INDIE z Frankiem (3 l) i Różą (1 r 2 m)!

O podróży do Indii marzyliśmy od dawna. Chyba od momentu, gdy zafascynowało nas kino rodem z Bollywood. Plany takiego wyjazdu snuliśmy już kilka lat temu, jednak po pojawieniu się na świecie Franka, nie zdecydowaliśmy się podjąć ryzyka pierwszej wspólnej wyprawy od razu do Indii. Ale po uzyskaniu podstawowych szlifów rodzinnych podróżników w Meksyku, pozbyliśmy się skrupułów i ruszyliśmy na wymarzoną wyprawę.

 

Do ostatnich chwil mieliśmy jednak pewne wątpliwości. Podróż do Indii jest bowiem dość ekstremalnym przeżyciem, obarczonym ryzykiem zachorowań, koniecznością wcześniejszych konsultacji lekarskich, szczepień, zakupu leków antymalarycznych. Gdy w wyjeździe mają uczestniczyć dzieci, wątpliwości i przygotowań jest jeszcze więcej. Wszyscy musieliśmy zaszczepić się przeciwko licznym chorobom, na które ryzyko zachorowania w Indiach jest dosyć wysokie, nawet jak na Azję. Dzieci do dwóch lat nie mogą przyjąć szczepionek przeciwko durowi brzusznemu i meningokokom występującym w tym regionie świata, więc Róża była mniej zabezpieczona niż my. Dla dzieci mieliśmy również zakupione Malarone, które podawaliśmy tylko pod koniec wyjazdu – na południu Indii, gdzie istniało ryzyko zachorowań.

Trasę opracowaliśmy ambitną. W trakcie podróży okazało się, że zbyt ambitną. Przyzwyczailiśmy się jednak do podejmowania kompromisów podczas wyjazdów rodzinnych, więc i tak za sukces uważamy, że udało nam się odwiedzić około 10 miejscowości i przejechać blisko 4,5 tys. Kilometrów. Spacerowaliśmy po delhijskich bazarach, obserwowaliśmy Himalaje z postkolonialnego kurortu, poszukiwaliśmy tygrysa w jego naturalnym środowisku w parku narodowym, wjeżdżaliśmy na słoniu do radżpudżkiego fortu, opalaliśmy się na plażach Goa. Ale przede wszystkim doświadczaliśmy zupełnie innej kultury, stylu i tempa życia. Wiele atrakcji naszego wyjazdu zaplanowaliśmy specjalnie z myślą o dzieciach. Jak się jednak okazało, często zwykła codzienność indyjskiej ulicy była bardziej zajmująca niż nasze wyszukane highlighty Franek skakał z radości za każdym razem, gdy wsiadaliśmy do motorikszy (zwłaszcza czarnej), a pełnię szczęścia osiągnął, gdy jeden z kierowców pozwolił mu pomagać w prowadzeniu pojazdu. Do domu przywieźliśmy pokaźną kolekcję plastikowych riksz-zabawek.

Dla Róży najciekawsze okazały się zwierzęta, które w Polsce można zobaczyć tylko w zoo, w Indiach – na ulicy. Część z naszych spotkań ze zwierzętami zaplanowaliśmy sami – wjazd na słoniu do fortu Amber, przejażdżka na wielbłądach w Puszkarze to standardowe atrakcje dla turystów w Indiach. Wiedzieliśmy, ze naszym dzieciakom zapewnią mnóstwo emocji i nie zawiedliśmy się. Godzinę na wielbłądzie nawet mała Róża wysiedziała jak zahipnotyzowana, a włochata trąba słonia raczej ją fascynowała niż przerażała. Wiele zwierząt pojawiało się jednak na naszej drodze niespodziewanie, jak bezczelne małpy na deptaku w Śimli, które tak przestraszyły Franka, że do końca wyjazdu nie chciał mieć z nimi nic do czynienia. Róża przeciwnie – małpa to jedno z nielicznych słów, które potrafi już mówić. Okazji do bezpośredniej obserwacji zwierząt było jednak więcej. Indyjska ulica to istny zwierzyniec; łatwo spotkać tam puszczone samopas świnie, kozy no i oczywiście krowy. Święte krowy.

Specjalnie z myślą o Franku oraz by dodać naszej podróży nieco dreszczyku “niebezpiecznej” przygody, wybraliśmy się na bezkrwawe polowanie na tygrysa. W Indiach jest kilka parków narodowych, w których można obserwować te drapieżniki, jeden z nich (Ranthambore) znalazł się na naszej drodze. Tygrys niestety okazał się wstydliwy, ale sama wyprawa dżipem po bezdrożach na jego poszukiwanie była przygodą. Franek zrozumiał, że dziki zwierz ma swoje humory i może się pokazać lub nie, inaczej niż liczne antylopy, małpy, pawie i jelenie, które zerwały się bladym świtem, by poobserwować turystów.

Wymiar edukacyjny naszego wyjazdu był zresztą dla dzieci dużo głębszy i obfitszy niż się spodziewaliśmy. Pierwszy raz podróżowaliśmy z tak “dorosłym” dzieckiem (już przedszkolakiem!) w tak odległe kulturowo regiony i mieliśmy szansę doświadczyć na własnej skórze prawdziwości powiedzenia, że podróże kształcą. Nawet prozaiczne codzienne czynności, jak wizyta w toalecie (typu narciarz) stawały się dla Franka pretekstem do pytań i pouczających rozmów. Notabene syn zdecydowanie preferuje western style toilet. Słownik naszego trzylatka wzbogacił się o takie pojęcia jak Himalaje, Sikhowie, świątynia, meczet, muezin, święte krowy, Taj Mahal (ulubiony zabytek Franka; rozpoznaje go na każdym zdjęciu i z radością oznajmia to wszystkim wokoło), fort, masala caj, a nawet Szah Dżahan ? Za pojęciami idą odpowiednie skojarzenia – inne religie, zwyczaje, stroje, kolor skóry, jedzenie – wszystko to zaistniało już w świadomości naszego przedszkolaka. Na początku to, co nowe budziło zdziwienie, jak obowiązek zdejmowania butów w świątyni sikhijskiej, jej fascynujący strażnicy z włóczniami, święte krowy na ulicach, czy wspomniany już “narciarz”. Jednak po naszych wyjaśnieniach nowe rzeczy stawały się interesującą częścią dziecięcej rzeczywistości. Do dziś Franek każe wiązać sobie turban na głowie, bo przebiera się za Sikha, przewozi nas zbudowanymi z krzeseł rikszami i opowiada bajki o Złotej Świątyni w Amritsarze. Indie nauczyły też naszego syna innego trudnego pojęcia – biedy. Jadąc do tego kraju z dziećmi na pewno należy się spodziewać, że prędzej czy później padną poważne pytania o zaniedbane żebrzące dzieci, ludzi mieszkających na ulicy, kalekich oraz o wszechobecne śmieci i brud. My również musieliśmy zmierzyć się z tym tematem. Uważamy jednak, że to dobrze. Naturalnie i spokojnie wyjaśnione sprawy trudne czy smutne tak samo poszerzają świadomość trzylatka jak sprawy przyjemne i piękne. Dają szerszą perspektywę do obserwacji własnej codzienności w Polsce.

Dla Franka trudną i mało przyjemną okazała się również cecha Hindusów, która na pierwszy rzut oka zdawała się być niewinną, a nawet miłą. Nie wiem, z czego wynika przesadne zainteresowanie osobą białego turysty. Bardziej mogę sobie wytłumaczyć zainteresowanie dziećmi białego turysty, bo takie są w Indiach rzadkością. Czemu jednak niemal kolejki Hindusów ustawiały się by robić sobie zdjęcia z naszymi dziećmi? Nie jestem w stanie pojąć. Aparatem, komórka, przy wózku, na rękach, na ulicy, w Taj Mahal i w świątyni, dziecko śpiące i płaczące – nie ważne. Franek po paru dniach zaczął zachowywać się jak obrażona gwiazda. Zasłaniał twarz czym popadnie i specjalnie na tę okazję nauczył się mówić: “no, no, no” oraz “no, thank you!”. Natomiast Róża pozowała niewzruszona z wrodzonym wdziękiem.

Trzeba przyznać, że podróż do Indii to ciężka praca i mnóstwo stresów. Kraj jest brudny i zaśmiecony. Niewyobrażalnie. Jest to w pierwszej chwili szokujące, jednak jak w każdej podróży – po jakimś czasie można się przyzwyczaić i zdystansować. Tak by się stało i z nami, gdyby nie obecność tak małych dzieci. Okropnie brudne siedzenie w pociągu czy sprzęty w hotelu inaczej postrzega się podróżując samemu, a inaczej, gdy za chwilę może wylizać je nasze dziecko. Pomocne okazały się żel i płyn dezynfekujący, którymi często przemywaliśmy ręce i deski w toaletach (tych nielicznych w zachodnim stylu). Niebezpieczna woda w kranie była mniejszym problemem. Szybko przyzwyczailiśmy się do mycia zębów butelkowana wodą, a Franek łatwo nauczył się, że woda z kranu nie może znaleźć się w buzi, bo zawiera małe żyjątka – ameby.

Sporym wyzwaniem okazało się jedzenie. WSZYSTKO w Indiach jest ostre. Dzieci odmawiały spożywania indyjskich potraw, przechodził jedynie ryż i kurczak, ewentualnie typowo europejskie śniadania – omlety, mleko, jajka. Zapasy kaszek i słoiczków przywiezionych z Polski kurczyły się szybciej niż zakładaliśmy, bo oprócz Róży zjadał je także Franek. W Indiach nie ma gotowych dań dla dzieci w słoiczkach. Dostępne są jedynie cztery rodzaje kaszek, które na szczęście zasmakowały naszym maluchom. Warto więc zabrać własne zapasy dla mniejszych dzieci (szczególnie dla tych, które nie mogą jeszcze przyjąć szczepień na dur brzuszny i żółtaczkę). Na słoiczki łatwo jednak wygospodarować miejsce choćby kosztem pieluch i mokrych chusteczek, bo te w Indiach są łatwo dostępne. Oryginalne potrawy Indii nie obchodziły Franka, rozsmakował się natomiast w typowo indyjskiej herbacie, szczególnie tej serwowanej w pociągu. Co chwila prosił o słodką masala caj.

Sprawdziły się przepowiednie osób, które były przed nami w Indiach – nie uniknęliśmy problemów żołądkowych. Nasze organizmy przyzwyczajały się do indyjskiej mikroflory bakteryjnej przez dwa tygodnie! Najmniej dotknęło to Różę, bo mleko z piersi było najlepszą ochroną. Dobrze zaopatrzona apteczka to podstawa. Czasem jednak i ona nie wystarcza, gdy kłopoty wynikają z głupoty rodziców. Dzień, który miał być super atrakcyjnym dla dzieci zakończył się wymiotami w pociągu. Zaplanowaliśmy zjazd wąskotorową kolejką, której trasa z Śimli do Kalki wiła się tunelami i mostami pośród krajobrazów przedgórza Himalajów. Problem w tym, że z atrakcyjnego pociągu przesiadaliśmy się natychmiast do kolejnego. Cały dzień w pociągu to było za dużo dla małych brzuszków. Ta bolesna nauczka przekonała nas, że tempo jazdy z dziećmi nawet po tak wielkim kraju jak Indie musi być spokojne. Odtąd unikaliśmy jazdy na długich trasach w dzień. Na szczęście indyjskie pociągi oferują tanie miejsca kuszetkowe, a na niektórych trasach kursują autobusy klasy sleeper, czyli z miejscami leżącymi. Na podróż z dziećmi rozwiązanie idealne.

Nasz podróżny ekwipunek stanowił lekki wózek typu parasolka i chusta wiązana. Ten zestaw okazał się idealny. Planowaliśmy w spacerówce przewozić Róże, Franek jednak szybko zaklepał wózek dla siebie, siostrze pozostawiając chustę. Taki układ nam odpowiadał, bo mieliśmy oboje dzieci “uwięzione” blisko siebie. Istotna zaleta, zważając na to, że system jaskrawych ubranek pomagających w lokalizacji Franka w barwnym tłumie Hindusów skazany byłby na totalną porażkę.

Migawki z odwiedzanych miast

Nasze pierwsze spotkanie z Indiami – Delhi – nieco nas przytłoczyło. Tłumy na ulicach, ogromne odległości do pokonania, zaskakujący sposób bycia Hindusów – bezpośredni i wręcz narzucający się. Nic dziwnego, że z wizyty w Czerwonym Forcie, który zwiedzaliśmy na samym początku wyjazdu, nie zapamiętaliśmy zbyt wiele. Ochłonęliśmy dopiero w spokojnych ogrodach przed grobowcem Humajuna – majestatyczną budowlą, która stała się wzorem dla budowniczych Taj Maral. Gdy po pierwszym wstrząsie kulturowym spojrzeliśmy na ulice stolicy Indii, uderzyło nas to, jak są one kolorowe, zapchane przez różnorakie pojazdy i wiecznie żywe. Byłam szczerze zaskoczona, że ogromna większość kobiet nosi tradycyjne stroje, biżuterię i maluje się zgodnie ze swym stanem. Niezależnie od statusu materialnego, Hinduski pokazują się publicznie wystrojone i obwieszone ozdobami, choćby szły pracować przy kopaniu rowów (bo takie prace w Indiach wykonują na równi z mężczyznami). Tłum, w którym mieszają się wielobarwne sari, ulice, na których spotkać można jednocześnie wielbłąda, słonia, autobus, riksze, motory i krowy, życie toczące się na ulicy – to niezapomniane widoki.

Z Delhi udaliśmy się do Amritsaru – stolicy duchowej Sikhów, która gości codziennie tysiące pielgrzymów zmierzających do Złotej Świątyni. Dołączyliśmy do nich nie tylko odwiedzając świątynny kompleks, ale także uczestnicząc w darmowym posiłku wydawanym przez Sikhów wszystkim, którzy tego zapragną. Amritsar był jednym z najprzyjemniejszych przystanków naszej podróży. W kompleksie świątynnym panował tak spokojny nastrój, że spędziliśmy tam kilka godzin obserwując rytualne ablucje i słuchając śpiewów Sikhów, płynących z pokrytej szczerym złotem świątyni.

Chcieliśmy podczas swojej podróży – choć z daleka – zobaczyć Himalaje, dlatego na naszej drodze musiała znaleźć się Śimla. To położone na wysokości ponad 2 tys. metrów miasteczko było letnią stolicą Indii pod panowaniem brytyjskim, a dziś jest popularnym kurortem, w którym modnie jest spędzić podróż poślubną. Tu nasze dzieci po raz pierwszy spotkały małpy i stąd zjechaliśmy wąskotorową kolejką.

Nie mogliśmy zapomnieć o najbardziej rozpoznawalnym zabytku Indii – Tadź Mahal. Na zwiedzanie mauzoleum udaliśmy się tuż przed zmierzchem, a więc w porze, gdy biały marmur nabiera różowego odcienia. Dzieci radośnie ganiały się po dziedzińcach, a my kontemplowaliśmy naprawdę piękny budynek i robiliśmy tysiące zdjęć.

W Radźastanie odwiedziliśmy kilka ciekawych miejsc, z których najbardziej zapadł nam w pamięć Puszkar. Miejscowość jest celem niemal wszystkich turystów zwiedzających północne Indie ze względu na odbywający się tu w listopadzie targ wielbłądów. Niestety w 2009 roku targ miał miejsce w październiku, więc nie udało nam się go zobaczyć. Mimo wszystko maleńki Pushkar był miłą odmianą po dużych i zatłoczonych miastach jak Agra czy Delhi. Tutejsze ulice także były tłoczne, ale chodziły po nich głównie święte krowy i mnóstwo pielgrzymów z różnych zakątków tej części kraju, bo dla Hindusów Puszkar to święte miejsce. Przed naszym hotelem przesuwały się barwne grupy pięknie ubranych pielgrzymów, którzy często z muzyką i śpiewem zmierzali do świątyni Brahmy. Innym punktem obowiązkowym wizyty w Radźastanie jest Dźajpur wraz z pobliskim fortem Amber. Nam spodobał się głównie dlatego, że swobodnie można było zwiedzać wszystkie jego zakamarki łącznie z pałacowymi kibelkami i wąskimi tylnymi przejściami. Dzieciom natomiast spodobała się długo zapowiadana atrakcja, czyli przejażdżka na słoniu. Dźajpur warto odwiedzić głównie ze względu na Hawa Mahal. Jest to niezwykła budowla – wysoka na kilka pięter ściana z niemal tysiącem miniaturowych okienek, które służyły damom dworu maharadży do obserwacji życia ulicy. Same kobiety pozostawały w ukryciu.

Opuściliśmy Radźastan by udać się do ojczyzny kina Bollywood – Bombaju. Nowoczesne, tętniące życiem miasto jest zupełnie inne niż Delhi. Architekturę centrum zdominowały ciężkie budynki administracyjne i kamienice – oczywiste świadectwo brytyjskich rządów. Po ulicach jeżdżą tysiące charakterystycznych czarnych taksówek Ambassador, których design od pół wieku się nie zmienił. Bardzo spodobał nam się klimat Bombaju. Chętnie zostalibyśmy dłużej w tym mieście, jednak czas gonił i przed wyjazdem na Goa zdążyliśmy jedynie zwiedzić wyspę Elefantę. Mieści ona jaskinie z wykutymi w skale przedstawieniami hinduskich bóstw. Wizerunki od piętnastu wieków spoglądają ze swoich wilgotnych wnęk.

Naszą podróż zakończyliśmy na plażach Goa by dać wytchnienie zarówno sobie jak i dzieciakom. Wiadomo, że piasek do budowania zamków (tam – portugalskich fortów) i cieplutka woda w falującym morzu to dla maluchów najlepsze zwieńczenie podróżniczych atrakcji. Tym bardziej, że w Polsce było wtedy około zera, a na naszej plaży +30 stopni.

Piotr i Justyna Ciborowscy    
cib_cib Piotr i Justyna Ciborowscy z Frankiem i Różą

Oboje z wykształcenia etnolodzy. Piotr pracuje w agencji reklamowej, Justyna jest mamą na pełny etat. Wspólne podróże zaczęli jeszcze na studiach od dokładnego objechania Bałkanów. Później były Turcja, Krym, Rosja, Tunezja, Ekwador, Peru, Boliwia. Franek urodził się we wrześniu 2006. Już od pierwszych miesięcy życia rodzice ciągają go ze sobą na wyprawy bliższe – po Polsce i dalsze – za ocean. Niedawno do rodziny dołączyła nowa podróżniczka – Róża. Od 2010 roku prowadzimy „TRAVELITO – wypożyczalnię sprzętu turystycznego dla dzieci” –www.travelito.pl.

         I jeszcze trochę zdjęć:


(c) Mały Podróżnik – www.malypodroznik.pl

Share