Wszystko co dobre sie konczy....
Po ok 14 godzinach od wylotu z Bangkoku dotarlismy do domu.
Polska przywitala na.... chlodno... doslownie i w przenosni.
Doslownie bo temperatura chyba cos kolo 6 stopni, a w przenosni
bo trzeba bylo sie wyklocac z policjantem o mozliwosc podjechania
prywatnym samochodem po hale przylotow aby nie nosic dzieci w tym zimnie.
Niestety jest to jedno z lotnisk gdzie glupota panuje i wszystko jest
zorganizowane pod sluzbe ochrony aby miala latwiej i rozne grupy interesow np. niektore hotele, a nie dla zwyklych podroznych.
Co
ciekawe pod terminalem nie bylo dlugo zadnej taksowki, a te ktore
podjezdzaly (Mercedesy pewnej korporacji) - nie zabieraly czekajacych
pasazerow. A to Polska wlasnie!!!
No dobrze ale wracajac do ciekawszych tematow...
Ostatni
dzien w Bangkoku postanowilismy spedzic tak, aby poruszac sie wylacznie
tramwajami wodnymi po Chao Phraya - nie stoja w korkach. Poplynelismy
do swiatyni Wat Arun bo zwiedzenie jej zostawilismy sobie na koniec. Po
obejsciu calego kompleksu wrocilismy na brzeg i.... sie zdziwilismy...
Od rana bylo milo chlodno - jakies 27 stopni - patrzymy a panorama w
dal rzeki zamglona i cos sugeruje, ze chyba pada!
I faktycznie
popadalo jak plynelismy, a chodniki w okolicy naszej przystani byly
swierzo umyte ;-) Idziemy sie pakowac i na Khao San Road, ktora zyje
glownie wieczorem, ale juz po poludniu zycie zaczyna tu kipiec i
pojawiaja sie rozne ciekawe osobowosci.
Czasu niby mielismy sporo,
ale minal tak szybko, ze z zalem wrocilismy do stosu naszych rzeczy.
Taksowka zamowiona na 20.00 byla punktualnie i jedziemy na lotnisko.
Nowe lotnisko w Bangkoku moze byc wzorem dla kazdego kto chcialby
porzadnie zorganizowac odprawe podroznych majac na uwadze ich dobro i
wygode. Jak zwykle zaskakuja nas tym, ze nawet nie zdazymy z dziecmi
stanac w kolejce jak jestesmy przez pracownika lotniska zauwazeni i
poproszeni do okienka dla dyplomatow gdzie odprawa trwa tyle ile
przystawienie pieczatek na wizach. A przeciez nie musza tego robic...
No
i dalej samolot, ktory staje sie naszym latajacym domem na ok 11
godzin. Chlopaki przelaczaja sie w tryb "samolot" czyli wiekszosc czasu
przesypiaja. Michas tym razem nie zasnal przed startem bo fascynuja go
kolorowe swiatla a tych na lotnisku nie brakuje, ale w minute po
starcie oparl sie o mnie z zasnal slodko... W Wiedniu witamy slonce -
dosc cieplo i przyjemnie. Krotka przesiadka akurat taka aby Michas sie
wybiegal i mozna byloby skorzystac z toalety. No i do Warszawy.
Godzinka lotu. Piloci tez chca miec troche wolnego w swieta bo
przylatujemy 15 minut przed czasem.
W domu czeka na nas
przygotowane przez rodzicow swiateczne sniadanie, tylko czegos tu
brakuje na stole..... aaaaa!!! Nie ma RYZU! ;-))
Nizej jeszcze troche zdjec z ostatnich godzin w BKK i samolotu.
Pozdrawiam - Krzysztof

Pa! Pa! Bangkok - tramwaj wodny na Chao Phraya.

Wat Arun - buju buju na sloniu

Pa! Pa! Khao San - my tu jescze wrocimy!

Rzeczy spakowane - gdzie jest pokrowiec na Stasia? ;-)

Na lotnisku (w Bangkoku)

Stas dostal nowa maskotke od Austrian Airlines

Michas jako wytrawny podroznik wlaczyl program "spanie", Stasia jeszcze trzeba pozabawiac, ale oczka sie juz kleja....

Do zobaczenia w KRAJU!