Strona GŁÓWNA
menu ŚWIAT


NAMIBIA 2008 - blog cz. 2 - Na północ


Wyprawa: 13 X - 20 XI 2008

Od Windhoek jedziemy do Swakommund odwiedzając po drodze masyw skalny Spitzkoppe.
Swakopmund i Walvis Bay. Jedziemy od wraku do wraku Wybrzeżem Szkieletowym.
Odwiedzamy wioski Himba i Epupa Falls. Ganiamy się z pustynnymi słoniami.
Podziwiamy zwierzęta w Etoszy i bawimy się z gepardami.

25 X - Pod legendarną...
        ...Spitzkoppe!

Poranek w Okahandja bardzo leniwy. Niespiesznie robimy śniadanie, kąpiemy chłopców. Pakujemy rzeczy. Ostatecznie należy nam się trochę luzu po szalonych 615 km poprzedniego dnia.

***

W Okahandja są dwa ciekawe dla nas miejsca. Pierwsze to targ pamiątek. W Windhoek jest potężny budynek workshopu a tu prawdziwy targ. Budki, namioty, tworzą dwa, trzy rzędy z wieloma przejściami i przestrzeniami. Pamiątek całe mnóstwo. Część trochę dziwna. Jakaś szalona metaloplastyka w kształcie jaszczurek, skorpionów, itd... Dużo biżuterii "od zwierzęcej" i z różnymi minerałami aż do takiej zwykłej z kolorowych koralików. Naszą uwagę zwraca niezła kolekcja masek. Część to taka "cepelia" ale jest wiele oryginałów skupowanych np. u buszmenów i są to maski autentycznie używane, przepocone, zakurzone, ale pełne uroku. Dużo jest galanteri stołowej. Nasze ulubione miseczki z żyrafą, miski malowane w różne wzory lub wykorzystujące słoje i różnice kolorów drewna. Trochę batiku i ogromna ilość rzeźb wielkogabarytowych. Chcecie naturalnej wielkosci popiersia pary Himba? A może dwumetrowy nosorożec....

***

Kolejna rzecz jaka nas interesowała w Okahandja to groby bohaterów Herero. Oczywiście plany w Lonelce i Bracie są pi razy drzwi robione więc trochę z GPSa, a trochę na czuja dojeżdżamy do jakiś rozwalających się domów ale w tym bałaganie wyróżnia się aleja palmowa z białym niskim murkiem na końcu. Jest to widok jaki zapamiętaliśmy z jednago z filmów o Namibii. Kilkadziesiąt kroków i wszystko jasne - to tutaj. Jeden nagrobek w kształcie pocisku karabinowego z portretem Kaimbire Tjamuaha, drugi już mniej oryginalny. Otoczenie zaśmiecone, z boku ruiny. Pewnie jak są coroczne obchody z udziałem weteranów wygląda to lepiej ale teraz....

***

Jedziemy dalej. Asfaltu cd... chciaż na początku był problem bo przez 20 km ciągnęły się roboty drogowe. Dalej wąsko ale OK! Dojeżdżamy do Usakos. Skręcamy w stronę malowniczych gór Erongo. W ich wnętrzu ukryte są jedne z bardziej znanych prehistorycznych malowideł naskalnych. Samo południe. Upał straszliwy. Wylosowałem wędrówkę do jaskinii. Niby miało być pół godziny wg. przewodnika, ale chyba drobnym drukiem było dopisane: dotyczy Etiopczyków trenujących maraton. Mi w tym upale zajęło to ok. 45 minut. A się nie oszczędzałem. Po dotarciu do jakinii kilka minut na podziwianie widoków i wysapanie się. Później rozstawiam światła i czas na sesję zdjęciową. Wreszcie wrcam do Ani i chłopaków. Już się zastanawiali gdzie to zniknąłem?

***

Wracamy do Usakos i dalej na Swakopmund. Ale nuda.... Mało nie zasypiam... Wreszcie skręt na Spitzkoppe i fajny grawelek z małymi stromymi dolinkami. Raz wdusza nas w siedzenia raz pasy trzymają pupy na siedzeniach. Chłopakom się podoba taka jazda.
Jeszcze ze dwadzieścia km. i brama campu. Camp taki jaki sobie można wymarzyć.
Jedyne udogodnienie to beczka na śmieci. Ale nasze miejsce jest tak niesamowite, że zamiast brać się za robienie kolacji itd... robimy zdjęcia o zmierzchu.

***

Chłopcy miejscem zachwyceni. Mimo ciemności szaleją. Samochód stoi pod potężną oddzieloną od głównego masywu skałą. Obok druga jeszcze większa i jeszcze kilkanaście "kamyczków" wielkości przyczepy kempingowej. Trochę dalej ściany skanle wznoszą się na 300 m ponad nas. Przwdziwe górskie sanktuarium. Rozpalamy ognisko i pieczemy kiełbaski. Chłopaki mają wilczy apetyt. Zjadają ogromne ilości kiełbaski z chlebkiem. Zapijają sokiem i... zasypiają nam na kolanach. Wrzucamy ich do namiotu ale sami nie siedzimy zbyt długo bo sen i zmęczenie daje o sobie znać. Oczywiście piszemy notatki i relację, ale w końcu poddajemy się sile ciążenia powiek. Spać! Dobranoc!

***

Zdjęcia...



Okahandja - Staś budzi się niekiedy tak, jakby tylko udawał sen.
Pstryk! I już wita nowy dzień uśmiechem. A niekiedy....
Szopa włosów, każdy w inną stronę i siedzi nastroszony jak sowa ale...


...po chwili już ma ochotę na pogaduszki z tatą.


Okahandja Camp - Mile wspominamy bo mieliśmy świetne warunki
m.in. dlatego że byliśmy sami i wybraliśmy najfajniejsze miejsce.


W Okahandja jest najbardziej znany targ pamiątek w Namibii
Można oszaleć! A jak się lubi sztukę afrykańską można oszaleć podwójnie.


Aniołki zwane.... samolocikami.


Ten nosorożec jakiś taki nie wyrośnięty...


...ale ten jest w sam raz!


Każda chwila dobra do nadgonienia braków w blogu!


Pozdrowienia od dzieci z Namibii! Tu widać jak różnią się między sobą.


Lokomotywa nr 40 - jesteśmy w Usakos
Przerywamy "piłowanie" asfaltem i jedziemy do Ameib Ranch
aby zobaczyć piękne krajobrazy oraz dotrzeć do Philipps Caves.
Jaskinii ze słynnymi naskalnymi rysunkami.


Góry Erongo - nikt nie obiecywał, że będzie łatwo!


Jedna z dolin. Upał sakramencki.


Chłopaki postanawiają zrobić piknik.


Wymyślili, że cukiereczki należy im wkładać do czapeczki.
A kto rymuje do jaskinii szufluje.


Tym razem ja podejmuję akcję górską. Ania zostaje z chłopcami
a mi przypada zaszczyt wypocenia z dwóch litrów wody podczas
wspinaczki do jaskinii. Trud się opłacił bo widoki pikne...


...i malunki naskalne takoż samo.


Ten leżący krokodyl lub smok to masyw Spitzkoppe.


Wspaniały zachód słońca.


O potędze tych gór świadczy zbliżenie na jedną z gładkich ścian
z ludżmi - a gdzie oni są?. Jeden to ten przecinek z prawej
na gładkiej powierzchi skały i większa grupa siedząca z lewej
na dole przy nyży skalnej.


Najwspanialszy widokowo biwak. W srodku górskiego sanktuarium.


Pod naturalnym okapem rozpalamy grila.


Czekając na upieczenie się kiełbasek opowiadamy chłopcom o górach.


Kiełbasę jedzą w takim tempie, że wkrótce nie będziemy ich karmić
ale chyba walczyć z nimi o jedzenie... ;-))) DOBRANOC!

26 X - Pod Spitzkoppe...
        ...w deszczu!



Tak, tak! To szokujące leżeć w namiocie i słuchać walenia w niego deszczu w Namibii. Ania chciała abyśmy o 5.30 wstali na wschód słońca, spakowali, etc.. Już ok. 2 w nocy obudził nas wiatr a raczej wichura. Pomimo schowania się za skały wyło i bujało samochodem. O 5.30 pytanie: wstajemy? Patrzę na niebo z pierzyną chmur bez szansy na rozsnucie i komunikuję odwołanie wschodu słońca i dalsze spanie. Wiatr wyje więc spanie żadne. Po kilku minutach krople strukają w namioty. Co jakiś czas leje solidnie. Boszzzzzeee! Oby nie przymusiło nas do biegu do buszmeńskiej toalety. Ok. 8 rano uspokaja się. Ok. 9 rano wstajemy k ręcimy się po obozowisku. Do Swakopmund niedaleko więc nie spieszy nam się. Chmury tracą na grubości. Są oka przez które padają na ziemię pierwsze dziś promienie słoneczne.

***

Okazało się, że pozory mylą. Nie ma szansy na słońce tego dnia. Sprawdzamy jak wygląda Spitzkoppe z róźnej perspektywy. Okazuje sie, że w wielu miejscach brak słońca jest atutem. Nie ma straszliwych kontrastów, które zabijają niekiedy zdjęcia. No i też więcej widać. Fantazyjne kształty, które przy palącym słońcu chowałyby się częściowo w cieniu teraz są w pełnej krasie. Masyw ten ma pewną magię. Cudowne miejsce dla wspinających się. Oprócz swobodnego wyboru miejsc do łojenia jest tu ogromna ilość dróg wspinaczkowych ze stałymi punktami asekuracyjnymi o bardzo zróźnicowanej trudności. Nic tylko szpej, magnezja i naprzód.... Obok naszego noclegu na dwóch naszych skałkach mieliśmy 5 lub 6 wytyczonych dróg z nr z jakiegoś katalogu. Ślady magnezji podpowiadają najlepsze chwyty.

***

Jedziemy do Swakopmund. Co tu robić? Pogoda, że w mordę dać... tylko komu? Chyba Atlantykowi, zwrotnikom i wszystkim po kolei co decydują o takim a nie innym układzie pogody tutaj. Do samego miasta nas nie ciągnie. Postanawiamy zobaczyc pierwszy wrak przy drodze do Walvis Bay. Wygląda rewelacyjnie ponieważ atmosferę potęguje pogoda. Lekka mgła, silny wiatr, potężne fale rozbijające się o rufę statku i mocno zardzewiała już nazwa "Kolmanskop" na dziobie. Fotografujemy a chłopcy zmagają się z kamieniami, wiatrem, stosami muszli. Oczywiście te zmagania ich to pełnia szczęścia. Nie peszą ich potężne fale.

***

Od wraku jedziemy jeszcze trochę w kierunku Walvis Bay. Piękna droga. Z jednej złocące się wydmy z drugiej srebrzące się morze. Odkrywamy prewdę, że wgła spowija tylko obszar miasta Swakopmund. Kolejne dni potwierdzą, że wystarczy wyjechać poza miasto i mamy super słońce!

***

Słońce zachodzi. Czas na powrót do miasta i spotkanie z Sue i Nico. Małżeństwo poznane przez internet. Zaprosiło nas do siebie na czas pobytu w Swakop. Bardzo sympatyczni. Mają trójkę dzieci na.... trzech kontynentach! Od razu przypadliśmy sobie do serca. Dzieci szaleją, my gadamy.... Jutro wstajemy później niż zwykle tj. wtedy, kiedy chłopcy się obudzą i obudzą nas. Dobranoc.

***

Zdjęcia...



Prawie południe - poprawia sie pogoda pod Spitzkoppe.


Założone odpowiednie obiuwie i można zacząć wspinaczkę po okolicy.


Zaimprowizowane pomoce wspinaczkowe...


...niektóre całkiem skomplikowane.


Skała jest szorstka i świetnie się po niej biega.


Uwage chłopców skupił...


...nasz gość na biwaku.


Tata! Wstawaj!


Czekając na lepszą pogodę uzupełniamy notatki.


Ostatnie spojrzenie na to cudowne miejsce - zaraz jedziemy.


Słynny most skalny...


...i widok przez niego na główny masyw.


Domek sprzedawcy pamiątek - każdy się tu zatrzymuje - reklama dźwignią handlu.


Nasz pierwszy wrak.


"Kolmanskop"


Chłopcy ruszają do zabawy na plaży kidy my fotografujemy.


Pierwsza foka na plaży w Swakopmund.


Molo w Swakopmund. Pod nami rozszalały ocean.


I na koniec pochmurnego dnia śliczny zachód słońca.



27 X - Poznajemy Swakopmund...
        ...i Walvis Bay!

Wreszcie leniwy poranek. Wstajemy, zgrywam zdjęcia, kończę "południową" część bloga i wrzucamy go internetu. Wreszcie jedziemy do miasta. Sue nas prowadzi i pokazuje Namibian Craft Center. Tam oprócz pamiątek jest świetna informacja o okolicy. Tu też załatwiamy rezerwację miejsc na Living Desert Tour z Tomem. Ale na pustynie pojedziemy jutro.

***

Plątamy się po Swakopmund a później jedziemy przez nasz wrak do Walvis Bay. Tam mieszka Jurek (ale go nie ma bo jest w rejsie) z Helmi (jest!) i córeczką Nanoną (jest! ;-) ). Jemy pyszny obiad. Chłopcy oglądają po raz pierwszy kreskówkę i jedziemy na plener fotograficzny na Diunę 7. W ostatnich promieniach słońca robimy Helmi i Nanonie piekne portrety. Ubrane są w tradycyjne stroje i na tle czerwonego piasku wyglądają jak kolorowe ptaki. Pięknie! Ile juz razy użyłem tego słowa?

***

Zdjęcia...

***




Spojrzenie na Swakopmund z góry.


Można zobaczyć trochę całkiem fajnej architektury.


Idziemy do Centrum Informacji i Rękodzieła w Swakop.
Tu można kupić pamiątki z Namibii (a nie np. z Kenii w Namibii)
i dowiedzieć się wielu interesujących rzeczy w związku z planowaną trasą.


Na obiad kupujemy chłopakom frytki i kurczaka w.... KFC i jedziemy
na obiad pod "nasz" wrak.


Walvis Bay - ciekawie położona restauracja w Zatoce Pelikana.
Najlepsze miejsce do spotkania się w tym mieście.


My spotkamy się tu z Helmi i Nanoną aby nie błądzić w sieci uliczek
jedziemy za nimi do ich domu i przygotowujemy obiado kolację.
Dzieci po raz pierwszy od 2 tyg. zobaczyły telewizor... ;-)


Jedziemy na plener foto pod Diunę 7.


Prosimy trochę w prawo, w górę do palmy i buzie 3/4 do słońca....


***


Zmiana strojów.


Rodzinna fotografia.


Droga Pani - czy mogę teraz jak zrobić kilka zdjęć?


Ależ bynajmniej! Jeszcze mam trzy ujęcia.


Teraz wreszcie zdjęcia robi Staś! Wyzwalacz radiowy cieszy się
wśród dzieci wielkim powodzeniem. Robią sobie mnóstwo zdjęć.


Zapada noc - żegnamy się i jeszcze wieczorna rundka po Walvis Bay.


Nie możemy się powstrzymać przed zatrzymaniem przy "naszym" wraku.
Oświetlamy go reflektorami naszego samochodu i robimy nocne zdjęcia
mimo przenikliwego wiatru.



28 X - Living Desert Tour...
        ...i spotkanie z Łucją, Ernestem i Ninką!

Dziś o 14.00 oczekiwane z niecierpliwością spotkanie z Tomem. Tom prowadzący firmę Living Desert Tour to legenda Swakopmund. Jakby urodził się na wydmach między Swakop a Walvis... Zna każdą wydmę. Wie jak się zmieniła ostatniego roku, miesiąca, dnia, kilku godzin,... Dla niego pustynia to otwarta księga pisana tropami zwierząt. Jest na niej codziennie więc widzi doskonale gdzie wąż dziś ma zasadzkę, gdzie poszedł skorpion itd... itp...

***

Wcześniej uzupełniamy naszą wiedzę o Swakop. Wybieramy się do Crystal Gallery i Oceanarium. Crystal Gallery robi niesamowite wrażenie. Szczególnie okazy kryształów mające po kilkaset kilogramów i największy na świecie kwarc - ponad dwa metry. W gablotach też wiele ciekawych okazów. Mniejsze ale unikatowe. Oczywiście żadnych obcych naleciałości. Wszystkie minerały pochodzą z Namibii.

***

Wreszcie oceanarium. Małe ale fajna zabawa dla dzieci. Najlepszy jest oczywiście szklany tunel gdzie nad głowami pływają nam rekiny i możemy obserwować od dołu denne ryby. Ich "pyszczki" przyklejone do szyby wyglądają niekiedy komicznie.

***

Wreszcie czternasta. Tom odbiera nas spod kawiarni. Wsiadamy do stareńkiego Land Rovera ale nie żadnego przerobionego Defendera, ale nieznanego mi typu cięzarówki/busiku na 8 osób. Kierownica bez wspomagania ale za to deska rozdzielcza obrośnięta nie tylko wskaźnikami i przełącznikami ale i kontrolkami płynów. Maszyna wzbudza mieszane uczucia ale jak rusza.... Moc czuje się straszną. Jedziemy po mieście od hotelu do hotelu. zbierając po jedną dwie osoby. Wreszcie wszyscy są więc bocznymi uliczkami ruszamy spóźnieni na rundke po pustyni. Oczywiście jesteśmy pełni złych przeczuć co do pogody ale jak tylko przekraczamy wyschnięte koryto Swakop River pogoda zmienia się radykalnie. Słoneczko pieknie oswietla pierwszą wydmę pod która zatrzymujemy się i wysluchujemy wykładu o tym skąd w Namibii wzieły się pustynie i czego tu można się spodziewać. Wykładowi towarzyszy syk spuszczanego z wielkich opon z bieżnikiem jak klocki Duplo powietrza. Powietrza w oponach musi byc maluśko, tyci, tyci,... flaczki... Wtedy na piasku samochód najmniej się zapada. Stoimy pod ścianą piasku ze śladami opon ale przypuszczamy, ze to ślady zjazdów a my pojedziemy gdzieś dookoła na przełęcz. O nasza naiwności! Tom zaprasza nas do środka uruchamia miło gdaczący silnik i nagle.... wdusza nas w siedzenia. Jego samochód nie tylko wdrapuje się bez problemu po ścianie piachu na którą sami byśmy z trudem weszli ale ma jeszcze takie przyspieszeni, że aż trudno uwierzyć i trzymać się...

***

Jego "Sand Lover" pokonuje kolejne wydmy, a na wypłaszczeniach przypominających płaskowyże jedziemy wzdłuż piaszczysztych stoków. Tom wtedy patrzy w bok śledząc jak nam później powiedział wszelkie anomalie jakie dostrzega na piasku. Pierwszą ofiara padają żuki piaskowe. Bardzo ciekawe bo potrafią z mgłu się napić. Ustawiają się na wydmie od nawietrznej, głową w dół. Na chitynowej pokrywie mają kanaliki, które skraplającą się wodę na ich pancerzu doprowadzają w okolice głowy i tu.... pija zbierające się krople. Jak jest już ciepło biegają po wydmach szukając jedzenia i bedąc jednocześnie jedzeniem innych.

***

Kolejny "znajomy" Toma to wąż. Tym razem jest ciekawiej. Tom mówi, ze widzi węża i żeby wysiadać. Wysiadamy, ale węża nie widzimy. Tom prowadzi nas o 2 m od niego. Widzicie? Nie! O a tu sa jego oczy... takie dwa pieprzyki nad piaskiem. Zbliża do nich swoją łapkę na węże i nagle ruch pod piaskim, który wybrzysza się i pokazuje zarys wężowego ciała. Jeden zgrabny ruch i wąż wisi w całej okazałości. Nie jest zbyt duży jak większość pustynnych węży, ale dostatecznie jadowity. To wrzuca go do swojego kapelusza (ażurowego), ale chyba się dobrze znają bo wąż ani mysli kąsać przez kapelusz tylko wygląda z kapelusza na otarczających go ludzi.

***

Po wykładzie nt. węży, osobnik zostaje wypuszczony i po odpełznięciu do pierwszego miejsca z miękkim piaskiem zakopuje się natychmiast maskując znakomicie. Znakomicie dla nas, ale nie dla Toma. Znajdujemy jeszcze kilka zwierząt bedąc coraz bardziej zdumionymi ile życia jest w tych z pozoru martwych piaskach.

***

Na koniec pokaz mocy. Jedziemy Sand Loverem Toma przez wydmy, zdobywamy przełęcze, Jedziemy okrakiem po graniach. Zdumienie do możliwości maszyny przechodzi w szacunek do niej. A to przecież nie młodzieniaszek. Widać, że dawniej bardziej liczyli sią inżynierowie niż marketingowcy - wróg publiczny nr 1 uzytkowników czegokolwiek.

***

Podziwiamy z wysokości diumy "nasz" wrak w wodzie wyzłoconej zachodem słońca. Kiedy już z myślimy, że zjedziedmy do widocznej niżej drogi do Walvis To dodaje gazu, wykręca o 180 stopni i jedzie pod górę. Nagle widzimy, że przed nami nie ma nic.... przestrzeń...

***

Zawiśliśmy podwoziem nad przepaścią. Przednie koła w gorze, środek zawieszony na grani, panika na pokładzie! Christopher! It's time! Wyskakuję, zatrzaskując zamarłą ekipę wewnątrz. Biegnę granią aby odejść od samochodu tyle by mieć trochę przstrzeni. Gotowe! Macham do Toma, że może jechać. Hmmmmmm.... Jechać?! Przed nimi ponad 30 metrów fest nachylonego stoku. To tyle co dziesięciopiętrowy budynek. Ruszają powoli. Poprzedza ich piaskowa lawina. Kiedy nabierają szybkości towarzyszy im niesamowity dźwięk. Ni to jęk, ni ti to zawodzenie szalonej śpiewaczki udającej wiatr. To słynne "roooarrriiiinnnggg diunes" - ryczące czy też zawodzące wydmy. Niesamowite! Tom obiecał, że jak nie usłyszymy tego dźwieku to usłyszymy krzyk turystów w Sand Loverze zsuwających się w piaszczystą przepaść...

***

Oczywiście wszytko się skończyło dobrze. Zjechali szczęśliwie. Ja zrobiłem fajne zdjęcia. i wróciliśmy do miasta. Wszystko fajnie tylko byliśmy 3 godziny spóźnieni. A już na wydmach dostaliśmy SMS'a, że dotarli Ernest z Łucją i Ninką (patrz: Przyjaciele Portalu). Spotykamy się pod latarnią morską w Swakop, jedziemy do nich pogadać i umówić na jutro. Uczciliśmy spotkanie, jak to w Namibii nakazane, winem z RPA i wramay do Sue i Nico. Gadamy jeszzcze trochę i czas spać! - jutro zaczynamy jazdę na północ!!!

***

Zdjęcia...



Idziemy do Crystal Gallery czyli Kristall Galerie.


Na dziedzińcu "skały" z wieloma zagłębieniami wypełnionymi kamieniami półszlachetnymi.
Można siąść i pełnymi garściami...


...przesypywać kamienie. Więcej ich tu niż na całej giełdzie
minerałów na Politechnice. A to tylko placyk zabaw dla dzieci.


Wędrujemy krętą jaskinią podziwiając różne minerały.


Największy na świecie kryształ kwarcu.


W oceanarium w Swakop.


Tunel z rekinami.


Uśmiech i pozdrowienia dla czytających naszego bloga!!!


Spotkanie z Tomem i początek wycieczki. Przed wjazdem na piaski
redukujemy ciśnienie w oponach.


Wsiadamy i ruszamy na pustynię!


Pierwszy wykład o tym skąd się biorą pustynie...


...i pierwsze łowy....


...zakończone sukcesem. Chrząszcze stanowiące pokarm dla kameleonów.


Chłopcy każdą chwilę na zewnątrz samochodu wykorzystują na zabawę w piaskownicy.


Kolejny postój.


Proszę tu jest wąż. Taaaakkkk???? Nie widzimy!


A jednak jest! Nad piasek wystawały tylko jego oczy.


No i wykład o wężach - chłopcy skoro wężem się nie mogą pobawić to wpylają słodkości.


Wąż? Nie - beznoga jaszczurka.


Kolejne łowy podczas których Tom znalazł i podarował Ani
prawdziwą, żywą biżuterię pustynną.


***


Jedziemy szukać....


...czarnego skorpiona - niestety ślady były ale gdzieś
zakopał się głęboko w piasku.


Gekon - kolejny bohater pustyni.


Gekon jest milusi!


Wszystkie zwięrząta są pieczołowicie wypuszczane aby nie stała im się krzywda. Michałek pomaga Tomowi zrobić norkę dla gekona.


Musi być odpowiednio twardy piasek. Robimy wgłębienie i wkładamy łepek gekona. Błyskawicznie pogłębia norkę i cały się zakopuje.


Wspaniałe krajobrazy - na koniec wycieczki jazda diunami.


Stok, który wzbudził najwięcej emocji...


...piaski śpiewały, ekipa wewnątrz....


Pod latarnią morską spotykamy wieczorem Łucję i Ernesta.
Jutro żegnamy Swakopmund. Dobranoc!



29 X - Początek trasy na południe...
        ...i zepsuta lodówka!

Martwych przedmiotów złośliwość jest na znana na wszystkich kontynentach... W Afryce też. Już drugiego dnia padła lodówka w samochodzie Łucji i Ernesta. Mieliśmy zapas mięsa na kilka dni - problem. Telefony do wypożyczalni i mamy mozliwość reperacji w Swakop. Niestety Musimy pozostawić lodówkę do napełnienia czynnikiem chłodzącym do rana bo inaczej nie dadzą gwarancji na naprawę. Postanawiamy nie zostawać w Swakop, ale jechać już na szlak Wybrzeża Szkieletowego. Oczywiście nie na milę 108 jak planowalismy ale na milę 14. Kiedy my będziemy spać a Ernest z ekipą wstaną wcześnie rano i pojadą do Swakop po lodówkę. My pojedziemy sobie powoli dalej robiąc zdjęcia. Spotkamy się na trasie.

***

Póki co jedziemy na Welwitschia Drive - trasie niedaleko Swakop, która łączy kilka ciekawych krajobrazów z miejscem występowania masowego najstarszych drzew świata welwiczji. Drzewo to niezwykłe bo przypomina oklapłą agawę. Najbardziej podobne są do... sosny. Dzielą się na dziewczynki i chłopców. Dziewczynki mają faktycznie szyszeczki jak sosenki nasze kochane. W środku pień przypominający coś czarnego o spienionej powierzchni. Jak go się dotknie to dopiero czuć, że to twarde drewno. Niewiele wystaje ponad ziemię. Raptem 20- 30 cm. A ile ma najstarsza welwiczja do której jedziemy? 1500 lat. A po ilu latach nasiona welwiczji są zdolne do kiełkowania? Po 2000 lat!!! I pomysleć, że najstarsze drzewo świata rośnie w jednych z najtrudniejszych warunkach życia dla roślin na świecie!!!

***

Co widzimy jeszcze? Pustynię grawelową na której ślady widać nawet przez kilkadziesiąt lat. Można zobaczyć ślady pojazdów z I wojny światowej. Moon Landscape - faktycznie księżycowy krajobraz, No i wreszcie koniec trasy - 1500 letnia welwiczja. Ogrodzona aby jakieś szalone zwierzę jej nie podskubało nie mając szacunku dla wieku jubilatki. Dla turystów jest dwumetrowej wysokości pomost do podziwiania jej z góry. Wracamy do Swakop i ruszamy wzdłuż Szkieletowego Wybrzeża.

***

Na koniec dnia Wlotzkazbaken - ciekawe miejsce, którego opis będzie jutro. Ponieważ minęliśmy milę 14 wracamy.

***

Camp na mili 14 wygląda na opuszczony. Nie do końca to prawda. Jesteśmy poza sezonem. Nieopłaca im się utrzymywać tego miejsca dla pojedyńczych wizytorsów więc szlaban w górę i jak chcesz się rozbić to OK! Oczywiście woda wyłączona ale milej niż u nas gdzie wiesza kłódkę i tyle plaży widziałeś.

***

Pierwszy wspólny grill i kolacja. Mimo konieczności odebrania jutro lodówki humory dopisują. Siedzimy do momentu kiedy chóralne ziewanie nie wygania nas do Śpiworów - spać! Dobranoc!

***

Zdjęcia...



Zegnamy się z Sue...


...pamiątkowe zdjęcia przed jej gościnnym domem.


Welwitschia Drive - grawelowa pustynia z malutkimi roślinkmi
wyglądającymi jak nasze porosty.


Moon Landscape.


Na punkcie widokowym - wieje od oceanu.


Najstarsza welwiczja!


Anatomia welwiczji: liście.


Życie seksualne welwiczji: kobieta...


...mężczyzna.


A to taka ot zwykła przy drodze.


Ernest walczy z lodówką, Ania na zdjęciach, my z Łucją karmimy dzieci.


Wlotzkazbaken - osada duchów...


... atmosfera jak skądeś z USA...



30 X - Od Wybrzeża Szkieletowego...
        ...po Rhino Camp.

Rano słyszymy brum, brum,... To Ernest z Łucją i Ninką jadą po lodówkę. Mu śpimy jeszcze z pół godziny. Chłopcy się budzą i czas na niespieszne śniadanko. Pakujemy się i jedziemy.

***

Spotykamy się przy pierwszym wraku. My jesteśmy tam już długo bo zdjęcia staramy się zrobić jak najciekawsze. Po sesji wracamy na główną drogę i pędzimy dalej. Droga ciekawa bo wykonana z... soli. Jedzie się gładko i przyjemnie. Należy pamiętać tylko, że jest ślisko. Żadnego hamowania czy gwałtownych skrętów.

***

Wlotzkazbaken - ciekawe miejsce. Ilość osób zameldowanych: 2.5 - tak dwie i pół bo jedna mieszka trochę tu i trochę gdzie indziej... Ilość domów: kilkadziesiąt. To takie śmieszna osiedle zwane gdzie indziej daczowiskiem. Niewolno tu budować (teoretycznie) z trwałych materiałów więc właściciele chcą udowodnić wyglądem domów, że to takie ot tam. Jarmarczne kolory i wzory, fantazyjne kształty i koniecznie wielka beczka na wodę na dachu. Pełen surrealizm - Dali byłby dumny.

***

Henties Bay - tankowanie. Polacy opanowali stację benzynową. Dwa Land Rovery, dwa nasze Nissany - się porobiło! Szybkie spotkanie i omówienie szczegółów tras i możliwości spotkania w przyszłości. Spotkać się będzie trudno, ale nasze naklejki wyprawowe pięknie się prezentują w różnych odwiedzanych miejscach.

***

Cape Cross - główna atrakcja to kolonia fok. Ma śmierdzieć i.... śmierdzi. Szczęśliwie wiatr dość silny i chłodno wię nie jest to ten odurzający smród rozkładających się wydalonych resztek rybich. Zresztą wszyscy szybko się przyzwyczajają. Zajmujące jest podpatrywanie życia kolonii fok. Samce mają wytyczone umowne terytoria zajmowane przez ich haremy. Każde przekroczenia "miedzy" o kawałek płetwy powoduje gwałtowną reakcję - jak z Kargula i Pawlaka. A już zbyt natarczywe zainteresowanie nie swoją małżonką musi skończyć się walką. Są też inne ciekawe sceny. Długo obserwujemy szakala plączącego się wokół fok i wreszcie opłaciło mu się. Znalazł padłą fokę i rewelacyjny obiadek. Ledwie był w stanie przegryżć się przez twardą skórę ale chyba nie byłą to jego pierwsza foka. Znalazł najsłabsze miejsce pod przednią płetwą i zaczął obiad.

***

Wracamy pod bramę wjazdową. Podjeżdża jakaś osobówka obok nas. Dziewczyna otwiera drzwi i wiatr mało jej nie wyciąga z samochodu. Przytrzymuję drzwi - dziękuje po angielsku. Odpalamy silnik zamykając nasze drzwi i nagle zaczyna gwałtownie machać do nas. Otwieramy okno: Dzień Dobry! - zobaczyła nasze logo Małego Podróżnika - znowu Polacy - się porobiło... A przed chwilą odjechały nasze znajome Land Rowery. Chyba Niemcy zaczną popadać w kompleksy... ;-) Okazuje się, że może jeszcze się spotkamy na szlaku.

***

Mila 108 - po naszemu: Wygwizdowo. Wieje straszliwie. Camp surrealistyczny. Nawet cieszymy się, że mila 14 była ot tak na brzegu morza. Tylko jak był przypływ w nocy to trudno było spać tak fale waliły. Mgiełka, to nie klasyczna mgła ale drobinki słonej wody wirujące w powietrzu zerwane z grzyw łamiących się fal.

***

Jedziemy dalej do wraku Winstona. I tu niespodzianka. Jesteśmy daleko od morza. Dostępu do brzegu bronią solne rozlewiska. Ślady są ale niekiedy giną w wodzie. Jedziemy. Trochę błota, słonej wody i wreszcie teren sie podnosi i wjeżdżamy na piasek. Przełączka i widok na morze. Cztery samochody wędkarzy robią mały biwak. Bawią się rzucając małe rybki mewom, które łapią je w locie. Ok. 250 m za nimi widzimy brązowe od rdzy fragmenty statku. "Winston" zachował się w dwóch fragmentach. Niewiele już widać go z piasku. Lata, sól, piach i wiatr zrobiły swoje. Rdza aż chrupie. Jeszcze kilka sztormów i trzeba będzie w przewodnikach wymazać fragment dotyczący tego wraku.

***

Dopiero potem będziemy przeklinać jazdę słonymi rozlewiskami. Samochody pokryte skorupą soli, szyby mleczne. Wracamy do mili 108. Tu jest droga biegnąca w kierunku, jaki będzie naszym wiodącym przez następne dni. Ledwie wyjechaliśmy kilka kilometrów od wybrzeża i nagle pojawiło się słońce, zmienił się krajobraz. Rdzwo czerwone góry stanowią piękne tło dla welwiczji. Gdyby nie ta najstarsza można się zastanowić po co nam było jecheć na Welwiczja Drive. Tu ta niesamowita roślina jest zwyczajnie pospolita.

***

Krajobrazy coraz piękniejsze i coraz bliższy zachód słońca. Postanawiamy spać na Rhino Camp prowadzonym przez Save Rhino Org. Dojazd przez kilka kilometrów dnem potoku momentami całkiem trudny. Wreszcie jesteśmy. Camp z tych, które kochamy najbardziej. Żadnych sztucznych wygód. Prysznic to wiadro na linie podciągane na wysokość kąpiącego się. Jest ciepła woda bo pod beczką nasza recepcjonistka rozpaliła ogień. Nabieramy z kranika na beczce gorącą wodę i wlewamy do wiadra. Dodajemy chłodną i podciągamy ponad głowę. Odkęcamy kran nawilżamy ciało. Zakręcamy. Namydlamy się, odkręcamy kran i spłukujemy. Tak jedno niewielkie wiadorko wystarcza na jedną osobę. Bez problemu! Można sobie uświadomić ile wody marnujemy u nas w domach.

***

Grill, ognisko. Otaczają nas czarne skały płonące jeszcze niedawno o zachodzie słońca.... Dobranoc....

***

Zdjęcia...



Mila 14.
Nie wiem co napisać by czytelnik nie poczuł się urażony
komentarzem do tego miejsca...


To nie sztorm. Tu tutaj norma.


Można jechać plażą...


...można i drogą.


Kolejny wrak.


Vis-a-vis.


Przedstawiamy załogę, która dołączyła na czas jakowyś
do naszej wyprawy: Łucja i Ernest.
Ninka z tyłu - jeszcze będzie okazja...


Polski dzień na stacji w Henties Bay.


A może Szkieletowe na piechotę...
"Bum tarara bum tarara po głębinie statek płynie"
BUM! I kolejny wrak na Szkielecie....


Niekiedy morze (Upss! - Ocean) wlewa się na ląd głęboko
i mamy... objazdy!


Zatkać nosy! Seal Colony!


Fotoreporterka nie pęka tylko foci!


Polska tablica - 5 naszych nalepek!


Jakie foki w stadzie tj. kolonii są każdy widzi.


Spać. Spać. Trawić. Tyć. Samiec zadba o spokój...


Szakal też sie musi wyżywić.
Widać, że z okazji tu korzysta nie po raz pierwszy.


No i Cape Cross w ujęciu historycznym a nie przyrodniczym.


Przez solniska do wraku Winstona.
Ta sól na samochodach da nam w .... jeszcze przez kilka dni.


Dlaczego Winston sie rozbił tu?!
To jest zwykła pogoda - oni mieli sztorm!!!


Eksploracja wraku - chyba winda kotwiczna.


I kolejny fragment "Winstona".


Kamienie? Nie to tylko i aż sól.
Pozdrawiamy serdecznie wszystkich w Kopalni Soli w Wieliczce!
U Was tak nie wieje!


Wystarczy wyjechać kilka kilometrów w głąb lądu i nagle
polary i kurtki przeciw wiatrowe wędrują na dno bagażu.
Pojawia się słońce i nowe "znaki drogowe".


Zagłębiamy się w góry otaczające Rhino Camp.


Rhino Camp....


...prowadzony przez organizację zajmującą się chronieniem nosorożców.


Jak mieć rogi to już z fasonem... ;-)


Ostrzeżenie.


Tak wykuwa się blog.
Przepraszamy, że z opóźnieniem, ale dostęp do sieci
ograniczony i tyle się dzieje....


Nasz biwak - dobranoc.



31 X - Przedzieramy się przez góry...
        ...do Twyfelfontein i dalej .

Podejmujemy ważną decyzję. Zamiast trzy razy dłuższej trasy wybieramy 75 km "spacerek" przez góry. Początek to niezły hard core. Jazda po kamieniach i pokonowynie kolejnych prożków skalnych. Uważne omijanie ostrych jak brzytwy łupków czychających na boki naszych opon. Chyba najtrudniejszy był podjazd z twardej gliny ze spływającą wodą. Na wprost bez szans na podjazd bo hopla w górę jest straszna i samochód się ześlizguje - a ma gdzie - koryto potoku kilka metrów niżej. Boczkiem, boczkiem łapiąc trawki i... udało się. Dalej to już kaszka z mleczkiem chociaż niektóre przejazdy pokonujemy wolniej niż piechur. Ale opłaca się uważna jazda bo nie mamy żadnego kapcia! Opony całe ufff...

***

Po wyjechaniu na przełęcz za plecami mamy skalną gardziel a przed nami płaskowyż porośnięty żółtą trawą. Jedziemy wielkimi przestrzeniami. Od czasu do czasu zbliżają sie wzgórza i droga skacze z pagórka na pagórek. Trafiamy do miejsca gdzie gęsto rosną welwiczjie. Jedna jeszcze mała i głupiutka [ ;-) ] wyrosła na środku drogi. Szczęsliwie to nie droga zrobiona spychaczem ale off road więc środek jest wolny.

***

Jedziemy dalej. Z lewej stronie coraz masywniej prezentuje się "płonąca" góra Twyfelfontein. To nasz cel. Ale aby się dostać do jednego z najsłynniejszych miejsc z naskalnymi rysunkami musimy zrobić rundkę wokół pasma górskiego. Droga niekiedy trudna ale w porównaniu do poranka to luzik. Wreszcie początek gravela i stop. Niewielka tabliczka "Organ Pipes" zaprasza do jaru gdzie ściany uformowane są z bazaltowych słupów. Wygląda to ciekawie, ale trochę naciąganie. Kudy im tam do naszych Organów Wielisławskich o Wilczej G. koło Złotoryi nawet nie wspominając.

***

Pojawiają się pierwsze samochody. Przez cały dzień minęlismy tylko jeden samochód jadący naszym szlakiem. Teraz coraz więcej samochodów ale Twyfelfontein to miejsce na liście UNESCO i nie ma się co dziwić. Wreszcie parking. Upał taki jaki zawsze tu rekomendują - grubo ponad 30 stopni. Decyzja może być tylko jedna na wycieczkę dzieci nie idą aby się usmażyć. Godzina ponad drogi w takim upale to dla nich żadna atrakcja. Ponieważ ostatnio to ja biegałem do jaskinii na zdjęcia dziś kolej na Anię. Ponieważ Ernest z Łucją chcą iść na wycieczkę zabieram naszych chłopaków i Ninkę i jedziemy do Twyfelfontein Lodge. Jak się dowiedzieliśmy mają tam basen, który w taki upał będzie znakomitym miejscem dla dzieci. Znacznie ciekawszym niż nawet 5 obiektów z listy UNESCO, w których nie można sie kąpać.

***

W lodge udaje się zdobyć frytki dla dzieci. Kuchnia czeka na jakiś autokar pełen turystów i nie jest chętna do współpracy ale litują się nad dziećmi i mamy frytki a ja zimne piwo. Dzieci szaleją na basenie i kiedy po ponad 30 minutach na stół dostajemy kopiaste talerze z frytkami zmiatają wszystkie co do jednej.

***

Po prawie dwóch godzinach wracają zdobywcy Twyfelfontein. Ale ja z nimi nie byłem wię Ania dopisze się myśle później z wrażeniami z tego miejsca. < Ania > ... < / Ania >

***

Jest już późno ale nie mamy wyboru musimy nadganiać drogę. Do samochodów i naprzód. Padło na Palmwag. Jest tam niezły camp. Jedziemy ile w silnikach mocy. Zwalniamy kiedy zapada ciemność i dobrze bo bezpieczniej i na tle fioletowo-czerwonego nieba po zachodzie słońca widzimy kudu i żyrafę. Wreszcie jest Palmwag. Bramka weterynaryjna na granicy obwodów i zjeżdżamy na camp. I tu pierwsza niespodzianka - pełny camp! Żadnego miejsca wolnego! Kierują nas na parking. Tam już jeden znajomy samochód z namiotem. To Polacy poznani przy fokach na Skeleton Coast. Rozstawiamy namioty, kolacja, pogaduszki i spać!

***

Zdjęcia...



Rhino Camp rano.


Co to? Buszmeński prysznic....


...oto jego prawidłowe wykorzystanie.
Jedno wiaderko na osobę!


Woda ciepła? Oczywiście! Michałek idzie dołożyć do piecyka.


Staś w taty butach. Jeszcze za duże!


Ruszamy w głąb wąwozu.


Żadnej ściemy to łatwiejsze miejsca na naszej trasie.
Na trudniejszych nikt nie miał głowy do fotografowania.


***


Kierowca generalnie widzi niewiele.
Trzeba nauczyć się rozstawu kół na pamięć.


Ernest wymyślił, że jak Łucja przejdzie to on przejedzie... ;-)


BRUM... BRUMM... kończy się wąwóz - zbliża się przełęcz...


Wyjeżdżamy na płaskowyż.


Łatwiej jest niekoniecznie ale inaczej...


Typowy łatwy odcinek.


I jeszcze łatwiejszy.


Od czasu do czasu suchy potok.


Wszyscy z tego Nisia uśmiechali się do nas szeroko -
oni dopiero najgorsze mieli przed sobą, ale widzieli, że ktoś prejechał.


Welwiczcia i my...


Turyści idą aby obejrzeć z bliska...


...Organ Pipes...


Michałek jak zwykle z ekwipunkiem wspinaczkowycm.


Co tu focić? A Diablaka widzieli? A?


Takie krajobrazy to musi być Twyfelfontein.


Tu mnie nie było - Ania to objaśni...


...to też...


... sam wydedukowałem, że to żyrafy.


Ja za bejbisitera robię w te popołudnie...


...odmaczam dzieci.


Na parkingu od razu wiadomo, który samochód jest nasz.


Ostatnie promienie słoneczka - gdzie ten Palmwag....


O! Toż to kudu?! A łyżka mówi...


...niemożliwe! To żyrafa!


Star Trails. Dobranoc!!!!



1 XI - Od Palmwag...
        ...po Purros Camp!

Długi dzień bo musimy dojechać do Purros. Słynnego campu na terenach Himba gdzie roi się od pustynnych słoni. Nasze plany to właśnie dotarcie na camp i dwa noclegi na nim. A z zajęć to szukanie słoni i odwiedziny u Himba.

***

Początek dnia to tankowanie i długi C43 grawel. Urozmaiceniem jest większa liczba zwierząt. Żyrafy, zebry, mniej znane gatuki antylop. Krajobrazy fajne, ale droga długa. Na obiad zjeżdżamy 6 km w bok kamienistą drogą do Ongongo River Hot Springs. Super camp w korycie kamienistego potoku, którym płynie woda! Zjazd na camp hard core po głazach i przez rzekę. Po co się telepaliśmy? Dla dzieci! Na campie jest naturalny wodospad ok 5 m wysokości. Pod nim miebieska woda w kilkumetrowej misie skalnej. Co dzieci na to? Pieją z zachwytu i nie wychodzą z wody. Zmieniamy się przy nich robiąc obiad aby nie wpadło im do głowy coś....

***

Wyjeżdżamy rozleniwieni obiadem i upałem sakramenckim. Kolejny cel to Sesfontein. Dawny niemiecki fort a obecnie hotel pozwala trochę przenieść się w czasy pokazywane na filmach z Legią Cudzoziemską. Fort tonie w kwiatach co pozwala zapomnieć o jego militarnej przeszłości. Tankujemy się na max bo przed nami droga do Purros. Musimy mieć paliwo na szukanie słoni, wyjazd do Himba i jak się da drogę w górę. Wrócimy do Wybrzeża Szkieletowego od strony lądu w jego zamkniętej strefie, odbijemy się od granicy parku i skierujemy się w Kaokoland do Orupembe. Stąd już "prosta" droga na Opuwo. Ale to plany na przyszłość.

***

Najciekawszy był ostatni fragment drogi do Purros. Samochód płynął w morzu płowych traw. Wokół stadka wielkorogich krów należących do Himba. I wreszcie rozjazd przed Purros. W lewo do wsi w prawo na camp. Wieś odwiedzimy jutro. Dziś jedziemy znaleźć nasze miejsce noclegowe. Wita nas Bertus - akurat ma dyżur i należy do ludzi, których człowiek lubi od pierwszego spojrzenia i uścisku dłoni. Wszelkie formalności załatwimy jutro. Dziś umawiamy się co też możemy jutro zrobić i co chcemy. Od rana będziemy tropić słonie, a po południu pojedziemy do wioski Himba.

***

Zdjęcia...



Palmwag - tankowanie na początek dnia.


Graweli kilometry ciągną się przed nami...


Czyżbyśmy brali udział w wyścigach antylop?


Jak lew jest królem to żyrafa powina być z racji swojej dostojności królową.


Zebry to też w sumie siła spokoju w porównaniu do neurotycznych antylop.


Pierwsze stylowe wioski.


Jedziemy do wodospadu. Po drodze małe sklepiki z pamiątkami.


Sprzedawcy to dzieci pasące w pobliżu kozy.


Chłopcy badają teren i znajdują....


...swój mały raj.


Fort Sesfontein.


Bank? Nie! Sklep z piwem i winem....


Staś łatwo łapie kontakt z dziećmi.


Tankowanie na maxa w Sesfontein.
Benzyny musi wystarczyć do Opuwo.


Piękna krajobrazy w drodze do Purros.


Piaskowy gravelek.


Stas uwielbia kierowanie, bardziej niż Michałek.


Wreszcie w Purros pod kolejną "naszą" akacją.


Ja i Bertus - nasz przewodnik na jutro.


Wspaniałe toalety wkomponowane w.... drzewa!


Wieczorne ognisko.



2 XI - Pustynne słonie...
        ...i wioska Haimba!

Rano tropimy pustynne słonie. Niesamowite uczucie widzieć te piękne zwierzęta tuż obok nas. Tuż dosłownie bo z campu zrobiliśmy raptem 500m piaszczystą drogą i spotkalismy pierwszą dwójkę. Nawet trochę się cofamy, aby ich nie niepokoić. I tak jesteśmy raptem 30 metrów od tych olbrzymów. Słonie poruszają się z taką gracją i z taką precyzją zrywają upatrzone gałązki, że zawsze budzi to w nas zdumienie. Słonie oddalają się w gęstwinę - jedziemy dalej. Tym razem żyrafy, które będziemy spotykać dziś dość często. I znowu słonie. Kręcimy się w plątaninie dróg lub jeździmy wyschniętym korytem rzeki. W końcu Bert zarządza wjechanie w dolinę flankowaną stromymi skałami. Jest tu woda, która po kilkuset metrach znika. To Hoarusib River. Płytkie rozlewiska pokonujemy z dużym rozbryzgiem. A jedziemy w górę rzeki aby spotkać mamę słonicę z małym. Widzimy trochę ciekawych ptaków w tym stadka gęsi. Pawiany pasące się trawą i uciekające przed nami na ściany kanionu, którym jedziemy. W reszcie stop! Bert zaniepokojony mówi, że słonica poszła gdzieś dalej ale za to stoimy nad świerzutkimi śladami lwa. Jest tu samiec i 3 samice więc lepiej ich nie drażnić. Tym bardziej, że samiec podobno się nie boi i jest bardzo agresywny. Wracamy doliną rzeki pokonując liczne brody lub jadąc po wodzie długimi odcinkami.

***

Acha! Byłbym zapomniał - mamy pierwszą gumę! Cichy syk i mamy flaka. Szczęśliwie to tylko malutka zwykła dziurka jak od gwoździa. Wracając wstępujemy do Purros. Zostawiamy u miejscowego specjalisty koło. Odbierzemy, je po południu lub wieczorem. Musimy tylko flaka napompować kompresorem aby można było postawić diagnozę gdzie jest dziurka.

***

Po południu wizyta u Himba. Jest w pobliżu ich wioska. Niestety to typowy family "Himba" business czyli wioska, w której wiele miejsca zajmują stragany z pamiątkami. Ale jak na piersze spotkanie z Himba jest OK!. Tu mamy "prezentacje" ich codziennych czynności takich jak mielenie ochry i przygotowanie brązowo-czerwonej mazi, którą smarują swoje ciała kobiety. Wędrujemy od chaty do chaty, robimy zdjęcia i kiedy się już nasyciliśmy wracamy na camp. Ognisko. Kolacja. Jutro daleka droga do Opuwo i Wodospadów Epupa.

***

Zdjęcia...



Tuż za campem pierwsze słonie.


Nasz bohater w całej okazałości bez obcych krajobrazowo
elementów (samochód).


Akacja nie ma szans mimo 5 cm kolców.


W suchym korycie rzeki raptem kilometr od gór
gdzie wypływa na równinę.


Żyrafy.


Gęsi.


Wracamy z dokładnym myciem samochodu.


W Purros zostawiamy koło do naprawy.


Szukamy dziury.


Zainteresowana co też robimy przyszła pani w tradycyjnym
stroju Herrero nawiązujacym do wiktoriańskich tradycji.


Z wizytą w wiosce Himba.


***


***


Przygotowywanie ochry - najważniejszy kosmetyk kobiet Himba.



"Wytwórnia" pamiątek dla turystów.


Ani włosy wzbudzają duże zainteresowanie.


Łucja, Ernest i Ninka wewnątrz chaty z naszym przewodnikiem
opowiadającym o zwyczajach Himba.


Najstarsi mieszkańcy wioski. Skarbnica niepisanej wiedzy
o rodzinie i tradycjach.


***


***


***


A to zdjęcie dedykujemy Michałowi Kochańczykowi... ;-)
Przekazaliśmy jej pozdrowienia i info, że u Ciebie wszystko OK!


Pełni wrażeń wracamy do naszego campu pod akacją.



3 XI - Z Purros pod Wybrzeże Szkieletowe...
        ...i dalej w kierunku Opuwo!

Z Purros zamiast wracać tą samą drogą jedziemy w górę. Ma być trudno jest średnio. Pierwsza rozerwana opona. I to takim zwykłym gravelu. Relacja Ernesta i Łucji jest zgodna - walnęło jak z armaty. Dziura z 10 cm, opona do kasacji. Męczymy się z wymianą bo jakoś pechowo brakuje centymetra do włożenia zapasu. Spuszczać powietrza też nam się nie chce. Używamy drugiego podnośnika i poszło. Droga ma faktycznie grubą tarkę, ale opisy były takie, że to to horror??! Nasze wątpliwośći w prawdziwość relacji wzbudzał też fakt, że to nie off road ale zwykła D3707.

***

Droga ciekawa. Cieszymy się, że nie musimy wracać do Sesfontain. Dłużej, ale naprawdę ciekawie. Stado oryksów, powrót krajobrazu z Wybrzeża Szkieletowego, który po chwili zostawiamy dokładnie za sobą. Droga wykręca o 90 stopni i jedziemy przez morze żółtych traw. Horyzont wyznaczany pasmami gór. Bardzo ładna trasa. Jej półmetek to Orupembe. Trochę koniec świata. Centrum wioski składającej się z kilku domów stanowi sklep. Zaopatrzenie w jedzenie niewielkie, ale konserwy są. Jest też duuuuuża lodówka i zimnym piwem. Przychodzi kilka Himba. Gadamy i wymieniamy uśmiechy, prawie już jesteśmy przyjaciółmi. Częstujemy kobiety herbatnikami na dalsze przełamanie lodów. Zadowolone bardzo. Jedna patrzy łakomie na piwo i pokazuje, że też by chciała. Ania oddaje jej swoje, stukam się z nią butelkami i pijemy do dna... Na zdrowie!

***

Jedziemy dalej. Teraz fragment górski. Silniki na 2 biegu wyrażają swoje niezadowolenie, ale później zjazd i równina. Coraz więcej wsi im bliżej Opuwo. Więcej ludzi wędruje drogą. Spotykamy kobiety Herrero. W swoich strojach wyglądają jak kwiaty pustyni. Szczególnie gdy widzi się je w z oddali na pełnej pyłu szarej drodze.

***

Chcemy zatrzymać się przed Opuwo na nocleg, ale jakiś lokalny camp z racji ogrodzenia został wykorzystany na zagrodę dla bydła. Wszystko tonie w qpach krowich, kozich, itd.... Miejsce nie kwalifikuje się na nocleg. Jedziemy dalej. Jest małe wzgórze z prawej strony drogi. Chcemy się za nie schować, aby nie rzucać się w oczy z drogi, ale miejsce po drzewami to istny skład kup wszelakich. A i niedaleko wioska. Jedziemy. Słońce już nisko ale lustrjemy pilnie krajobraz. Widać stare zagrody, ziemia wyjałowiona, nie ma kup i pasterzy, którzy przenieśli stada dalej. I małe wzgórze ze skałkami, za którym mamy osłonięte miejsce na biwak. Ognisko i kolacja kończą dzień.

***

Zdjęcia...



Znowu w trasie.


Centrala! W aucie Ernesta mamy problem...


Chłopcy pomagają w wymianie koła a Ninka....


...odrabia lekcje w cieniu otwartych drzwi samochodu (to jedyny cień w okolicy!).


Chłopcy są przeszczęśliwi.


Zaraz zapas trafi na miejsce a oto...


...efekt wybuchu opony.


Oryksy pod Wybrzeżem Szkieletowym...


...które zostawiamy za sobą i samochody....


...jadą przez morze żółtych traw.


Orupembe o rzut beretem.


Centrum handlowo-kulturalno-wieloetniczno-spotkaniowe Orupembe
czyli sklep, wokół którego wszystko się tam kręci (i wszyscy).


Chłopcy uruchamiają skaner w oczach wykrywający łakocie
na półkach - zawiedli się....


A jak się pochyliłem głeboko nad lodówką - była pełna...


Łucja popija colę....


Ale Himba wolą się stuknąć się ze mną butelką piwka...


...i wznieść toast za zdrowie i przyjaźń!


Ania przerobi chyba swój warkocz na taki jaki mają Himba.
Na razie pobiera wiedzę fryzjerską przy każdej okazji....


Za Orupembe czas na etap górski.


A na równinie za górami pierwsze malownicze wioski.


Kwiaty pustyni...


....kobiety Herrero.


A oto jakie są dziś różnice w ramach jednej wioski.
Na pierwszym planie Himba, w tle Herero.


Mamuśki jak zwykle gadają o dzieciach.


Ania zawsze wzbudza sensację umiejętnością noszenia dzieci
w chuście. Jest to normalne na całym świecie tylko marketoidy
wbiły w głowę tzw. społeczeństwom rozwiniętym, że trzeba mieć wózek.



Michałek z krzyształami po których tutaj się.... jeździ.


I kolejne różnice kulturowe. Matka z córką i wnukami.


Na biwaku chłopcy kolację zjedli w rekordowym czasie.


Dobranoc!



4 XI - Od Opuwo...
        ...po Epupa Falls.

Namibia coraz bardziej dostępna. To mój wniosek po drodze do Epupa Falls. Wszyscy mówili, że nie mniej niż 4 godziny. Dojechaliśmy w dwie i pół.



Ale najpierw jedziemy do Opuwo. Widać zbliżanie się miasta i w ilości i wyglądzie wiosek. Mniej tradycyjnych chat a więcej czegokolwiek co da się wykorzystać do budowy domu. Blachy, plastik, karton. Na przedmieściu mamy klasyczny slums. To domy koczowników, którzy przybyli tu i jak na razie pozostają szukając szczęścia.

***

Widok ulic Opuwo jest dość szczególny. W architekturze następuje to co nazywa się w Warszawie "raszynizacją" przedmieścia. Architektura od sasa do lasa i pełno różnych zakładów usługowych, sklepów z produktami dla lokalsów. Jak się popatrzy na ludzi to naprawdę można się zdumieć. Przed swoim warsztatem samochodowym dobrze ubrany właściciel gada przez komórkę. Przed nim defilują prezentując swoje śliczne biusty Himba zmierzając na lokalny targ lub do supermarketu. Dwójka dzieci w nieskazitelnie czystych mundurkach wraca ze szkoły. Ochroniaż przegania obdartych żebraków chcących coś dostać. A resztę wolnego miejsca wypełnia kolorowy tłumek ubrany często jak ze szmateksu ale z takimi rodzynkami jak niesamowicie kolorowe kobiety Herero w swoich tradycyjnych wiktoriańskich strojach. Wieża babel, poplątanie z pomieszaniem.

***

Opuwo jest męczące dla tych, którzy mają małą odporność na nagabywania dziesiątek ludzi. Od zwykłych żebraków przez stada dzieci, sprzedawców czegokolwiek po ubrane tylko w kusą spódniczkę sprzedawczynie pamiątek z plemion z pogranicza Angoli majace swój stragan w wielkiej miednicy lub koszu na głowie.

***

Dla nas układ zabudowy Opuwo jest idealny. Razem zblokowane: stacja benzynowa, sklep dla rolników sieci Agra, małe pawiloniki kryjące m.in. kafejkę internetową i supermarket OK! Na tym niewielkim odcingu przewalają się dziesiątki ludzi. Inni okupują cień po wszystkimi drzewkami na parkingu. Wrzucamy kawałek uzupełnionego bloga na serwer, robimy zakupy w supermarkecie i jedziemy na obiad. A tymczasem...

***

Ernest z Łucją walczą z wasztatem o oponę, nową dyszę do butli gazowej i lodówkę, która po naprawie w Swakopmund padła bo świeci i udaje pracę ale nie chłodzi. Za oponę chcą z 500 N$ niż się należy co dowiadują się po konsultacji z Camping Car Hire. Kiedy wracamy po obiedzie w ostatnim momencie by zdążyć dojechać do Epupa Fall są w środku walki i właśnie wymontowują lodówkę. Decyzja zapada szybko - my musimy jechać i zrobić zdjęcia wodospadów, które są oświetlone tylko po południu. Ernest z Łucją zostają w Opuwo w rewelacyjnym Opuwo Country Hotel (z basenem w którym Ninka szaleje razem z chłopakami) i gdzie zajeżdżamy na obiady. Jutro o 13.00 mamy się spotkać i jechać do Etoszy.

***

Pędzimy ile nam dali koni mechanicznych. Droga rewelacyjna. Gravel ale gładki, widać, że nowo zrobiony. Straszyli nas, że droga będzie straszna i będzie trwać minimum 4 godziny. Setny kilometr jest pięknie. Okangwati - baza drogowców, wreszcie jakieś 30 km od wodospadów droga wspina się na przełączkę i wyłażą kamienie, robi się wąsko. Widać, że tu jeszcze nie doszli z maszynami ale jak później rozmawiamy do Epupa będzie nowa droga. Czas dojazdu będzie max 2 godziny!

***

Dojeżdżamy w ostatnim momencie by zrobić zdjęcia. Nowy element krajobrazu to.... baobaby. Niewielkie bo niewielkie ale piękne. Wiele baobabów rośnie na skałach opadających w gardziel wodospadu. Wody mało ale dzięki temu daje się zobaczyć ten wodospad w całości. Dochodzę na grzebień skalny o dwa metry od progu wodospadu. Rzeka zwęża się tu do półtora metra i spada ponad 30 m w dół między pionowe, a często nawet przewieszone skały. Wyciągam rękę z aparatem jak najdalej za próg skalny i na ślepo robię zdjęcia. Dopiero teraz wiem co jest pode mną.

***

Wieje silny wiatr. Przestawiamy samochód przed rozstawieniem namiotów aby nie wiało nam prosto w moskitierę. Jesteśmy na granicy z Angolą. Strefa malaryczna. W apteczce na wierzchu leży Malarone - nasza profilaktyka i leczenie malarii. Komarów jednak nie ma bo jeszcze się nie wykluły i nie napiły zakażonej krwi (miejscowi mówią, że tu malarii nie ma od 2 lat). Chłopcy na ostatnim wyjeździe do Azji z profilaktyki antymalarycznej zrobili sobie jedną z zabaw (leki łykali z dżemem). Teraz muszą poczekać - na Caprivi Strip jest malaria więc jeszcze będzie czas na Malarone;.

***

Camp jest fantastycznie położony. Nasz samochód jest raptem niecałe 100 m od wodospadu. Oczywiście obchodzenie oczek wodnych i wspinaczka po grzebieniach skalnych trochę zajmuje czasu, ale jest bosko. Miejsce przypomina nam trochę Rhino Camp chociaż tu nie pod akacją, ale pod palmami i baobabem mamy biwak. Obok pryszniców śmieszne kolumnowe piecyki gdzie tli się ogień na kawałkach liści palmowych - mamy ciepłą wodę! Wiatr przestaje wiać i robimy grila. Pieczemy śmieszne tutejsze kiełbaski, króre chłopcy bardzo polubili. Po upieczeniu są suche, łamliwe ale smakują znakomicie. Idziemy spać bo jutro trzeba wstać rano. Po pierwsze jedziemy odwiedzić wioskę Himba a po drugie czekają w Opuwo Ernest z Łucją i Ninką. Dobranoc...

***

Zdjęcia...



Nasz biwak przed Opuwo.


Michaś eksploruje okolice.


Metropolia Opuwo - przed nami jedzie auto Łucji i Ernesta.


Ulice Opuwo.


Opuwo - internet. Upload completed!


Mr Stanley - co pan kupił? Paragon poproszę... Proszę!
Cukiereczki!


Kościół w drodze do Epupa Falls.


Epupa - camp pod palmami i baobabem 50m od wodospadu.


Epupa Falls.


Z przewieszonej skały spojrzenie w gardziel wodospadu.


Dolne katarakty.


Nowa koleżanka.


Jeden z wielu w okolicy baobabów.



5 XI - Powrót do Opuwo...
        ... i ...

Rano przychodzi nasz przewodnik. Jak to się mówi "odpicowany" Kapelusz tak, ale koniecznie jasny z dobrego materiału nie jakiś afrykanerski, jasny strój, bogato rzeźbiona laska... Jak z obrazka pt. afrykański dyktator robi wrażenie nawet na nas. Wioska jest raptem 7 km od campu. Za nami jadą jeszcze dwa samochody. Umawiamy się, że będziemy w wiosce do ok. 10 rano. Później musimy wracać do Opuwo i dalej jechać w kierunku Etoszy.

***

Dojeżdżamy do wioski. Tradycyjnie zatrzymujemy się i czekamy na zaproszenie. Jest to tradycyjna wioska chociaż dobrze znana turystom. W odróżnieniu od tej pod Purros rodzina Himba tu faktycznie mieszka, hoduje krowy i poza drobnymi elementami jak metalowy kubek nie mają wielu rzeczy przeniesionych z naszej cywilizacji. Oczywiście wprawne oko dostrzega po pewnym czasie komórkę u pasa wodza... ;-) Generalnie Himba są tu bardzo sympatyczni i naturalni. Szybko tracą zainteresowanie turystami i zajmują się sobą. Z nami są jeszcze Niemcy i Francuzi. Nawet dobrze, że nie jesteśmy sami bo zainteresowanie dzieli się na wszystkich i rzadko kiedy wzrok ich skupia się na naszych obiektywach. Z każdą chwilą czujemy, że dzięki temu, że z każdym się witamy i traktujemy z należnym szacunkiem zdobywamy ich sympatię.

***

Chłopcy szaleją z dziećmi Himba. Najlepsze miejsca to spichlerz i mały coral. Zabawy to wiszenie na drągu. Ganianie dookoła chaty. Ujeżdżanie beczki, itp.... Wielkim zanteresowaniem cieszył się malutki szczeniaczek do momentu kiedy go tak zmęczyli, że piszcząc wezwał na pomoc mamę. Suka widząc, że nie da się inaczej uspokoić zbójów złapała Michałka za spodenki i pupę. Michaś tak się przeraził, że pieski omijał szerokim łukiem. Ujęło nas zainteresowanie starszyzny, która sprawdzała czy wszystko jest w porządku i czy nie został przypadkiem ugryziony. Suka potraktowała go jak nieznośnego szczeniaka. W wiosce był też kot popisujący się wspinaczką na spichlerz.

***

Odwiedzamy wszystkie chaty. Na koniec przeglądamy jakie mają pamiątki na sprzedaż. Kupujemy biżuterię Himba w ludzkiej cenie w odróżnieniu od cen nieludzkich jakie były w Purros. Żegnamy się serdecznie z wodzem i jego żoną i z tymi, u których w chatach spędziliśmy więcej czasu. Jeszcze rodzinna fotografia z wodzem i czas wracać do Opuwo.

***

Planowaliśmy spotkanie z Łucjąi Ernestem (którzy wybrali naprawęlod owki i opony oraz wolność przy basenie zamiast jazdy do Epupy) w Hotelu Opuwo o 13.00 i wjechaliśmy na parking o 13.00. Jak na długą dość trasę z piknikiem pod baobabem niezła punktualność. Ernest z Łucją mają wreszcie działającą lodówkę i nową oponę i podobno naprawioną klapę tylną. Podobno bo nadal się otwiera więc ekspander konieczny nadal. Internet, szybkie zakupy i jedziemy. Czeka na nas Etosza, do której mamy jeszcze jeden nocleg i to ciekawy bo na fermie gepardów. Droga nas zaskakuje bo od Opuwo tniemy świetnym asfaltem ile się da wycisnąć z silnika. Chyba będę miał odgniot na stopie. Muszę poszukać jakiegoś kamienia, który będzie robił za tempomat ;-)

***

Dojeżdżamy o zachodzie słońca już po karmieniu zwierząt, ale właściciel obiecał nam, że jutro pobawimy się z oswojonymi. Tradycyjna kolacyjka i grill. Dobranoc!

***

Zdjęcia...



Wioska Himba.


Staś indywidualista.


Dzień Dobry Pani!


Konkurs wiszenia na spichlerzu.


Trochę scenek z wioski...


***


***


Ania ogląda biżuterię Himba.


Pieczołowicie rozczesywane grzebykiem końcówki włosów.


Panowie gadają o polityce (Wiesz Obama będzie prezydentem....)...


...i grają (No to zagrajmy blusika z delty Missisipi...).


Co obserwują dzieci?


Stasia, który znalazł kijaszek i chce zostać pastuszkiem.


Tu beczka jeszcze blokuje wejście...


...a tu gotowa do ujeżdżania.


Zaglądamy do wnętrza chat - babcia z wnukiem.


***


Ktoś się bawi z nami w chowanego - Nie widzicie mnie!


Widzicie! Sięgam od słupka do słupka!


Gudi gudi malutki!


Szczeniak - przyczyna kłopotów Michałka.


Mam dzidę!


Tak się napatrzyłem,...


...że aż mi się apetyt zaostrzył!


Szef wioski zadowolony z naszych zdjęć!


Dary dla wioski.


Z szefem wioski - wymiarami jesteśmy bardzo do siebie podobni.


Rodzinna fotografia.


Wracamy do Opuwo. Cmentarzyk przy drodze.


Opuwo - targ. Chłopcy pożyczyli zabawkę od jednego z chłopców.


Sprzedawczynie pamiątek.


Targ w Opuwo pani Herero zaprzyjaźnia się z Ninką i Łucją.


Po znakach widać, że jesteśmy coraz bliżej Etoszy.


Jak na bramie wisi napis: "DONT ENTER RING BELL!" to pomimo braku
kłódki lepiej nie wchodzić. Zobaczcie kto stoi za bramą poza psem!



6 XI - Od gepardów przez trąbę powietrzną i burzę z piorunami...
        ... oraz ulewę w Etoszy i nosorożce nocą oraz nieszczęścia Michałka.

Poranek na farmie spokojny. Nie spieszy nam się... chociaż... Podkęcamy tempo bo mamy przecież zobaczyć gepardy. Jesteśmy spakowani z campu jedziemy pod bramę z ostrzeżeniem by nie wchodzić tylko dzwonić. Jest syn właściciela i dostajnie przygodzi gepard i kundel, który uważa się za gwiazdę - gad jeden! Oczywiście chłopcy bardziej nż geparda boją się psa. Pies to pies. A gepard to kotek, a że duży,....

***

Wszystko było cudnie do momentu kiedy Michaś zamiast być obok nas odszedł w bok. W pewnym momencie..... wrzask straszliwy! Kiedy się odwrócił zobaczył biedak nad sobą pysk geparda patrzącego nań z zainteresowaniem. Przyszedł drugi i zaskoczył Michałka. No i niestety dla niego kontakt z gepardami się skończył. Poszedł bawić się obok samochodu. Stała tam piła i jakieś inne stare maszymy więc cieszył się bardzo!

***

Fotografujemy i bawimy się z gepardami i nagle.... kolejny wrzask Misza! Trzeci gepard? Nie! Żyrafa. Tzn. żyrafka.... no taki osesek żyrafi ze 4.5 m wysokości. Przyszła zobaczyć co Michałek i Staś tam robią... Staś kocha żyrafki, ale Miszu po spotkaniu 3-go stopnia z gepardem ma dość zwierząt i chowa się do samochodu.

***

Skoro pojawiła się żyrafa dostajemy instrukcję jej obsługi. Można np. dać jej jabłko. Ale aby za szybko z nim nie uciekła to my trzymamy je bardzo mocno a ona oszczypuje je przednimi ząbkami. Można dać żyrafie kciuk do ssania. Efekt taki jak włożenie do silnego odkurzacza tyle, że jesteśmy jeszcze nieźle obślinieni. No ale to przecież dzidziuś!!! Michałek się oswoił i nawet razem karmimy żyrafę jabłkami a Staś jak to Staś... Kocham żyrafki!

***

Z farmy długa droga do Etoszy przed nami. Po drodzie Outjo - zakupy, internet (a guzik, padł bo była burza... TelekoPromitacja też tu działa...), tankowanie i jazda dalej...

***

Etosza przywitała nas niezwykle. Najpierw była trąba powietrzna niosąca tyle kurzu, że powietrze było białe jak mleko, później ulewa i burza z piorunami. Akurat cały spektakl spędziliśmy pod dachem restauracji patrząc tylko czy wyrwany z posad wielki parasol kryty trzciną nie potoczy się na nasze samochody.

***

Mieliśmy trochę zamieszania przy wybieraniu miejsca na campie bo to "z rozdzielnika" nie podobało nam się. Przeszliśmy się z Ernestem notując nasze propozycje i panie w recepcji zmieniły nam alokację. Mamy super miejsce nr 25 tuż niedaleko oczka wodnego więc wieczorem mamy ułatwione zadanie dojścia na zdjęcia i ew. szybkiego powrotu jakby się chłopcy obudzili. A chłopcy byli na basenie ale wypędziła ich z niego.... burza z piorunami. Ale czad! Skomentował Michałek. O dziwo się wszystko powoli uspokoiło i wieczór był piękny.

***

Ponieważ palemek zabrakło więc rezygnujemy z drinków z palemką na rzecz pysznego południowo afrykańskiego wina i zasiadamy na ławeczkach raptem o 100 m od oczka wodnego. Aparaty na statywach wszystko gotowe i... nic. Jeden, dwa szakale, młada zebra bojąca się od godziny podejść do wody. Ale wreszcie nadczodzi właściwa godzina. Przychodzą żyrafy i dają balecik pod nazwą "Jęziorko Zwięrzęce - wodopój żyraf". Ci co to widzieli nie mogli powstrzymać się ze śmiechu. Trzy żyrafy w rozpaczliwym rozkroku przednich nóg aby dosięgnąć pyszczkiem wody. Środkowa podnosi głowę w górę - dwie mają w dół. Środkowa opuszcza podnosi lewa i ona po chwili w dół a głowa prawej jak peryskop okrętu podwodnego lustruje okolicę. Napiły się i powoli nikną w ciemnościach. Jeszcze słychać stuk kopyt na kamieniach. Poruszenie wśród obserwujących. Cień materializuje się w postaci wielkiego nosorożca. Patrzymy jak pije i nagle spotrzegamy już blisko jeziorka jeszcze dwa nosorożce matkę w wyrośniętym dzieckiem. Rodzice "małego" chyba się nie lubią bo prawie dotknęli się rogami obfukali i poszli pić w dwa końce waterhola. Kiedy odeszły bardziej udało nam się wyostrzyć słuch i doszły nas porykiwania, które słychać było od dawna jak okrążały camp. Teraz czas było na występ gwiazdy. Pewny krokim do oczka wodnego na samym jego środku zjawił się król zwierząt - lew. Pił bez pośpiechy a wszekie inne zwierzęta stały z szacunkiem w oddali. Kiedy się nasycił bezszelestkie oddalił się w mrok. Jednak długo żadne zwierzę nie chciało podejść jakby wciąż widząc w jeziorku odbicie lwa w wodzie. Wreszcie czas na artystki w biało czarnych strojach - stado żyraf. Widzimy je podwójnie. Raz normalnie i dwa odwrotnie w wodzie. Spektakl przy jeziorku obserwowaliśmy do północy, ale jutro też dzień i trzeba wstać raniutko.

***

Zdjęcia...



Poranek na farmie. Dziś do Etoszy?!


Staś mimo ostrzeżeń biegał boso i mamy kolec do wyjęcia.


Gepadrd lisen to mi... to są goście z Polski - bądź grzeczny....


A to widok jaki przeraził Michałka!


Słuchajcie, zaraz przyjdzie tu Ania! Skupcie się... pozujcie....


Trzy gracje.


Gepardy liżą ręką Ani...


Kolejny widok jaki przeraził Michałka!


Staś kocha żyrafki od pierwszego wejrzenia....


...Michałek od drugiego ale szczerze! I miś MakuMaka też.


Skarmiamy żyrafę do ostatniego jabłuszka!


OK! Masz kluczyki i Ty prowadzisz!


Czy te oczy mogą kłamać.... chiba nie...


Początek pory deszczowej...


...chłopcy zachwyceni (ale będą kałuże), ja mniej (ale ślisko!)...


Jesteśmy w Etoszy...


...co nam przyniesie?...


Okaukuejo - nasz pierszy łoterhol....


...i jego wielbiciele.... mama z małym...


...tata...


Ciocie żyrafy....


...idealna synchronizacja!!!


The King!


Żyrafy tym razem jako zombi! Dobranoc!



7-9 XI - Etoszy dzien powszedni: rano wstać, w południe...
        ... odpoczywać, wieczorem drink z palemką nad waterholem.

Tak to w Etoszy jest, że o wschodzie słońca powinno już być się w samochodzie. Później, kiedy słońce wystrzelone nad widnokrąg jak z procy jest już wysoko wraca się na camp. Chłopcy pławią się w basenie, ja zgrywam zdjęcia, Ania planuje kolejną trasę na popołudnie. Ok. 16.00 trzeba ruszać - popołudniowe słońce jest cudne i zwierzęta ciągną do "łoterholi". Po powrocie na camp. kolacja i spektakl przy oświetlonym wodopoju. Oczywiscie każdy camp ma swoje oświetlone jeziorko-wodopój. Wszyscy chodzą niewyspani, ale szczęśliwi jeżeli widzieli jakieś ciekawe zwierzaki.

***

Sytuacja w Etoszy dla nas jest trudna bo po deszczu jest pełno wody i zwierzęta nie korzystają z oczek wodnych, ale rozproszyły się po terenie parku. Z drugiej strony najwięcej wody jest na.... drogach. W utwardzonym dobrze gravelu woda stoi i paruje, a nie wsiąka jak w piaszczystą ziemię obok drogi. Na drodze plączą się więc żyrafy i zebry. Piją wodę ptaki.

***

Poruszanie się po Etoszy jest ściśle określone.
  • Po pierwsze: bramy campu są otwierane o 6.15 i zamykane o 19.00.
  • Po drugie: szybkość max 60 km/h bo takie antylopki jak springboki mogą wskoczyć tuź przed samochód.
  • Po trzecie: nie wolno wysiadać z samochodu! Lwy są wszędzie! A ponadto zwierzęta nie reagują za bardzo na samochód a na widok człowieka i owszem - uciekają lub atakują.

***

Czy mieliśmy jakieś fajne sytuacje w Etoszy związane ze zwierzętami? Tak i to dwie.
  • Kiedy dotarliśmy do jednego z oczek wodnych Ernest z Łucją i Ninką właśnie odjeżdżali. Po krzakiem jest lew! Zobaczcie go! (zagadała krótkofalówka).
    OK! - podjeżdzamy, cztery samochody czyli tłok jak na Etoszę i jeszcze jedzie overlander. Stajemy z prawej strony krzaka i patrzymy. Oczy nam wyczodzą na wierzch a lwa nie ma. Robimy rundkę po parkingu i pytamy: Where'is the lion?
    Near the bush! No dobrze! Stajemy znowu w prawej strony krzaka na krawędzi takiego obrywu skalnego z metr wysokiego i patrzymy. My nic nie widzimy a wszyscy turyści gapią się w naszą stronę i setka zebr i springboki... Idiotyczna sytuacja! Wreszcie widzimy coś! Pełznie ponad dwumenrowy wąż i znika pod obrywem - może wypełznie do nas lub wykurzy lwa. Odjeżdża overlander stojący po drugiej stronie krzala. Ludzie gapili się na nas i robili zdjęcia - koszmar. Parkujemy z lewej strony krzaka i nagle pojawia się spod tego krzala wielki łeb z grzywą. Potężny samiec leży 4 m od nas pod krzakiem i od czasu do czasu unosi głowę. Wtedy go widać i zebry oraz springboki odskakują na bezpieczniejszą odległość chociaż władca leży od nich ok. 100 m i nie zwraca specjalnie uwagi. Oczywiście to zachowanie było z góry ukartowane. Kiedy potężny samiec absorbował uwagę stada zwierząt od tyłu podkradała się samica. W pewnym momencie samiec wstał nam przed maską i niespiesznie ruszył w kierunku jeziorka. Zwierzęta rzuciły się do panicznej i dla nas niczym nie uzasadnionej ucieczki. Okazało się, że zaatakowała samica powalając jedną z zebr zaskoczonych atakiem z tyłu. Samiec widząc co się stało poszedł jej pomóc bo zebra jeszcze się ruszała próbując się wyrwać ale przy dwójce lwów nie miała szansy - uścisk szczęk samca na szyi szybko zakończył jej życie.

  • Po Okaukuejo przenosimy się na camp Halali. Mniejszy, kameralny. Ale przy wodopoju zwierząt nie stwierdziliśmy. Jeździmy więc po okolicy i fotografujemy portrety kudu, zebr,... nuda... aż nagle! Słoń!!! Wreszcie jest jakieś 100 m przed nami - robimy zdjęcia, ale szybko znika w zaroślach. Jedziemy dalej, skręcamy w jedną z wielu dróg i nagle! Słonie! Dwa samce baraszkują a raczej symulują walkę. Splatają się trąbami, stukają kłami i przepychają - za nimi cztery samochody, zablokowane.
    Podjeżdżamy i cofamy się aby nie stać się celem czyli workiem treningowym dla nich. Chłopcy patrzą rozentuzjazmowani! Słonie - tuż obok, szczęśliwe, na wolności.
    Dwa osiłki zeszły na bok coś zjeść i samody przejechały jadąc na camp. Zaczynało się zmierzchać. My wręcz przeciwnie minęliśmy słonie waczące z drzewem i nagle coś rusza się w krzakach. Słonica z małymi - idzie równolegle do gravela. Odjeżdżamy kawałek, drzewa odchodżą od drogi i okazuje się, że droga słoni delikatnie krzyżuje się z naszą. Pojawiają się kolejne. Znowu słonica z małymi to już osiem i te dwa osiłki to dziesięć, ale z zieleni wyłaniają się kolejne, mamy już ponad dwadzieścia a my w środku. Nie wiadomo gdzie uciekać. Jak jakiś bardziej nerwowy zbliża się cofamy się powoli chociaż staramy się stać w miejscu. Widzimy ich czujne spojrzenia. Trzydzieści... Ponad czterdzieści! Tak! Ponad czterdzieści słoni!!! Jesteśmy w szoku. Zapada coraz szybciej noc. Wracając widzimy jeszczę spóźnioną słonią rodzinkę z trójką młodych. Długo nie możemy ochłonąć.

***

Co więcej o Etoszy? Jest kilka miejsc, które nas urzekły. Oczywiście miejsce występowania zwierząt najbardziej ale jednocześnie... Sprokieswood... las drzew, które Bóg zasadził odwrotnie - korzeniami do góry... Roztargnienie?... ;-)

***

Dla dzieci z jednej strony Etosza to nuda - cały czas w samochodzie, z drugiej oznacza wczesne powroty na camp i pławienie w basenie. Chyba są tu jednak szczęśliwe ale... Należy pamiętać o zakazie wychodzenia z samochodu. Gdyby ktoś na parkingu przy oczku wodnym chciał wysiąść z samochodu i zrobiś siusiu.... prosto na głowę lwa....

***

Oczywiście niewiele osób wytrzyma w Etoszy bez siku i miam mniam... Są liczne miejsca piknikowe otoczone wysoką siatką i bramą, którą należy bezwzględnie zamykać. Stoły, toalety do dyspozycji....

***

Zdjęcia to trochę przypadkowy misz masz z racji ogromnej ich ilości i braku czasu na wybieranie... CDN...

***

Zdjęcia...



To i następne zdjęcie dobrze ilustruje specyfikę geograficzną Etoszy.


Poruszamy się na obrzeżu wielkiego wyschniętego jeziora.


Jego powierzchnia jest spękana tak,...


...że wyschnięte osady na dnie dają się chłopcom wyjmować jak klocki Lego.


Trochę mieszkańców Etoszy...


***


###


Zebry są wszedzie...


...tarzają się...


...gapią się...


...piją...


...uciekają...


...i ponoszą straty.


Pozostał tylko "apel poległych"...


*


*


*


*


*


*


*


*


*


*


*


*


*


Śniadanko lub obiadek...


Drzewa rosnące korzeniami do góry...


Ekipa gotowa na wieczorny spektakl przy jeziorku.


Dwa osiłki.


Ale ci oddam!


O! Turyści!


Słonie wokół nas...


...i Łucji i Ernesta...


Początek pory deszczowej...


...i widoczne...


...lub mniej efekty.

Ciąg dalszy bloga....



"Przez Buszmenów do Zambii" - BLOG cz. 3



Do: BLOG cz. 1, BLOG cz. 2, strona główna portalu, menu świat, początek strony







Na skróty


...::: menu świat :::...

...::: strona główna portalu :::...


Diamenty

Aktualizacja Już z Warszawy - 3 XII


Przejechano: ponad 9000 km
Zdjęć: 809.


Elektrisity, pałer, prund Zapomnijcie o zestawach wtyczek "na 100% pasują na całym świecie" jakie oferują w sklepie dla idiotów.
Tu nie pasują. Tu trzeba przyjechać i kupić konwerterek. Kupić i przerobić obcinając ostrym nożem wszystko co blokuje dojście do dziurek dwóch.
Tych znanych z Europy. Dziurek do wsadzenia wtyczki. Naszej wtyczki.
Takie konwerterki są w każdym sklepie więc nie martwcie się o nie. Trzeba kupić przynajmniej dwa. Jeden taki który po (sorki) włożeniu jeszcze zostawia ichnie dziuki trzy. Wtedy my mamy pałer potrójny a i lamkę nocną w hotelu można podłączyć. I drugi co z trzech dziurek ich zostawia nasze dwie. Jak to złączymy w niezłe lego to mamy cztery razy po dwie nasze dziurki i notebooka oraz inne energo-żery można podłączyczyć.

Elektrisity, pałer, prund cz. II W Zambii zarazy mają bardziej do komonłelfu podobne wtyki ale inne niż w Namibii!!! Szczeg. będą podane w raporcie końcowym!!!


Kurz Prawdziwy King of the Road. Jak ci przeszkadza, że po całym dniu jazdy twoja torba podróżna ma kolor kawy z mlekiem a nie czarny weź worki na śmieci 120 litrów i pakuj biedaku bagaż do nich. Po paru dniach ci przejdzie. Jedno na co trzeba zwracać uwagę to cała elektronika i sprzęt foto - my mamy je w skrzyni Peli - zobacz opis w Poradach (w co pakować sprzęt). Ania pytała wynajmując samochód czy będzie "dust free box" na jedzienie. W odpowiedzi dostała mail TAK, ale w naszym kraju nic nie jest "dust free".