podróży, powiedzieli, że chętnie nas podwiozą. W ten sposób bez dodatkowych wydatków dotarliśmy do skrzyżowania.

Tam przeszliśmy na właściwą stronę szosy i ustawiliśmy się przy sklepie spożywczym obok innych ludzi, którzy stali na poboczu i sprawiali wrażenie, że na coś czekają. Potwierdzili, że jest to właściwe miejsce, by złapać autobus. Autobus nadjechał po 15 minutach. Przypominał autobus, którym dojechaliśmy z Trang do Satun - tu również rolę klimatyzacji pełniły podczepione pod sufitem wentylatory. Tym razem jednak nie mieliśmy szczęścia - kierowca był najwyraźniej zwolennikiem głośnej muzyki rockowej i przez całą podróż w telewizorze mogliśmy oglądać tajskie teledyski. Nie byłoby to znowu aż tak męczące, gdyby nie to, że muzyka była puszczona na pełny regulator. Hat Yai okazało się dość dużym miastem. Chcieliśmy dowiedzieć się, gdzie wysiąść, by znaleźć się stosunkowo blisko dworca kolejowego, jednak tym razem nie mieliśmy szczęścia i nie udało nam się wyjaśnić podróżnym, o co nam chodzi. W końcu dojechaliśmy do wiaduktu kolejowego. Wysiedliśmy na pierwszym przystanku za wiaduktem obok dużego targowiska.

Okazało się, że chociaż tory były blisko, to dworzec jest dość oddalony od tego miejsca. Nim tam dotarliśmy z naszymi bagażami, trochę się zmęczyliśmy. Żałowaliśmy, że nie wzięliśmy taksówki z targu, ale sądziliśmy, że nie będziemy musieli iść aż tak daleko. Na dworcu kolejowym zostawiliśmy bagaże w przechowali. Ponieważ z niewiadomych powodów w rozkładzie jazdy nie było pociągu do Kuala Lumpur, na który kupiłem bilet przez Internet, zapytałem o ten pociąg dyżurnego ruchu. Dyżurny potwierdził godzinę odjazdu.

Potem poszliśmy na targ. Po drodze weszliśmy do małego sklepiku z tekstyliami. Małgosia obiecała bowiem koleżance przywieźć muzułmańską chustę na włosy, a sama też miała ochotę kupić sobie taką chustę. Sklepik był prowadzony przez muzułmanów o wybitnie nietajskich rysach. Wyglądali na Pakistańczyków. Za kontuarem siedział starszy pan, po sklepie krzątał się młody mężczyzna, między ladami biegał zaś mały chłopczyk. Kupiliśmy dwie barwne chusty i poszliśmy na targ. Na targu kupiliśmy trochę owoców na drogę, w tym między innymi kawałek durianu.

Durian, jak wiadomo, jest znany z tego, że ma duże walory smakowe, ale okropnie śmierdzi. Naszą relację z Malezji sprzed trzech lat zatytułowaliśmy "W poszukiwaniu durianów", ponieważ wówczas zależało nam na tym, by spróbować tego owocu. Nie udało nam się to wtedy, a w Chinach - mimo że w niektórych sklepach widzieliśmy owoce durianu - jakoś nie zdecydowaliśmy się na konsumpcję. Nadeszła pora, by spróbować durianu i przekonać się, czy jest tak nietuzinkowy pod względem smaku, jak można wyczytać w relacjach i przewodnikach.

Z kawałkami durianu udaliśmy się do restauracyjki znajdującej się obok targu. Zamówiliśmy jedzenie i podczas oczekiwania ukradkiem zjedliśmy po kawałku. Nie chcieliśmy zanadto się afiszować z durianem, ponieważ generalnie w miejscach publicznych nie powinno się go jeść. W Malezji widzieliśmy w wielu hotelach tabliczki zakazujące na przykład wnoszenia durianów do pokojów hotelowych.

Durian okazał się dość smaczny, trochę melonowy w smaku. I wcale zbytnio nie śmierdział. W zapachu można było wyczuć lekką nutę sera pleśniowego, ale to wszystko. Później w Polsce przeczytałem, że istnieje wiele odmian durianu różniących się intensywnością zapachu. Nam najwyraźniej trafił się mało śmierdzący. Wróciliśmy na dworzec, trochę posiedzieliśmy na peronie, w końcu poszedłem zapytać dyżurnego o pociąg. Okazało się, że został już podstawiony, ale nie można było jeszcze wejść do środka. Znowu posiedzieliśmy na peronie, aż otworzono drzwi do wagonów.

Nasze kuszetki były zbudowane trochę inaczej niż polskie i chińskie. Podobnie jak w chińskich nie było podziału na poszczególne przedziały oddzielone od korytarza. Natomiast inaczej niż w chińskich leżanki były umieszczone po obu stronach korytarza, na dwóch poziomach i równolegle do ścian wagonu. Zajęliśmy nasze leżanki, zaraz obok wejścia do wagonu. Torbę i plecak umieściliśmy w specjalnym schowku na bagaż, który mieścił się między dwoma wagonami. Ponieważ jednak okazało się, że nikt prócz nas nie schował tam bagażu i mieliśmy obawy o jego bezpieczeństwo, w końcu przenieśliśmy nasze tobołki do wagonu. Do granicy jechaliśmy bardzo krótko - jakieś pół godziny. Odprawa graniczna wymagała opuszczenia pociągu. Musieliśmy stanąć w kolejce przy jednym z okienek. Ponieważ trochę późno przyszliśmy ze względu na Prosiaczka. Staliśmy niemal na samym końcu kolejki.

Czekając na odprawę, czytałem wywieszone przy okienkach tajskie informacje wizowe. Ze zdumieniem odkryłem, że Polacy pod tym względem są traktowani wyjątkowo kiepsko. Nie dość, że pobyt w Tajlandii wymaga dla nas wizy, to jeszcze przy wjeździe można uzyskać wizę tylko na 14 dni. Pod tym względem jesteśmy traktowani nie jak inni obywatele UE, ale jak podróżni ze środkowoazjatyckich państw powstałych po upadku ZSRR. Rząd, który napina muskuły, by znieść wizy do USA, co - obiektywnie rzecz biorąc - służy głównie interesom ludzi, którzy chcą tam sobie na ogół nielegalnie dorobić, mógłby jednak zrobić również coś, by ułatwić życie nam, turystom. Po zakończeniu odprawy czekała nas niespodzianka. Nasz pociąg, który wyjechał z Hat Yai z dwoma zaledwie wagonami, teraz wagonów miał już chyba kilkanaście. Trochę zajęło nam znalezienie właściwego. Nie musieliśmy się zresztą specjalnie spieszyć, bo pociąg stał na peronie jeszcze z dobrą godzinę. W końcu ruszyliśmy przez Malezję. Jeszcze w świetle dnia minęliśmy Alor Star, którego charakterystyczną menorę (czyli wieżę telewizyjną) mieliśmy okazję zwiedzać podczas naszego poprzedniego pobytu w Malezji. Potem zapadł zmierzch.

Ponieważ trochę zgłodnieliśmy, poszedłem do wagonu restauracyjnego kupić coś do jedzenia. Okazało się, że pełny zestaw dań będzie dopiero po godzinie 22, co wydało mi się dość dziwne. Wybór był skromny, ale kupiłem jakiś ryż z dodatkami i wróciłem do Małgosi. Ryż zjedliśmy, a po posiłku położyliśmy się na leżankach, bo zrobiło się dość późno. W nocy spałem dość kiepsko. Nocnych podróży pociągiem, o czym miałem okazję przekonać się nie po raz pierwszy, nie znoszę najlepiej. Trudno mi usnąć w hałasie.





22.01
Do Kuala Lumpur dojechaliśmy wczesnym rankiem, około 7 - z godzinnym opóźnieniem. Wylot mieliśmy w nocy tego samego dnia. Spać musieliśmy i tak w samolocie, jednak postanowiliśmy wziąć pokój w hotelu, żeby odświeżyć się i odpocząć. Poszliśmy do tego samego hotelu na starym dworcu kolejowym, w którym nocowaliśmy zaraz po przyjeździe. Zjedliśmy tam śniadanie, ponieważ wyjeżdżając w nocy, nie mieliśmy szansy zjeść śniadania następnego dnia. Tym razem dostaliśmy trzy porcje śniadaniowe, ponieważ z powodu braku pokoi dwuosobowych, byliśmy zmuszeni wziąć trójkę (123 ringitty).

Po śniadaniu wybraliśmy się na wycieczkę do jaskini Batu. Jaskinia Batu, której nie zdążyliśmy zwiedzić podczas naszych wcześniejszych pobytów w Kuala Lumpur, znajduje się na obrzeżach miasta. Jest to jedno z najważniejszych miejsc kultu hinduistycznego w Malezji. Ludność pochodzenia hinduskiego stanowi około 10% mieszkańców Malezji i w całym kraju jest wiele świątyń hinduistycznych. Świątynie przy jaskini Batu wyróżnia to, że znaczna część kompleksu mieści się wewnątrz jaskini.

Zgodnie ze wskazówkami w przewodniku poszliśmy szukać autobusu. Dość szybko udało nam się znaleźć właściwe miejsce, niezbyt odległe od naszego hotelu - był to mały placyk przy targowisku. Numer autobusu się zgadzał (10), tyle że nazwa firmy była inna: Metrobus, a nie Intrakota - korzystaliśmy jednak z nieco starego wydania przewodnika Footprint, które kupiliśmy przed naszą wycieczką do Malezji w styczniu 2004. W międzyczasie firma Intrakota chyba przestała istnieć, bo nie widzieliśmy jej autobusów nigdzie w mieście.

Przedzierając się przez uliczne korki, jechaliśmy do jaskini Batu niemal godzinę. W autobusie było oprócz nas jeszcze kilku turystów. Jaskinia Batu to popularny cel wycieczek dla obcokrajowców odwiedzających Kuala Lumpur. Miasto to zostało założone stosunkowo niedawno i nie posiada żadnych wielkich atrakcji turystycznych w postaci zabytków historycznych. Tym bardziej wycieczka do jaskini Batu jest żelaznym punktem programu podczas pobytu w Kuala Lumpur. Gdy dojechaliśmy do jakiegoś dużego ronda, kierowca powiedział, że jesteśmy na miejscu. Turyści wysiedli, a my razem z nimi. Autobus pojechał dalej. Nie mieliśmy żadnych problemów z odnalezieniem jaskini, gdyż wejście do niej znajdowało się po drugiej stronie ronda. Do świątyń wiodła bogato zdobiona brama, a nad kompleksem górował wielki posąg hinduistycznego boga.

Przed świątynią jest wielki parking zastawiony wycieczkowymi autokarami. Po lewej stronie są świątynie, przed którymi stoją ołtarze bóstw. Za świątyniami długie schody prowadzą ku jaskini i ku umieszczonych w niej świątyniom - wejście do świątyń znajduje się na dwóch trzecich wysokości wzgórza. Najpierw zwiedziliśmy świątynie na dole. Przed wejściem do świątyń hinduistycznych należy zdjąć buty. Tak też zrobiliśmy i zbliżyliśmy się do pierwszego z ołtarzy. Ołtarze w świątyniach hinduistycznych, które widzieliśmy, znajdują się wewnątrz czegoś w rodzaju kapliczki. Od pozostałej części świątyni obszar przed kapliczką jest oddzielony barierką. Przy barierce zgromadziło się już kilku wiernych. Po chwili z kapliczki wyszedł bramin z płonącą lampką. Przesuwał ją pod nosami ludzi, idąc wzdłuż barierki, a ci nawiewali sobie ręką na twarze gorące powietrze, jakby chcieli wdychać ogień.

Po tym obrzędzie kapłan podszedł do nas i zaprosił za barierkę. Tam poprosił nas o imię Prosiaczka i nasze imiona, następnie wszedł do wnętrza kapliczki i odprawił tam jakiś rytuał. Wyszedł, wynosząc nam owoc nashi oraz kilka kwiatków, a następnie postawił nam na czole kropkę białą kredą, wyjaśniając, że właśnie otrzymaliśmy błogosławieństwo od bogini Parvati, matki boga Ganesha. Oczywiście musieliśmy w zamian dać kapłanowi drobny datek.

Obok znajdowała się kolejna kapliczka z ołtarzem. Tam dostaliśmy błogosławieństwo od samego Ganesha (jest to bardzo lubiany przez wyznawców religii hinduistycznej bóg o ciele człowieka, ale z głową słonia). Obrzęd był podobny, a różnica była taka, że tym razem kreda była czerwona, a zamiast owocu nashi dostaliśmy banany, a oprócz nich - tak jak poprzednio - kwiaty. Na piętrze była kapliczka poświęcona bogu Sziwie, ale nie zbliżaliśmy się nawet przezornie do barierki, bo mieliśmy już dość błogosławieństw na jeden dzień.

Po opuszczeniu świątyni ruszyliśmy w górę schodów ku jaskini. Na schodach skakały sobie małpki. Przyzwyczajone do ludzi nie próbowały uciekać. W jaskini było nieco chłodniej w porównaniu z zewnętrzem. Świątynie i ołtarze jednak nie były specjalnie imponujące. Te na dole wydawały się nam ładniejsze. Zeszliśmy na dół i kupiliśmy sobie po orzechu kokosowym od człowieka, który stał przy parkingu obok całej sterty orzechów - pełnych i pustych. Sprzedawca sprawnie obciął końcówki orzecha maczetą i podał nam słomki.

Orzeźwiliśmy się i postanowiliśmy wrócić do miasta. W oczekiwaniu na autobus ustawiliśmy się w miejscu, z którego wysiedliśmy. Obok nas zebrali się inni turyści. W większości ci sami, z którymi przyjechaliśmy. Nie musieliśmy czekać długo. Po mniej więcej 15 minutach zjawił się nasz autobus. Pojechaliśmy nim do centrum. Stamtąd podjechaliśmy kolejką miejską na dworzec Puduraya. Odebraliśmy nasze bagaże z przechowali, a przy okazji kupiliśmy trochę miejscowych łakoci do zjedzenia w hotelu.

Wróciliśmy do hotelu, by zostawić bagaże, chwilę ochłonęliśmy i poszliśmy na peron, skąd pociągiem KOMUTER pojechaliśmy na stację Bank Negara. Z poprzedniego pobytu w Kuala Lumpur pamiętaliśmy, że obok niej znajduje się nieźle zaopatrzony dom towarowy - SOTO. Do wieczora robiliśmy tam zakupy. Najpierw w dziale spożywczym kupiliśmy trochę artykułów, które mieliśmy zamiar zabrać do Polski. W ciągu ostatnich lat nasza wiedza kulinarna wzrosła, a Małgosia po odbyciu kursów na Koh Lanta wiedziała nawet, które gatunki mleka kokosowego są lepsze od innych.

Potem poszliśmy na dział przemysłowy. Torebki i buty były - jak można się było spodziewać - w bardzo atrakcyjnych cenach, więc znowu nie obeszło się bez drobnych zakupów. Zjedliśmy coś w barze na dole domu towarowego. Od naszego poprzedniego pobytu trochę się tam zmieniło - niestety na gorsze. Rozrosły się stoiska z fast foodami oraz sushi, natomiast zniknęły gdzieś stoiska z miejscowym jedzeniem, które były tam trzy lata temu. Miejscowe specjały w bardzo ograniczonym wyborze były tylko w jednym miejscu. Tam też zjedliśmy obiad.

Potem wróciliśmy do hotelu. Odświeżyliśmy się i zakończyliśmy pakowanie bagaży. Hotel opuściliśmy tuż przed 23. Sprawdziliśmy, że mniej więcej o tej porze odchodzi KOMUTER na dworzec KL Sentral, z którego kursują szybkie pociągi na lotnisko. Nasz samolot odlatywał o 1:30 w nocy, więc znowu nie bardzo mogliśmy skorzystać z alternatywnych metod dojazdu na lotnisko. Autobusy jeżdżą na lotnisko od mniej więcej 8 rano do mniej więcej 22. Dlatego też dla przylatujących i odlatujących poza tymi godzinami pozostaje tylko skorzystanie z szybkiego, lecz relatywnie drogiego pociągu.

Na lotnisko dojechaliśmy zgodnie z planem. Bez kłopotu przeszliśmy przez odprawę. Dopiero po nadaniu bagaży przypomnieliśmy sobie, że w podręcznym plecaczku nadal mamy scyzoryk. Cóż, scyzoryk z głowy. Zgodnie z przewidywaniami został nam odebrany przy którejś z kontroli bezpieczeństwa. Całą podróż do Dubaju Prosiaczek grzecznie przespał. Samolot był niemal pusty, więc mogliśmy wygodnie porozkładać się na siedzeniach. Podróż - jak to w liniach Emirates - upłynęła nam we względnie komfortowych warunkach.





23.01
Na lotnisku w Dubaju trochę się poszwędaliśmy, głównie jednak siedzieliśmy sobie i czekali na odlot. Prosiaczek spał smacznie na wózku-parasolce z logo Emirates, który podobnie jak podczas podróży do Kuala Lumpur, wzięliśmy ze stojaka przy wyjściu z samolotu. Przyjemnie było obserwować ludzi w terminalu. Tym razem nasze szczególne zainteresowanie wzbudziła grupa kenijskich sportowców, która rozsiadła się obok nas. Jedna z dziewczyn zaczęła śpiewać pięknym melodyjnym głosem jakąś piosenkę. Znowu mogliśmy też obserwować ludzi ze wszystkich stron świata.

Co prawda zaraz po przylocie na lotnisko zapytałem się człowieka w informacji o numer bramki, do której należy się zgłosić na lot do Frankfurtu, ale w międzyczasie coś się chyba zmieniło, bo przy bramce zaczęto odprawiać całkiem inny samolot. Musiałem iść jeszcze raz do informacji i tam dowiedziałem się, jaki jest numer właściwej bramki - oczywiście znowu musieliśmy w pośpiechu biec przez cały terminal.

Lot z Dubaju do Frankfurtu wspominamy najgorzej ze wszystkich lotów, jakie odbyliśmy liniami Emirates. Samolot spóźnił się z odlotem godzinę. Dość irytujące było to, że zamiast kazać ludziom czekać z wejściem na pokład, wszystkich zwieziono do samolotu i dopiero wtedy poinformowano o awarii czujnika paliwa, która miała być przyczyną opóźnienia. Ponieważ Prosiaczek obudził się podczas odprawy, musieliśmy się nim zajmować. Prosiaczek nieźle znosi podróż samolotem, ale trzeba go w samolocie zabawiać, żeby mu się nie nudziło. Znudzony mógłby być denerwujący dla innych pasażerów. Standard samolotu również był jakby gorszy. Zamiast swobodnego wyboru filmów były tylko kanały do wyboru. Jeśli ktoś nie włączył w odpowiedniej chwili danego kanału, musiał oglądać film od środka. Ponadto ekran przy fotelu Małgosi był zepsuty.

Po wylądowaniu we Frankfurcie ustawiliśmy się w kolejce do odprawy. Kolejka była długa, a okienka tylko dwa. Jedno z nich teoretycznie było przeznaczone dla obywateli UE. Jednak w kolejce stanęli również ludzie o wyglądzie wskazującym na to, że wcale nie są obywatelami UE. Ponieważ ich odprawa trwała znacznie dłużej niż obywateli UE, stojący w kolejce Niemcy strasznie utyskiwali. Jeden z nich zawołał do strażnika, żeby ich odsyłał do drugiej kolejki. Tak też się stało. Słysząc polską mowę jeden z Niemców kazał nam również przejść do drugiej kolejki. Musiałem wytłumaczyć mu, że jesteśmy Polakami, a Polska jest członkiem UE. Odebraliśmy bagaże z taśmy i ruszyliśmy do wyjścia.

Przed wyjściem z terminala ze względu na to, że na dworze było bardzo zimno, ubraliśmy się w nasze zimowe rzeczy. Potem ruszyłem na rozpoznanie. Wylądowaliśmy w całkiem innym miejscu niż terminal, z którego odlatywaliśmy. Przed budynkiem, z którego wyszedłem, stał autobus z napisem "Shuttle". Wszedłem do środka i zapytałem po angielsku, czy autobus jedzie na dworzec autobusowy przed terminalem. Kierowca odpowiedział mi po rosyjsku: "da, toczna". Czyżby wyczuł słowiański akcent w mojej wymowie i wziął mnie za Rosjanina? A może moja słowiańskość wynikała z pewnych cech ubrania? Bo przecież nie z twarzy - na Słowianina akurat raczej nie wyglądam.

Niestety musiałem pójść po Małgosię i zanim wróciliśmy, autobus odjechał. Musieliśmy czekać na następny. Jakiś Niemiec zapytał mnie o autobus wahadłowy - oczywiście po niemiecku. Moja znajomość języka Goethego jest - niestety - śladowa. Dlatego też wyjaśniłem mu, na ile mogłem, że również czekamy na ten autobus. Potem wdaliśmy się w pogawędkę i w ten sposób doczekaliśmy do przyjazdu kolejnego autobusu wahadłowego, a następnie przegadaliśmy całą drogę na dworzec autobusowy. Ja łamaną niemiecczyzną, wtrącając od czasu do czasu wyrażenia angielskie, Niemiec zaś równie absurdalną hybrydą językową. Przyjemność była obopólna.

Niestety okazało się, że spóźniliśmy się pięć minut na autobus, który odjeżdżał w kierunku lotniska Frankfurt-Hahn. Następny zaś miał odjechać za godzinę. Ponieważ było stanowczo zbyt zimno, by czekać na zewnątrz, poszliśmy do terminala odlotów. Tam kupiliśmy sobie wodę mineralną i bułeczki. Ich cena, jak to w Europie Zachodniej, była z naszego punktu widzenia dość absurdalna.

W ten sposób doczekaliśmy, aż przyjechał nasz autobus. Na lotnisko w Hahn jechaliśmy dwie godziny niemieckimi autostradami. W czasie podróży nasz Prosiaczek usnął, dlatego też był bardzo niezadowolony, gdy go obudziliśmy przy wyjściu z autobusu. Niestety nie mogliśmy go nieść, bo byliśmy obładowani bagażami. Musiał iść na swoich własnych nóżkach, ale nie podobało mu się to i przez całą drogę zanosił się płaczem. Na szczęście nasz hotel - Hotel Strassberger - mieścił się tylko kilkaset metrów od terminala, we wiosce położonej obok lotniska.

W recepcji dziewczyna dała nam klucze i zainkasowała należność - 39 euro za dwójkę. Obiecała również, że na klamce zostanie zawieszony pakiet śniadaniowy - nasz lot miał się odbyć około szóstej rano, więc musieliśmy wyjść z hotelu jeszcze przed piątą.

Nasza dwójka była bardzo ładna. Składała się z dwóch pokoi - saloniku oraz sypialni z podwójnym łóżkiem. W saloniku na półeczkach stały porcelanowe figurki, co byłoby dla nas kłopotliwe, gdybyśmy mieli zatrzymać się tu na dłużej. Trudno byłoby je uchronić przed łapkami naszego Prosiaczka. Na szczęście mieliśmy nocować w hotelu tylko jedną noc, a Prosiaczek był tak zaspany, że zaraz usnął. My również położyliśmy się spać, gdyż podróż dała się nam we znaki.





24.01
Następnego dnia wstaliśmy nad ranem i po krótkiej toalecie ubraliśmy się i wyszliśmy z hotelu. Pakiet śniadaniowy czekał na klamce - składał się z kanapek oraz butelkowanych napojów. Po dotarciu na lotnisko stanęliśmy w odpowiedniej kolejce i z kartami pokładowymi udaliśmy się do przejścia do bramek. Niestety nie udało nam się przejść kontroli bezpieczeństwa ze względu na napoje, które dostaliśmy w hotelu na śniadanie. Nie bardzo chciało nam się pić, ale przewidując, że może się nam zachcieć, wypiliśmy trochę, a resztę musieliśmy wyrzucić.

W poczekali przy bramce roiło się już od Polaków. Po raz pierwszy od przeszło dwóch tygodni spotkaliśmy rodaków. Jakaś pani, która wdała się z nami w rozmowę, mówiła, że nie nawykła do podróży samolotem. A nasz Prosiaczek pod tym względem to już prawdziwy podniebny podróżnik.
Usiedliśmy z tyłu samolotu. Mieliśmy cały rząd dla siebie, gdyż Prosiaczek miał dzisiaj drugie urodziny i musieliśmy kupić mu osobne miejsce. Koniec z lataniem na kolanach i z tanimi biletami lotniczymi! Polska stewardessa, której powiedzieliśmy o urodzinach Prosiaczka, była bardzo miła. Złożyła życzenia chłopakowi przez komunikator pokładowy i razem z innymi dziewczynami pracującymi na pokładzie zrzuciła się na drobny prezent dla niego - pudełko czekoladek. Czekoladki zjedliśmy głównie sami, bo jesteśmy przeciwnikami karmienia dzieci słodyczami, ale dziewczynom należą się słowa uznania. Tanie linie to takie autobusy ze skrzydłami i nikt nie wymaga z zasady od obsługi takich zachowań, jak składanie życzeń urodzinowych i wyręczanie prezentów. Dlatego też po przylocie do domu pozwoliłem sobie wysłać e-maila z podziękowaniem do szefa Ryanaira w Polsce.

Wrocław przywitał nas śnieżycą i ostrym atakiem zimy. Cóż, Polska zimową porą nie należy do najprzyjemniejszych do życia miejsc. W roku mamy trzy miesiące względnego ciepła, a przez resztę roku trzeba walczyć z chłodem i chorobami.





Podsumowanie
Podsumowując nasz wyjazd, muszę zauważyć, że między naszym poprzednim wyjazdem do Chin a wyjazdem do Tajlandii i Malezji nastąpiła spora zmiana w zachowaniu Prosiaczka. Wydaje mi się, że mniej musieliśmy go pilnować. O ile poprzednio trzeba było w porze posiłku bez przerwy uważać na niego, bo nie chciał siedzieć w jednym miejscu, o tyle teraz udawało nam się utrzymać go przy stole - przynajmniej przez pewien czas. Dlatego też jedzenie w restauracjach stało się nieco łatwiejsze.

Być może dlatego po tej wyprawie nie mam już wątpliwości, że podróżowanie z dzieckiem jest dobrym pomysłem. Po wyjeździe do Chin nie byłem tego taki pewien, ponieważ chwilami konieczność zajmowania się dzieckiem podczas wykonywania innych czynności była bardzo męcząca - dotyczyło to właśnie w szczególności posiłków. Wątpliwości te miałbym zresztą pewnie niezależnie od tego, gdzie byśmy pojechali - gdybyśmy pojechali nad polskie morze problem byłby przecież taki sam. Nie uważam jednak, że ten sposób spędzania wakacji jest dla każdego. Wymaga on niekiedy cierpliwości.

Tajlandia i Malezja to niezłe miejsca do podróżowania z dzieckiem. W przeciwieństwie do Chińczyków, którzy uwielbiają dzieci i często dawali nam tego dowody, nie doświadczyliśmy tu jakichś szczególnych przejawów gościnności. Ale infrastruktura turystyczna jest świetnie rozwinięta, a transport funkcjonuje bez zarzutu. Artykuły żywnościowe dla dzieci są powszechnie dostępne i nie są drogie. Opieka medyczna, o czym mieliśmy okazję się przekonać, jest dość łatwo dostępna i tania, a jej poziom jest zupełnie dobry. Dostępne są hotele w bardzo różnym standardzie - można wśród nich przebierać, by wybrać sobie taki, który będzie najlepiej odpowiadał naszym potrzebom i możliwościom finansowym.

Największym minusem tego wyjazdu był jego plan. Nasz pobyt w Chinach miał bardzo napięty harmonogram, dlatego też postanowiłem w Tajlandii nieco zluzować i trochę więcej czasu poświęcić na plażowanie i na wypoczynek mniej niż zazwyczaj aktywny. Okazało się jednak, że taki sposób spędzania wakacji nie do końca nam odpowiada. Koh Lanta, a zwłaszcza Koh Ngai to bardzo piękne miejsca i ktoś, kto marzy o relaksującym wypoczynku na nie zatłoczonej plaży w cieniu palm przy brzegu ciepłego morza z pewnością, byłby z takich wakacji zadowolonych. Nam jednak robiło się chwilami nudnawo. Na Koh Lanta można jeszcze wybrać się na wycieczkę do miasteczka, chociaż ze względu na jego wielkość nie jest to szczególnie duża atrakcja, ale na Koh Ngai właściwie nie ma nic oprócz plaży i wody. Można wybrać się za kilkaset bahtów na wycieczkę na inną wyspę, ale tam też nie natrafimy na nic innego niż woda i plaża. Mogą być lepsze rafy, ale nie nastawialiśmy się na nurkowanie, bo z małym dzieckiem byłoby to trudne do zrealizowania. Dlatego w przyszłości jednak będziemy raczej planowali wyjazdy w taki sposób, by głównie zwiedzać, a wypoczywać w takich miejscach, które będą mogły zaoferować nam nieco większe możliwości wycieczek i zapoznawania się z życiem mieszkańców.

Z pewnością wrócimy także do Tajlandii. Zwiedziliśmy zaledwie drobny fragment zabytków Bangkoku, a przecież Tajlandia ma do zaoferowania dużo więcej skarbów. Na szczęście Tajlandia stanowi jeden z najważniejszych przystanków na trasach turystycznych tej części Azji. Dlatego jesteśmy pewni, że kiedyś będziemy mogli zrealizować te plany - na przykład podczas jakiejś wycieczki do Kambodży lub Laosu.






Małgosia i Paweł Zięba      


...::: menu Przyjaciele :::...       ...::: początek strony :::...






Info
Tajlandia - państwo w południowo-wschodniej Azji, graniczące
z Laosem i Kambodżą na wschodzie,
z Malezją na południu oraz z Birmą (Myanmarem) i Morzem Andamańskim na zachodzie.
Tajlandia jest także nazywana Syjamem, gdyż była to jego oficjalna nazwa do 11 maja 1949. Międzynarodowe określenie "Thai" znaczy po tajsku wolny.

za: wikipedia.pl


Zobacz
Wyprawa do MEKSYKu!

Wokół Wielkiego Muru - Chiny.

Imeruli w chaczapuri czyli wyprawa do Gruzji



...::: menu Przyjaciele :::...