Na śniadanie o 7.30. O 8.30 konik do portu. Kupujemy bilety na łódź o wiele mówiącej nazwie Island Hopper łaczącej wyspy. Pod kasą biletową kupa cegiełek, które natychmiast chłopcy wykorzystują do budowy zamiast klocków Lego. Jeszcze rozgrywamy mecz piłki nożnej pustą butelką po wodzie i mamy łódź. Szybkie zaokrętowanie i kotwica w górę!
Wieje i mamy wysoką falę. Ciężka łódź skacze jak korek na falach. Śruba wyskakuje z wody. Dobrze, że ani my ani chłopcy nie mamy choroby morskiej. Kilkoro turystów siedzi bladych i wydaje z siebie Ach! i Och! przy większych falach. Mimo brezentowych osłon prysznic jest gratis... Nigdy nie dajcie się zwieść spokojnej wodzie w porcie - jak macie kłopoty łykajcie leki na chorobę morską odpowiednio wcześnie!
Najpierw odwiedzamy Gili Meno i po chwili nawet bez rzucania kotwicy ruszamy na Gili Air. W porcie tradycyjne negocjacje o cene konia ale trochę ważymy a trasa na drugą stronę wyspy daleka więc potargowawszy się miło płacimy i umawiamy, że jeździmy z naszym woźnicą w następne dni z rabatem. Najbardziej podobało mi się jak argumentem wielkiej wagi wytoczonym przez właściciela bryczki było: - Ju noł mister! A my trawę musimy wozić z innej wyspy bo u nas nie ma - targowaliśmy się o dolara... Odpuściłem... Oczywiście nie wzruszył mnie wożnica, ale te konie z trawą z importu... ;-)
Nasz hotel jest faktycznie w miejscu tak zacisznym, że gdyby nie wiatr i szum oceanu to trzeba by było coś sobie nucić i szurać sandałami bo cisza byłaby nieznośna...
Mamy zamiar zostać tu ok. 5 dni. Co się nie robi dla dzieci! Ale jak wrócimy na Bali to dostaną wycisk... będziemy zwiedzać świątynie!
Zdjątka:
Pakujemy się na bryczkę....
....i jedziemy do portu.
W porcie mampy trochę czasu na obserwację załadunków łodzi....
....mecz piłkarski pustą butelką...
...i układanie...
.....indonezyjskiego...
...Lego!
Przypłynął nasz Skoczek Międzywyspowy - wsiadamy.
PA! PA! Gili Trawangan.
Jeszcze humory dopisują w naszym tramwaju wodnym. Później to się zmieni.
Gili Meno.
Woda ma kolor nieprawdopodobnie piękny.
Sztormujemy dalej.
Gili Air - rzucamy kotwicę.
Oczywiście koniki z bryczkami to jedyny transport.
Sielskie, anielskie, podpalmowe krajobrazy.
Plaża...
...i porcik koło naszego hotelu.
Nowe atrakcje - koty....
....i huśtawki.
Pierwsze skarby na Gili Air.
A to takie zdobienia knajpek.
Trudno dać wiarę, że na tak malutkich łódkach pływają na takich dużych falach.
Bajecznie zachodzi słońce - w tle Lombok.
Wystawa pyszności do grilowania.
Zapalają się światełka w knajpce - kontemplujemy zmierzch. Dobranoc.