Indonezja/BALI 2009 - blog


Wyprawa: 21 X - 21 XI 2009

9 XI - Senen/Poniedziałek - INDONEZJA/Bali - Lovina i okolice



Dziś robimy objazd okolic Loviny w kierunku generalnie zachodnim. Najpierw jedziemy za zach. główną drogą późiej odpadamy na południe i po wspięciu się sporo metrów w górę jedziemy przez rolniczą okolicę drogą, której przebieg wyznaczają grzbiety górskie.

Miało być miło a co chwila Putu pyta czy View Point OK! No jest qr%^&* OK! i muszę drygać kolejnymi groblami po tarasach pół ryżowych i wymyślać nowe ujęcia... A jeszcze się w nocy nie wyspałem więc męczę się strasznie. Piwa żadnego bo okolica taka, że sklepiki tylko mają ciepłą wodę do picia. Oczy moje ogniskują się tylko na charakterystycznych skrzynkach Bintang'a, których tu nie ma więc nie wiem co będzie ze zdjęciami. Ratować może tylko AF. Na szczęście po drodze mamy atrakcje targowania. Putu chce kupić dla mamy w Sarangaja dużo mangosteen. Takie owocki, które w Kucie osiągają 20 000 rupii za kg. Tu kupujemy kg za 5000 lub taniej bo bierzemy wszystko co dany sprzadawca ma. Skupujemy prawie 100 kg owoców. Więcej bagażnik nie wytrzyma. Owoce bardzo ciekawe. Mięsista skóra z miąższem na 0.5 cm chroni białe jakby ząbki czosnku. To właśnie one się zjada. Pycha! Dla mnie jest wyczuwalny delikatny smak osłodzonej kawy zmieszanej z mandarynką i lekkim dodatkiem czerwonego grapefruita. Jak to powiedziałe to Ania spytała co piłem gdzieś na uboczu ale sama lepszego pomysłu nie miała na opis tego smaku.... Królowa Victoria oferowała szlachectwo dla tego kto dostarczy do Anglii owoce te w dobrym stanie - nikomu się nie udało !!!

Większość część dnia plączemy się po interiorze z pięknymi polami ryżowymi, plantacjami kakaowców, bananowców i ...ców ...rów, że nazwy nie wspomnimy bo nie znamy. Znowu okolica taka, że suchy kij wsadź w ziemię to zakwitnie....

Wreszcie widzimy ocean i trafiamy na wybrzeże czyli główną drogę. Trafia się również coś w rodzaju małego miasteczka. Jest warung bardzo lokalsowy i strasznie trudno się dogadać nawet za pomocą Putu. Michaś zanim sprawdziliśmy co ma na talerzu wsadził ozorek do makaronu a Staś nawet go zjadł. Ja szukałem piwa, Anię zagadali i jak wróciłem to było dwóch wyjców z ozorami do pasa. Makaron był spajsi!!! Powyli, wody popili i z czasem przestali. Trzeba ich jak najszybciej nauczyć jedzenia spajsi. Jak nie piecze w język to złe!!! Będzie im łatwiej jeść w podróży.

Poza krajobrazami mieliśmy jeszcze dwie atrakcje. Pierwsza to BIG TREE przez które przejeżdża samochód. Amerykanie dokonali gwałtu na drzewie i wyrżneli w nim dziure i się głupio tym chwalą... I to niby w parku narodowym takie durnoty wyprawili... a tu jest zwykła wiejska droga. Nikt na drzewo ręki nie podniósł bo kultura tu większa a nawet dwie kapliczki postawili zamiast kasy. Drzewo oplata drogę tworząć bramę i jest OK! Nawet ciężarówki się mieszczą.

Druga atrakcja to klasztor buddyjski. Fajnie! Do czasu! Im wyżej tym więcej tabliczek MEDYTACJA CISZA!!! Chłopcy zostają na 3 poziomie ja z Putu zdobywamy ze 3 kolejne. Ładnie. Siedzą nawiedzeni i mają ruchy jak miś koalaczy inny leniwiec. Idziemy za jednym takim który kroki robi jakby (pominę jakby co...). O własne sandały mało się nie zabiłem usiłując iść tak powoli... A musiałem dryptu... dryptu... po cichu by mu nirwany nie przerwać... Zmęczony byłem widokiem ich nic nie robienia tj. medytowania. To nie dla mnie! Wściekłbym się do połowy dnia.... No chyba, że bym pląsał po ścieżkach z notebookiem i MP3jką na uszach. Muza oczywiście byłaby medytacyjna ACDC, JudasPriest, Budgie,...

A wiecie co jest najlepsze po powrocie do Loviny???!!! Mamy przed sobą dwa dni laby!!! Tak mi adrenalina skoczyła od tej medytacji, że do późnej nocy szaleliśmy na basenie. Obsługa nieśmiało wyłączała kolejne światła a my wyprawialiśmy cuda w wodzie...

Dzień kolejny minął....

Zdjątka:




Lovina...


jaka jest....


Pierwsza cz. dnia to....


...pola ryżowe...


...i ryż...


...itp...


Hurtowo kupujemy owocki - nawet waga się zepsuła!


Czy ten durian może śmierdzieć?! Chiba nie.....


Liści kakaowca niesposób pomylić...


...owoce...


...suszą się pesteczki - tam jest czekolada... ;-)


Idą po polu ryżowym ale po... arbuzy!.


Drzewko....


...nie tylko nasz bus się mieści ale również ciężarówka!.


.


Widzicie minę Michałka! Nie wolno mu wyjadać cukru z cukiernicy
ale dostał za to kawał trzciny cukrowej!


Znowu ten ryż.


Inspekcja na polu.

\
Postawili strachy i poszli do domu.


Chłopców zachwyca szczególnie system nawadniania.


A tak wygląda zwykły las.


Na koniec dnia trafiamy....


...do klasztoru...


...buddyjskiego.
Chłopcy namalowali własną wizję wpisu donacyjnego.


Snują się,... siedzą....


...lotosują się...
Zmęczyłem się ich nic nie robieniem.


Uciekamy.


A jednak nirwana....


Spotkana po drodze młoda para.


Miły uśmiech na koniec dnia.


Plaża w Lovinie. Dobranoc.




zobacz dalej...


dzień następny: 10 XI - BALI Lovina

dzień poprzedni: 8 XI - BALI Batur > Lovina





Do: strona główna, menu świat, początek strony







Na skróty
dzień następny:

10 XI BALI - Lovina

dzień poprzedni:

8 XI BALI - Batur > Lovina


Strona główna wyprawy





Na marginesie

Pierwszy jetlag Michałka

Kiedy wróciłem wieczorem z knajpki internetowej to Ania z chłopcami spała w najlepsze. Sam szybko położyłem się spać i spałem do momentu kiedy zaniepokoił mnie jakiś ruch i światło z łazienki. Michałek siedział na łóżku i się bawił. Podobno zbudził się ok. 1.30 i stwierdził, że spanie jest nudne. Ja zbudziłem się o 3.00 kiedy rysował sobie i czytał książeczki. Zasnął ponownie przed piątą rano... A Staś spał całą noc. Jak widać im młodsze dziecko tym bardziej jego organizm jest bliżej tego co dyktuje natura. Przecież po przylocie do Singapuru musieli iść spać na całą już noc naszym polskim wczesnym popołudniem.

Hotele w Singapurze

Drogie, szaleńczo drogie lub... takie sobie. To jest widok jaki jawi się po przejrzeniu ofert w internecie. Z dziećmi nie chcieliśmy jechać bez rezerwacji bo nigdy nie wiadomo w jakim stanie będą po przylocie. Udało nam się zarezerwować hotel w Little India (dwa dni szukania, wiele maili bez odpowiedzi) o wyjątkowo dużym pokoju z wielkim małżeńskim łóżkiem i drugim na dostawkę idealnie spasowanym. Mamy więc super dużo miejsca bez takich wynalazków jak piętrowe łóżka co się tu często zdarza.
Hotelików i pokoi do wynajęcia w miejscach takich jak LI dużo ale trzeba się nachodzić i naszukać. Te tanie i dobre nie mają oferty w internecie.

Pałer w Singapurze

Czyli prund 220V - potrzebne przejściówki z brytyjskich gniazdek na EU!

Pałer w Indonezji

Czyli prund 220V - działają nasze wtyczki i nie trzeba żadnych przejściówek. Warto mieć jakiś lekki przedłużacz np choinkowy bo gniazdka znajdują się dokładnie tam gdzie nie chcielibyście.

Snorklowanie

Snorklować (pływanie z maską, fajką i płetwami) każdy może. Nawet ten co nie umie.... pływać! Naprawdę! Można zamówić snorklowanie z asystentem w kamizelce ratunkowej. Nie ma wtedy żadnego ryzyka. Nawet jak przy nieumiejętnym obchodzeniu się ze sprzętem dostanie się woda do maski unosimy się pionowa w wodzie i nasz pomocnik pomaga nam doprowadzić wszystko do porządku. Samodzielnie unoszenie sie nad rafą jest bez porównania ciekawsze od gapienia w szybę na dnie łodzi. Właśnie snorklowanie z asystentem polecamy wszystkim, którzy nie potrafią dobrze pływać, lub nie mieli wcześniej żadnych doświadczeń w snorklowaniu. Miejscowy nurek pokaże najciekawsze fragmenty rafy i pozbawi Was niepotrzebnego stresu.

Zdjęcia podwodne na Bali/Gili

Może przybliżmy jak powstają nasze podwodne zdjęcia. Nie oszalelismy i nie mamy ze sobą profi obudowy do zdjęć podwodnych, która w całości poszła by w nadbagaż kilku kilo. Zresztą z dziećmi jak to targać? Mamy ze sobą Canona Powershot D10, który umożliwia robienie zdjęć do 10 metrów i co ważne nie jest kompaktem wsadzonym w obudowę podwodną, ale aparatem od podstaw zaprojektowanym do fotografii podwodnej.
Aparat to jednak nie wszystko. 90% zdjęć nie powstałoby gdyby nie pas balastowy. Bez niego zapomnijcie o robieniu zdjęć podwodnych (nie chodzi o zdjęcia z unoszenia się na wodzie, ale tego co jest 2 - 5 metrów niżej z tego samego poziomu. Wypór wody jest tak wielki, że zamiast fotografowania toczymy walkę o utrzymanie się pod wodą. Chwytać się rafy nie wolno bo się ją niszczy a ponadto jak się źle ktoś by chwycił to kilka stworzeń marzy tylko o poparzeniu.
Oczywiście nie ma mowy o targaniu ołowiu w bagażu, chyba, że ktoś faktycznie nic nie ma ze sobą. Warto zaopatrzyć się więc w tzw miękki pas balastowy z szeregiem kieszeni, do których możemy wkładać piasek, kamienie, etc... lub jeżeli jest w pobliżu szkoła nurkowa pożyczymy zwykły balast ołowiany. Na Trawangan miałem kamienie i piach na Gili Air 8 kg ołowiu... ;-) Wyważamy się tak, aby ledwie, ledwie unosić się na powierzchni wody.