Ekwador – FERIE NA RÓWNIKU

Ameryka Południowa zamiast Afryki

Tęskniąc za słońcem i egzotyką tegoroczne ferie zimowe zamierzaliśmy spędzić w Etiopii, jednak po konsultacji z naszą dobrą znajomą Agnieszką Wroczyńską – lekarzem chorób tropikalnych i towarzyszką ubiegłorocznej podróży na Filipiny, z uwagi na bezpieczeństwo zdrowotne dzieci zmieniliśmy zupełnie plany i korzystając z ostatniego dnia promocji zakupiliśmy bilety lotnicze do równie egzotycznej, lecz pod wieloma względami bardziej bezpiecznej niż Afryka Ameryki Południowej, a ściślej do Ekwadoru. Skład wyprawy stanowili: moja żona Agnieszka, synowie: 20 miesięczny Filipek i 9-letni Andrzej, piszący te słowa, oraz nasz wieloletni przyjaciel i świadek na naszym ślubie, doświadczony globtroter i alpinista – zdobywca m.in. ośmiotysięcznika Gasherbrum II Bogusław Chamielec z Lubina.

Konsul, Polonia i Franciszkanie
Po 14 godzinach spędzonych w samolotach na trasie: Berlin- Madryt- Quito wylądowaliśmy w samym środku ekwadorskiej stolicy- około dwumilionowej metropolii wciśniętej pomiędzy okoliczne wzgórza o wysokości 2700-2850m. Na lotnisku po zupełnie przypadkowym spotkaniu Bogusława z polskim Konsulem Honorowym Panem Tomaszem Morawskim zostaliśmy zaproszeni na mszę św. , po której w czasie spotkania poznaliśmy kilkudziesięciu sympatycznych przedstawicieli ekwadorskiej Polonii oraz pracujących w 3 misjach w różnych częściach Ekwadoru polskich Franciszkanów, od których otrzymaliśmy zaproszenia do odwiedzenia ich placówek.

Galapagos – przyrodniczy raj kontra komercja
Priorytetem wyjazdu były dla nas wyspy Galapagos- rozsławiony przez Karola Darwina i jego teorię ewolucji archipelag 13 większych i kilkudziesięciu mniejszych wysp oddalonych około 1000 km od zachodniego wybrzeża Ekwadoru. Dlatego już następnego dnia po przylocie do Quito rozpoczęliśmy poszukiwania w miejscowych agencjach turystycznych przystępnego cenowo kilkudniowego rejsu po tym niezwykłym archipelagu. Niestety ceny 5- dniowych rejsów w ofertach last minute zaczynały się od 800 usd/ osobę, do czego należało doliczyć jeszcze po 525 usd/ osobę tzn. 415 usd za przelot z Ekwadoru na Galapagos, plus 100 usd bilet do Parku Narodowego (miejscowi płacą 6 usd), plus 10 usd za kartę turysty, co zniechęciło nas do tego stopnia, że postanowiliśmy zrezygnować z rejsu i zwiedzać ten archipelag na własną rękę. Na Galapagos spędziliśmy łącznie 6 dni, obierając za bazę miejscowość Puerto Ayora na wyspie Santa Cruz, skąd w ramach jedno i dwudniowych wycieczek oprócz odkrywania uroków Santa Cruz zwiedziliśmy również wyspy Floreana i Isabela. Galapagos jest bezsprzecznie rajem dla miłośników zwierząt: spotkaliśmy tam wiele gatunków endemicznych tj. nie występujących nigdzie indziej: galapagoskie iguany morskie i lądowe (duże jaszczurki z rodziny legwanów), jaszczurki lawowe, olbrzymie żółwie słoniowe (o wysokości około 1 m i wadze ponad 200 kg), czy pingwiny równikowe. Niezapomniane wrażenie wywarło na nas pływanie wśród rekinów białopłetwych oraz skorych do zabawy i zaglądających nam w maski lwów morskich.

Dżungla i Indianie
Po powrocie z Galapagos udaliśmy się do położonej niedaleko Quito małej miejscowości Mitad del Mundo (Środek Świata), gdzie przebiega równik i gdzie znajduje się Pomnik Równika- piramidalny monument o wysokości 30 m zwieńczony pięciotonową kulą o średnicy 4,5 metra, obrazującą kulę ziemską. Następnie pojechalismy autobusem na południe Ekwadoru, gdzie w pobliżu miejscowości Tena przez dwa dni w towarzystwie miejscowego przewodnika torującego nam drogę wielką maczetę eksplorowaliśmy dżunglę Niziny Amazońskiej w rejonie wodospadów na rzece Misahualli, uczestnicząc również w krótkim rejsie po rzece Napo- dopływie Amazonki. Przyznam, że była to dla mnie jedna z trudniejszych części wyprawy -bardzo wysoka wilgotność panująca w dżungli sprawiała, że niosąc Filipka w nosidełku na plecach i pokonując kilkusetmetrowe różnice wysokości pot zalewał mi oczy, a stabilność podczas poruszania się w grząskim terenie była czysto iluzoryczna. Z Amazonii udaliśmy się na północ Ekwadoru do miasta Otavalo, w którym co sobotę odbywa się największy indiański targ w całej Ameryce Południowej. Nie zawiedliśmy się, gdyż i tym razem targ zgromadził tysiące Indian w barwnych tradycyjnych strojach, czyniąc to miejsce wymarzonym plenerem zdjęciowym. W Otavalo odwiedziliśmy także spotkane w samolocie dwie polsko-ekwadorskie pary mieszkające w Warszawie, które przybyły tam by wziąć tradycyjny ślub ekwadorski. Nie mogliśmy jednak skorzystać z otrzymanego zaproszenia, gdyż uroczystość ta odbywała się dokładnie w tym samym czasie co indiański targ. Na szczęście zdążyliśmy na ich przyjęcie weselne, na którym spróbowaliśmy lokalnych, dość łagodnych trunków, uczestniczyliśmy w tańcach, ale przede wszystkim podziwialiśmy i fotografowaliśmy licznie zgromadzonych, odświętnie ubranych gości weselnych- głównie Indian.

Na kolację: świnka morska…
Z Otavalo pojechaliśmy do Cotacachi, by dotrzeć do laguny Cuicocha- pięknego jeziora usytuowanego wewnątrz krateru wygasłego wulkanu. W oczekiwaniu na innych turystów (byliśmy tam pierwszymi osobami tego ranka) odbyliśmy najpierw długi spacer wzdłuż stromego brzegu jeziora docierając na górę o wysokości 3310 m, po czym opłynęliśmy jezioro łódką motorową. Następnie, korzystając z zaproszenia polskich misjonarzy ruszyliśmy do Tulkan- miasta najbardziej wysunietego na północ Ekwadoru, położonego 7 km od granicy z Kolumbią. Niezwykle serdeczni i gościnni Ojcowie Franciszkanie mimo swoich licznych obowiazków misyjnych znaleźli czas, by pokazać nam okoliczne atrakcje: położone wśród wzgórz kąpieliska termalne oraz cmentarz topiarny (z roślinnością sztucznie kształtowaną wokół metalowych form). Podobnego cmentarza nie ma nigdzie na świecie, dlatego ściągają tam tłumy turystów. Jeden z misjonarzy zawiózł nas także do pobliskiej Kolumbii, gdzie zwiedziliśmy piękne sanktuarium w Las Lajos. Wracając do Tulkan zatrzymaliśmy się w przydrożnym barze na kolację, by sprobować kolumbijsko-ekwadorskiego rarytasu jakim jest świnka morska pieczona na grilu, która smakowała trochę jak kurczak, jednak jedząc ją miałem wyrzuty sumienia, że zjadam zwierzątko, które w Polsce służy do głaskania, nie do jedzenia…

Wyżej niż Mont Blanc
Ostatnim punktem programu wyprawy był wulkan Cotopaxi- mierzący 5897 m najwyższy aktywny wulkan świata. W ramach aklimatyzacji zdobyliśmy we dwóch tzn. z Bogusławem górujący nad Quito wulkan Pichincha (4698 m). Niestety wejście na Cotopaxi zajmuje 2 dni, podczas gdy Bogusław dysponował tylko jednym dniem (wracał do kraju o dzień wcześniej od nas). Zadowoliliśmy się więc jednodniowym wejściem na zbocza Cotopaxi do granicy śniegu tj. na wysokość około 4850m. Mimo, że nie był to żaden wysokogórski wyczyn, mam powody do dumy, gdyż oprócz Bogusława dotarł tam ze mną starszy syn Andrzej, który mimo zmęczenia z satysfakcją w głosie zauważył, że mając 9 lat wszedł wyżej niż Mont Blanc (4807m).

Tam trzeba wrócić
Podczas 3-tygodniowych “ferii na równiku” przekonaliśmy się, że Ekwador jest krajem niezwykle interesującym, oferującym turystom mnóstwo różnorakich atrakcji, bezpiecznym i stosunkowo tanim (z wyjątkiem Galapagos), dlatego planujemy tam wrócić któregoś lata, żeby już ze starszymi wtedy dziećmi ponownie wyruszyć do dżungli, tym razem na połów piranii, w poszukiwaniu kajmanów i anakond, oraz by na przełomie lipca i sierpnia u wybrzeży Pacyfiku w okolicach Puerto Lopez obejrzeć gody wielorybów. Krótko mówiąc mamy po co tam wracać!

Sławomir Bieniek

bie_bie Agnieszka i Sławomir Bieniek z Anią, Filipkiem i Andrzejem

Mieszkają w piastowskim Głogowie na Dolnym Śląsku. On jest górnikiem w jednej z kopalń KGHM Polska Miedź S.A. Ona jest fizjoterapeutką. Dzieci: 3- letnia Ania, 5-letni Filipek i 13- letni Andrzej.  Od lat podróżują całą rodziną. Odwiedzili m.in. Turcję, Egipt, Tunezję, Wyspy Kanaryjskie, RPA, Kamczatkę, Filipiny, Ekwador, Wyspy Galapagos i Kolumbię. Zdjęcia i opisy ze swych wybranych podróży zamieszczają na portalu: torre.pl

         I jeszcze trochę zdjęć:


(c) Mały Podróżnik – www.malypodroznik.pl

Share