Tak, tak,.... dzis NOWY ROK wlasnie swietujemy w China Town.
Ale jest tez wazniejsza okazja: URODZINY MICHALKA !!!
Konczy dwa lata i nalezy mu sie fajny dzien.
Zaplanowalismy:
- sniadanie w knajpce na palach na rzece Chao Phraya
- wynajecie lodzi i plywanie po kanalach Bangoku z odwiedzaniem ciekawych miejsc, chociaz same kanaly sa fantastyczne
- popoludnie w China Town - fajerwerki, swiatynie, pyszne jedzonko...
- wieczor na najbardziej qltowej ulicy Bangkoku Khao San - tam po prostu trzeba byc i juz.
No to po kolei lub po kanale....
Kanaly
sa naprawde niesamowite - warunkiem ich dobrego poznania jest wynajecie
lodzi, ale lodzi niezbyt szybkiej. Taka co mknie xx km/godz. jest zla
bo niewiele zobaczymy. Trzeba wziac lodz, ktora bedzie plynac wolno,
ale za to da nam szanse obserwacji zycia jakie toczy sie w kanalach.
I
tak bylo plynelismy niespiesznie, patrzac na ludzi, ktorych domy nie
maja czesto zadnego dostepu z ladu. Tu nawet smieciarki plywaja
kanalami i smiecie wystawia sie w danym dniu na pomosty. Michalek
zafascynowany, chociaz troche nam sie zmeczyl i czesc dlugiej wedrowki
kanalami przespal, ale na najwazniejsze atrakcje sie budzil.
Po
kanalach China Town. Dzielnica chinska jest sama w sobie tak
specyficzna, ze znalezlismy sie w innym swiecie. Dzialo sie wiele bo
wszyscy przygotowywali sie do swietowania Nowego Roku! Oczywiscie
Michalkowi mowilismy, ze wszystkie fajerwerki i petardy sa dla niego na
jego urodziny....
Odwiedzilismy tez chinskie swiatynie. W jednej
Minio zostal samowladnym straznikiem kadzidelek i ognia swiatynnego.
Poniewaz w domu wiele razy sie juz sparzyl wiec tu wyjatkowo sprawie
organizowal uklad kadzidelek przynoszonych do swiatyni w ilosciach
hurtowych przez chinczykow....
Oczywiscie obiad zaplanowalismy rowniez w China Town wiec bylo troche odmiany od naszych knajpek....
No dobra wiem na co juz czekacie - zdjecia! Juz sie robi....

Targ
na wodzie to juz przeszlosc - dyzurne panie robiace za Cepelie to
wszystko - targ to mozliwosc sprzedania pamiatki z lodzi,
a nie ze straganu na Khao San Road...

No dobrze ale farma wezy jest i ma sie dobrze...
Dalismy Michalka na pozarcie ale pyton nie chcial....

Stas mimo, ze cialko delikatniejsze tez nie spotkal sie z uznaniem...

Cos niebywalego.... okazalo sie ze pyton to woli trzy kurczaki na tydzien....
No i dalej kanalami i rzeka meandrowalismy po Bangkoku....

A
jak skonczylismy to po obowiazkowym dopojeniu sie w naszej znajomej
knajpce na palach
tramwajem wodnym poplynelismy do China Town...

Michalka peszyl poczatkowo gwar zaulkow ale jak trafilismy do swiatyni to poczul sie jak w domu...
...piroman maly...
Mianowal sie straznikiem kadzidelek swiatyni.. ;-)

Oczywiscie wczesniej oddawszy ze Stasiem nalezna czesc dobrym Bogom mieszkajacym w swiatyni...

Stas dostal super chinska czapeczke i lamal serca wszystkim spotkanym Chinczykom...

Michas stwiedzil w China Town Jest u siebie....

Nadszedl czas na obiad..... tata uczy...

...ale po chwili Minio wiosluje paleczkami tak, ze Chinczycy nie moga sie
odpowietrzyc ze zdumienia....

Znajdujemy dla Stasia odpowiedniej dla niego wielkosci zabawke, przy jednej ze swiatyn...

a pozniej przensimy sie na Khao San Road - siedzimy tam az do nocy saczac piwko a chlopcy: newer ending broken hearts... ;-)



Co dalej? Cel: Birma!!!!
Pozdrawiamy serdecznie...
PS.
Teraz moze nie byc tak cudnie jak w Bangkoku z laczami internetowymi
wiec czekajcie cierpliwie w przynajmniej z wiekszych miast Birmy cos
uda nam sie przeslac....