MEKSYK z siedmiomiesięcznym Frankiem!

Co zawiodło nas do Meksyku z 7-mio miesięcznym maluchem? Pasja podróżowania, ciekawość świata i… determinacja. Podróże to dla nas czas bardzo intensywny i męczący, ale dzięki nim ładujemy “baterie” na dni czy miesiące w domu. Bez podróży żyć nie potrafimy, więc gdy dołączył do na Franek nie chcieliśmy z nich rezygnować. Wbrew wszelkim krytycznym głosom.

Sam kierunek był wynikiem kompromisu. Bardziej pociągały nas Indie, jednak na naszą pierwszą, szkoleniową wyprawę z maluchem zdecydowaliśmy się wybrać kraj mniej wymagający, a równie fascynujący. Już na starcie odpadł nam problem szczepień i leków antymalarycznych. Sam Meksyk kusił zabytkami dwóch wielkich cywilizacji prekolumbijskich, pięknymi plażami nad ciepłym morzem Karaibskim, różnorodną kulturą i świetną kuchnią. Kierunek został wybrany, więc po dłuższych niż zwykle przygotowaniach i odparciu ataków zszokowanej naszym pomysłem rodziny, wyruszyliśmy.

Nasz plan zakładał objechanie w trzy tygodnie najciekawszych miejsc w południowym Meksyku i na Jukatanie. Na trasie znalazły się między innymi takie punkty jak Mexico City, Acapulco, Palenque, Chichen Itza, San Cristobal de las Casas, Tulum, wybrzeże morza Karaibskiego. Od początku daliśmy sobie nieco więcej czasu na zwiedzanie, niż potrzebowalibyśmy jadąc bez dziecka. Dzięki temu zarówno Franek, jak i my – rodzice mieliśmy wszystko, czego było nam potrzeba – trochę odpoczynku, sporo zwiedzania i przede wszystkim – wspólną przygodę.

Podróż z dzieckiem okazała się być łatwiejsza niż podejrzewaliśmy. Ogromną wygodę daje podczas podróży karmienie piersią. Dopóki mleko mamy jest głównym pokarmem zawsze pod ręką jest jedzenie i picie dla malucha. Na szczęście zjadane przez mamę piekielnie ostre meksykańskie potrawy nie odbijały się na żołądku naszego syna. Franek jadał już także inne pokarmy, co jednak nie było problemem. Szybko okazało się, że kaszka wychodzi równie dobra z zimnej wody mineralnej, a na meksykańskie upały nie podgrzane słoiczki są lepsze niż ciepłe. Taka podróż również dla niemowlaka jest wspaniałą okazją do poznawania nowych smaków (O ile tylko nie jest alergikiem). To właśnie w podróży Franek skosztował po raz pierwszy mango i pomidorów, które w Meksyku serwuje się w słoiczkach dla niemowląt.

Przewijanie, karmienie, zasypianie – z tym nie było najmniejszych problemów. Do wykonania niemal w każdym miejscu i okolicznościach. Przewijaliśmy w muzeum, w parkach, na plaży i pod piramidami. Higiena malucha nie była kłopotliwa. W Meksyku w miastach bez kłopotu można kupić pampersy i mokre chusteczki. Niezwykle istotne jest jednak zadbanie o odpowiednią ochronę malucha przed mocnym słońcem. Mimo, że nasz wyjazd przypadł na przełom kwietnia i maja, temperatura na płaskim jak tortilla Jukatanie sięgała 40 stopni, a słońce grzało już bardzo mocno. Krem ochronny z mocnym filtrem to podstawa, ale lepszym pomysłem jest stałe trzymanie dziecka w cieniu. Na karaibskiej plaży dosłownie dwuminutowa ekspozycja Franka na słońce zaowocowała czerwoną opalenizną w miejscach nie posmarowanych (dokładnie widać było gdzie na głowie kończył się krem, a jeszcze nie zaczynała czapka). Niebezpieczne są również szybkie zmiany temperatur. Jednego dnia wybraliśmy się na wycieczkę do kanionu Sumidero. Musieliśmy zjechać z miasteczka położonego w górach do rozpalonego słońcem dna kanionu, gdzie spędziliśmy kilka godzin. Niestety tę wycieczkę Franek przypłacił kaszlem, temperaturą i jednym dniem choroby. Warto mieć na taki wypadek leki dla niemowlaków, bo w kilku aptekach bez powodzenia szukałam syropu dla dziecka poniżej jednego roku. Źródłem przeziębienia mogą być także autobusy, a raczej klimatyzacja. Nie wiem z czego to wynika, być może z tęsknoty za odrobiną chłodu w tym rozpalonym kraju, ale w autobusach nie da się przetrwać podróży (szczególnie nocnej) bez koca.

Z ekwipunku typowo dziecięcego zabraliśmy wózek i nosidełko. Wózek przydawał się gdy musieliśmy pokonać większe odległości w mieście oraz gdy przemieszczaliśmy się z plecakami. Jednak miasta Meksyku nie są przystosowane do tego typu sprzętu. W San Cristobal niektóre krawężniki miały pół metra wysokości. Na takie przeszkody natrafialiśmy nawet w Mexico City. Na zwiedzanie majańskich piramid czy wycieczki do indiańskich wiosek dużo lepsze jest nosidełko bądź chusta, w których maluch podróżuje wygodnie, a rodzic ma dużą swobodę ruchów. Dla Franka podróż oznaczała mnóstwo nowych miejsc i ludzi, którzy obdarzali go wręcz bezgranicznym uwielbieniem. Serdeczność, otwartość i entuzjastyczne reakcje Meksykanów na Franka były aż szokujące. Co druga osoba zatrzymywała się na ulicy na widok naszego malucha, pokazywano go sobie palcami, robiono z nim zdjęcia. Dziecko zostało skomplementowane chyba na wszystkie lata swego życia – “que lindo, que hermoso, guapito”. Dzięki temu, ze Franek podrywał również wszystkie panie w kawiarniach i restauracjach, mieliśmy okazję spokojnie delektować się posiłkiem. A kuchnia meksykańska jest wspaniała, więc warto się nią delektować.

Ciudad de Mexico powitało nas burzą z piorunami i strugami deszczu. Pogoda taka sprzyja wyjściom do muzeów, tam więc udaliśmy się już drugiego dnia pobytu. Muzeum Archeologiczne kryje niezwykle ciekawe zbiory – kamień Słońca Azteków, freski Teotihuacan, posągi z Tuli, majańskie grobowce – wszystko to, co opowiada nam historię tych ziem w czasach prekolumbijskich. Pobyt w muzeum dał nam przygotowanie teoretyczne do poznawania zabytków na naszej dalszej trasie. Przed samym muzeum też czekało na nas ciekawe widowisko – voladores, czyli tradycyjny taniec Totonaków, dawniej wykonywany dla boga płodności i urodzaju Xipe Totec’a, obecnie dla turystów. Czterech Indian wspina się na wysoki słup z platformą, by za chwilę spuścić się z niego na linach, głową w dół, w obrotach symbolizujących ruch Słońca. Przyjemny chłód i codzienny deszcz okazały się być specyficzne dla mikroklimatu Mexico City (to w dużej mierze “zasługa” smogu spowijającego miasto). Wyprawa do Teotihuacan pokazała jak gorący potrafi być Meksyk, nawet w kwietniu. Bardzo przydatna okazała się parasolka do wózka, w cieniu której pokonywaliśmy Drogę Umarłych – główną aleję zrujnowanego miasta oraz dziesiątki stopni na szczyt trzeciej co do wielkości piramidy świata – Piramidy Słońca. Nasz syn znosił kaprysy aury ze stoickim spokojem.

Następnym przystankiem na naszej drodze było piękne, kolonialne miasto Puebla. Tu spróbowaliśmy słynnego mole poblano – sosu do mięs na bazie czekolady. Nie należy za bardzo ufać naszym dotychczasowym doświadczeniom z czekoladą! Sos wcale nie jest słodki i jak niemal wszystko, czego próbowaliśmy w Meksyku, piekielnie ostry. Kuchnia Meksyku wymagałaby oddzielnego opisu. Dania są oryginalne, pyszne, bardzo pożywne i oczywiście palą jak ogień. Zdecydowanie warto jednak się w nich rozsmakować, narażając język na przykre doznania. Pożar w gardle świetnie gasi chleb i piwo. Nie można sobie także odmówić świeżo wyciskanych soków. Meksyk mieści się w tej części świata, gdzie pół litra takiej przyjemności kosztuje zaledwie dolara. Opuściliśmy okolice stolicy i udaliśmy się po trochę chłodu w góry, do San Cristobal de las Casas. Jest to region, gdzie ludność indiańska stanowi większość. Stąd wywodzą się zapatyści, domagający się specjalnych praw dla Indian w Meksyku. Choć zbrojny ruch nadal istnieje i działa, miejscowi wykorzystują go jako swoistą wizytówkę stanu Chiapas. Istnieją tematyczne restauracje, a dla Franka zakupiliśmy figurkę zapatysty na koniu, wykonaną przez Indianki. Naszym celem była wioska Chamula, gdzie w budynku kościelnym, wypełnionym kapliczkami świętych odprawiane są półpogańskie obrzędy. W kościele brak tabernakulum i ołtarza. Jest za to igliwie na podłodze, na której całymi rodzinami rozsiadają się Indianie, ustawiając przyniesione świeczki w wymyślne konstrukcje, jedząc, pijąc i śpiewając modły. Zrobienie zdjęcia można przypłacić ostrym konfliktem albo nawet przestawioną szczęką. Tutejsi Indianie nie lubią być fotografowani; za zdjęcia na pobliskim targu obrzucono nas kapslami. Chamula była doskonałym miejscem na obserwację jak sami Meksykanie radzą sobie z maluchami. Niemowlaki zazwyczaj chodziły wszędzie z mamami – zamotane na ich plecach tak ściśle, że wystawała tylko ciekawska główka. Starsze dzieci siedziały z handlującymi rodzicami lub same krążyły sprzedając tradycyjne wyroby. Obecność małego Franka nie była więc dla nikogo zaskoczeniem.

Jukatan przywitał nas lepkim upałem. Wysiadając z klimatyzowanego autobusu zostaliśmy zatkani ciężkim powietrzem. Odtąd naszymi przyjaciółmi stały się wentylator i zimny prysznic, który pomagał niestety tylko na chwilę. Sami cierpieliśmy z gorąca, więc obawialiśmy się o Franka. Na szczęście radził sobie w tych warunkach lepiej niż podczas nieszczęsnej wycieczki do kanionu Sumidero, którą odbyliśmy kilka dni wcześniej. Zadziwiły nas natomiast Meksykańskie dzieciaki – maluchy wytrzymywały w tym upale w półbutach i długich spodniach. Najwyraźniej dla nich prawdziwe lato jeszcze się nie zaczęło… Uświadomił nam to pewien dorosły Meksykanin – 40 stopni to dopiero ciepło, przy 50 zaczyna się robić gorąco. Jukatan to przede wszystkim zabytki majańskie. Na naszej drodze znalazły się ruiny miast Palenque, Coba, Tulum i Chichen Itza. Palenque zrobiło na nas największe wrażenie. Pałac i piramidy wygrzebują się z dżungli, która czai się tuz za nimi… Kamienne budowle są majestatyczne, zdobione gdzieniegdzie ocalałymi płaskorzeźbami majańskich wojowników. Tu po raz pierwszy zobaczyliśmy jak gęsta potrafi być dżungla i do czego właściwie służy ta maczeta. Palenque zwiedzaliśmy na zmianę. Nie chcieliśmy męczyć upałem Franka, który na dodatek usnął w cieniu drzew. Oglądanie zabytków na zmianę było dla nas nowością, ale okazało się konieczne jeszcze wiele razy. To jeden z kompromisów, których musieliśmy się nauczyć.

Nasz syn miał wyjątkową umiejętność przesypiania największych atrakcji Meksyku. Spał w ruinach Monte Alban, w Palenque oraz w Chichen Itza, które jest uważane za największy zabytek majański w Meksyku. Na pewno jest to najbardziej popularny zabytek, łatwo bowiem dotrzeć do niego z nadmorskich kurortów, takich jak Cancun. Po łyku kultury postanowiliśmy zapewnić naszej rodzinie chwile odpoczynku na karaibskich plażach. Morze okazało się jednak nie być tym, co Franek lubi najbardziej. Fale i szum go przerażały, piasek miałki jak mąka irytował (rzeczywiście, my też nie byliśmy zachwyceni jego obecnością w uszach, nosach i we włosach). W przeciwieństwie do naszego syna rozkoszowaliśmy się jednak tymi chwilami nad ciepłym morzem. Dużo ciekawsza dla Frania okazała się wizyta w parku La Venta, gdzie można obejrzeć nie tylko wielkie olmeckie rzeźby, ale także zwierzęta Nowego Świata. Gdy my podziwialiśmy gigantyczne kamienne głowy, Franek skupiał się na biegających swobodnie ostronosach. Zwierzątka wkrótce skusiły się na naszego kokosa i ku uciesze naszego synka zaczęły krążyć przy naszych nogach.

Podczas naszej wyprawy widzieliśmy jeszcze wiele ciekawych miejsc – miasto srebra Taxco, Campeche z imponującymi obwarowaniami, Acapulco, gdzie z kilkudziesięciometrowej skały La Quebrada młodzi ludzie wykonują niebezpieczne skoki… Niemniej dotychczasowy opis wystarczy chyba by przekonać, że było warto, mimo wcześniejszych obaw i zmęczenia, jakie odczuwaliśmy po wyjeździe. Na pewno podróż z dzieckiem wymaga kompromisów i uczy pokory. Okazała się jednak być równie cudownym przeżyciem, jak podróż we dwoje. Oczywiście, wróciliśmy zmęczeni, ale szczęśliwi, bo taki właśnie aktywny wypoczynek lubimy. Franek po raz pierwszy wstał właśnie w Meksyku, tam również doświadczył pierwszego w swoim życiu lata. My zdobyliśmy pierwsze szlify w podróżowaniu z dziećmi. Niech najlepszym dowodem na to jak dobrze nam się wędrowało będzie to, że już planujemy kolejny, równie daleki wyjazd rodzinny. Tym razem już we czwórkę!

Piotr i Justyna Ciborowscy
cib_cib Piotr i Justyna Ciborowscy z Frankiem i Różą

Oboje z wykształcenia etnolodzy. Piotr pracuje w agencji reklamowej, Justyna jest mamą na pełny etat. Wspólne podróże zaczęli jeszcze na studiach od dokładnego objechania Bałkanów. Później były Turcja, Krym, Rosja, Tunezja, Ekwador, Peru, Boliwia. Franek urodził się we wrześniu 2006. Już od pierwszych miesięcy życia rodzice ciągają go ze sobą na wyprawy bliższe – po Polsce i dalsze – za ocean. Niedawno do rodziny dołączyła nowa podróżniczka – Róża. Od 2010 roku prowadzimy “TRAVELITO – wypożyczalnię sprzętu turystycznego dla dzieci” – www.travelito.pl.

I jeszcze trochę zdjęć:


(c) Mały Podróżnik – www.malypodroznik.pl

Share