Wyprawy Małego Podróżnika: CHORWACJA czerwiec/lipiec 2010
Plażujemy i zwiedzamy Rovinj (CHORWACJA)- 25 czerwiec 2010.
Obiecujemy sobie pospać dłużej. Należy sie po jeździe ale i z powodu święta państwowego w Chorwacji... Nie ma co się spieszyć... Ale, ale,... Chłopcy wstają jakby chcieli iść do przedszkola. Nie ma rady. Trzeba wstać, śniadanko i na plażę. Nadmuchujemy wszystkie akcesoria plażowe i z wielkim samolotem (prawie jak ten wodujący na rzece Hudson... ;-)) schodzimy na plażę.
Plaża chłopców zaciekawia bo zamiast białego piasku mają biały żwirek. Bardzo miły wynalazek bo nie oblepia jak piasek a daje się również usypywać w zamki, wulkany. Jak się pokopie głębiej to mamy skałkę bardzo zerodowaną pełną małych grot i jaskiń. Cudownie się przelewa wodę. Po etapie budowania chłopcy się pochlapali po czym Michałek wsiadł do małego pontoniku i zaczął pływać wzdłuż brzegu. Wyjątkowo [;-)] posłuchał się taty i wziął do rąk dwie łopatki i używał ich jak wioseł. Pływał rewelacyjnie. Tak się rozszalał, że przestał dla odmiany słuchać taty i po kolejnym wpłynięciu pędem na skalistą rafę ponton wydał PSSSSYYYYTTT... i zaczął nabierać wody. Paniki na pokładzie nie było, Michał dopłynął do brzegu i osiadł na mieliźnie.
Skoro ponton miał awarię łatwiej bylo wyciągnąć chłopców na obiadek czy razej drugie śniadanie. Zjedli pomidorówkę i jedziemy do Rovinj. Chłopcy zasnęli zaraz za bramą Campingu. Jesteśmy na AutoCampingu Vestar 5 minut od Rovinj (jadąc zgodnie z ograniczeniami). Na wjeździe do miasta dwa markety Lidl (jak nasze Lidle) ale obok jest znacznie większy i bogato zaopatrzony supermarket no... powiedzmy jak nasz Real. Wjazd z tego samego ronda.
Po zakupach robimy rundkę po głównych ulicach Rovinj. Po zapoznaniu się z topografią miasta jedziemy na parking tam gdzie odpływają katamarany do Venecji. Stamtąd jest najbliżej na starówkę. Wędrujemy wąskimi uliczkami o wypolerowanym przez wieki bruku coraz wyżej i wyżej pod mury górującego nad miastem kościoła Św. Eufemii. Widoki z góry świetne, uliczki fantastyczne a domy zdudowane z taką fantazją jakby prawa fizyki nie obowiązywały. No i ta cudowna łączność sąsiedzka przez ulice na wysokości np. 2 piętra przeciągniętymi sznurami do suszenia prania. Jak pranie się nie suszy to i sól można podać albo buteleczkę wina lub rakiji. No ale wina to raczej nie może zabraknąć. Na każdej uliczce sklepik o wdzięcznej nazwie Vinoteka.
Bruki podpolerowaliśmy na tyle skutecznie że chłopcy zażądali jedzenia. Dobrze, że byliśmy na uliczce łaczącej marinę z portem katamaranów więc mieliśmy do wyboru niezliczone knajpki. Wybór padł na uroczą pizzerię bo w końcu chłopcy zakrzyknęli, że chcą pizzę! Jedli ją na wyscigi! Miło było patrzeć. Ania liczyła na pizzę po chłopakach więc zamówiła miskę sałaty a ja pierwsze lokalne danie czyli ćevapčići - małe kiełbaski z mielonego mięsa wieprzowo-wołowo-baraniego... PYCHA! Już mam plan na wyjazd - raport z lokalnych dań! Dodatkiem do kiełbasek były frytki sosik na bazie marchewki, oliwy i... cząstki cebulkii na liściu sałaty... Czy pisałem, że pycha!!!
Po obiadku dotaczamy się do samochodu i jedziemy zobaczyć panoramę Rovinj z tzw. vis-a-vis. Miejsce do kąpieli dla chłopców gorsze a z godzinę trzeba czekać do ładnego oświetlenia miasta więc decydujemy się wrócić na camping a zdjęcia wieczorne zrobimy jutro. Nasza motywacja była tym większa, że mieliśmy 10 kg arbuza!
Zalepilismy dmuchańca przedziurawionego na rafie i chłopcy poszli z Anią na plażę a ja zgrywam zdjęcia, ładuję baterie i... piszę bloga.
Jeszcze kolacja i chłopcy padają o 22.00 tak pełni wrażeń, że żadna bajka nie jest potrzebna. 3 minuty i śpią. Dobranoc...
ZDJĘCIA:
Początek dnia w naszej zatoce.
Michał pływa a Staś straszy samolotem.
Jakby komuś morza było mało to jest basen.
ROVINJ - parking przy przystani i od razu...
...jakieś atrakcje! Kontrola cum.
Michał zdobył pachołek cumowniczy.
Zapuszczamy się w gąszcz wiekowych uliczek.
Zobaczcie jak wyślizgany jest bruk!
...
W wielu kamienicach są galerie z pamiątkami.
Coraz wyżej i wyżej...
...i wyżej się nie da... no chyba, że na wieżę kościelną - kościół Św. Eufemii.
Schodzimy w dół...
...znowu pełne uroku uliczki.
Mamy siłę biegać bo....
..się świetnie odżywiamy. Michaś trenuje do konkursu wyciągaczy sera!
Stas się nie certoli tylko JE!
Wędrujemy dalej...
Bruk mnie zauroczył - jest niesamowity!
Pranko!
Marina.
Piekne złociste słoneczko na koniec dnia i kąpiel na naszej plaży.
Długo w nocy stuka w klawisze: Krzysztof; poprawia: Ania; inspirują jak zwykle niezawodni Michaś i Staś.