Tajlandia z roczną Agnieszką

O wyprawie

Skład osobowy wyprawy
Asia i Maciek oraz nasza roczna córeczka Agnieszka.

Czas trwania
Podróż trwała od 17 stycznia do 19 lutego 2008 r.

Samolot
Lecieliśmy fińskimi liniami Finnair z Warszawy do Helsinek i z Helsinek do Bangkoku. Siedmiogodzinne czekanie na lot do Bangkoku strasznie się dłużyło. Na szczęście na lotnisku w Helsinkach jest fajny pokój dla dzieci, gdzie Agnieszka znalazła dla siebie odpowiednią rozrywkę. Wylot był o godzinie 20-tej. W samolocie dostaliśmy miejsca z przodu klasy turystycznej, gdzie było trochę więcej wolnej przestrzeni. Rezerwując bilety zaznaczyliśmy, że będziemy podróżować z niemowlęciem – maleństwu przysługuje specjalny koszyk, który kładzie się pod nogami (lepszym rozwiązaniem jest koszyk zawieszany, niestety w naszym samolocie tej opcji nie było). Córeczka sprawiła się na medal. Po wieczornym karmieniu grzecznie zasnęła.

Transport

Po Tajlandii ze względu na nasze ruchliwe dziecko podróżowaliśmy głównie pociągami. Ten środek lokomocji sprawdził się w 100%. Agnieszka opanowywała właśnie trudną sztukę samodzielnego chodzenia, więc spacerki po pociągu były dla niej nie lada atrakcją. Poza tym w pociągu zawsze trafiły się inne dzieci lub dorośli, którzy chętnie zabawiali nasze dziecko. Łatwiejsze było karmienie i przewijanie. Zwykle w pociągu było sporo miejsca, więc gdy Mała zasnęła całe siedzenie mogła mieć dla siebie. Zaletą pociągów był też dostęp do wody – umycie rączek lub pupy pod bieżącą wodą jest dużo lepszym rozwiązaniem niż wycieranie ich nawilżaną chusteczką. Na dalekich trasach korzystaliśmy z nocnych przejazdów w wagonach sypialnych, dzięki czemu na miejsce docieraliśmy wypoczęci i gotowi do zwiedzania bez potrzeby odpoczynku. Jedynym utrudnieniem w podróżowaniu pociągiem były opóźnienia. Mieliśmy związaną z tym niezbyt przyjemną przygodę. Na trasie Bankok -Phitsanulok Maciek wyliczył, że pociąg powinien dotrzeć na miejsce o 4 nad ranem. Phitsanulok, nie było ostatnią stacją więc musieliśmy się pilnować. Przed 4-tą rano przygotowaliśmy się do wysiadania. Pociąg cię zatrzymał. Niestety peron był za krótki i nie mogliśmy przeczytać, co to za stacja. Szybko pozbieraliśmy nasze rzeczy i wyskoczyliśmy z pociągu. Razem z nami wysiadły dwie Japonki. Maciek jeszcze raz wsiadł do pociągu, by sprawdzić, czy wszystko zabraliśmy. Pociąg ruszył – mąż wyskakując w biegu zdążył jeszcze zapytać zaspanego gościa z obsługi pociągu, który akurat pojawił się w wagonie, czy to Phitsanulok – usłyszał tylko – No… Cóż było robić – godzinę czekaliśmy na stacji Phichi i zwykłym osobowym – na ten sam bilet 2 godziny później dojechaliśmy na miejsce.

Podczas naszej wyprawy korzystaliśmy również z autobusów. Zwykle na krótszych trasach, żeby nie męczyć Małej. Niestety nie mogła sobie w nich pobiegać, ale na ogół wzbudzała spore zainteresowanie i prawie każdy pasażer miał ochotę trochę się z nią pobawić. Nie ukrywam, że było to dla nas bardzo wygodne. Jechaliśmy również nocnym dwupoziomowym autokarem. Wybraliśmy miejsca na dolnym pokładzie. Mieliśmy do dyspozycji stół, który w nocy posłużył Agnieszce za łóżeczko. Dla mnie noc była raczej ciężka, bo musiałam czuwać, żeby Mała nie zsunęła się ze swego legowiska, ale było to i tak lepszym rozwiązaniem niż trzymanie jej przez cały czas na rękach. Fajnym środkiem lokomocji są tuk tuki i songthewy. W mieście, w zasadzie są niezastąpione. Na wyspach i w terenach, gdzie są rzeki podstawą transportu są łodzie i promy.

Ekwipunek

Zdecydowaliśmy, że na wyprawę nie będziemy brać wózka tylko turystyczne nosidło. Obawiałam się, że Agnieszce będzie niewygodnie podczas snu, ale jakoś sobie z tym radziliśmy. Gdy Mała zasypiała w czasie zwiedzania kładliśmy ją w nosidle na ziemię opierając je lekko u wezgłowia. Jedno z nas zostawało przy niej, a drugie biegało po ruinach, a później zmiana. Jeżeli zasnęła, a my musieliśmy gdzieś dojść, Maciek zakładał nosidło na jedno ramię i niósł jak torbę – Mała miała wtedy całkiem wygodną pozycję do spania, niestety nie było to zbyt wygodne dla męża. W takich sytuacjach, gdy nigdzie nam się nie spieszyło szukaliśmy zwykle jakiejś knajpki, zamawialiśmy coś smacznego i czekaliśmy aż Mała się obudzi. Oprócz nosidła cały nasz dobytek musiał się zmieścić w dwóch plecakach, które w czasie przemieszczania się z miejsca na miejsce nosił Maciek i jednego mniejszego plecaczka podręcznego. Oba duże plecaki ważyły ze 25 kg – z tego jeden nie mógł być zapakowany do pełna, by nie zasłaniał widoku. Najwięcej miejsca zajmowały oczywiście pampersy – niepotrzebnie, bo pieluchy jednorazowe w zasadzie można było kupić na miejscu.

Noclegi

Przy wyborze noclegu zwracaliśmy uwagę na to, by w pokoju była łazienka z ciepłą wodą, klimatyzacja – koniecznie z możliwością regulacji temperatury lub wentylator z możliwością zmiany obrotów oraz duże małżeńskie łoże. Łóżko zawsze dosuwaliśmy do jednej ze ścian pokoju, aby Mała w czasie swoich nocnych wędrówek nie wylądowała na ziemi. Czasami trzeba było przysunąć do siebie dwa mniejsze łóżka, co nie było już takie wygodne. Nie braliśmy ze sobą żadnych śpiworów. We wszystkich hotelach zawsze była czysta, świeża pościel. Ponieważ było gorąco używaliśmy klimatyzatorów, ale nocą były ustawione na najmniejsze chłodzenie lub w ogóle je wyłączaliśmy. Agnieszce do spania zakładałam body z krótkim rękawkiem. Podczas noclegów spotkaliśmy tylko jednego karalucha, który został uśmiercony maćkowym sandałem oraz trochę mrówek, które zainteresowały się okruchami z ciastek (wystarczyło pozamiatać i mrówki zniknęły). Na wyspie Ko Lipe nad łóżkiem była zawieszona moskitiera i rzeczywiście była tam potrzebna. Nigdy i nigdzie nie było problemów ze znalezieniem taniego i dobrego noclegu.

Jedzenie
Nie ukrywam, że Agnieszka troszkę schudła na tym wyjeździe. Jej głównym pożywieniem było mleko z “Pana Cyca” – najlepsza rzecz pod słońcem. Dostępne w każdej chwili, bezpieczne, mokre… Nawet, gdy w ciągu dnia nie bardzo miała apetyt wiedziałam, że w nocy nadrobi to całe “niejedzenie” i z głodu nie umrze. Poza tym zawsze dawaliśmy jej skosztować tego, co sami jedliśmy (no chyba, że było to coś naprawdę ostrego lub niejadalnego dla dzidziusiów np. prażony świerszcz). Bardzo polubiła rosół z makaronem ryżowym, naleśniki z bananami i krewetki. Ze smakiem wcinała też różnej maści owoce i piła robione z nich soki. Z ciekawostek – nasze dziecko, podobnie jak rodzice zasmakowało w suszonych glonach i pikantnych chrupkach o rybim zapachu. Jedzenie wszędzie było bardzo dobre i żadne z nas przez cały czas trwania wyprawy nie miało problemów żołądkowych. Z Polski zabrałam dla Małej kaszkę mleczną i miśkopty – o ile ciasteczka jako tako chrupała, o tyle kaszkę w zasadzie zjadł Maciek i to na sucho. Agnieszkę często częstowano słodyczami lub owocami – nie protestowaliśmy. W restauracjach jedliśmy zwykle na raty. Gdy Mała nie miała ochoty już jeść, jedno z nas szło z nią w trasę. Na szczęście w każdej restauracji znalazł się jakiś “ludek”, który miał oczy, włosy i nogi, albo potworek lub zwierzątko (gipsowe bądź drewniane), któremu można było włożyć rękę do pyska. Patyki, listki i kamienie były najfajniejszą zabawą, a czasami trafiła się kolorowa rybka, albo gadający ptaszek w klatce – po co wtedy marnować czas na nudne przeżuwanie przy stole?! Bardzo często w czasie naszych posiłków Agnieszką zajmowała się obsługa hotelu lub restauracji. Tajowie uwielbiają dzieci i potrafią je zabawić. Aga bardzo chętnie korzystała z ich uprzejmości, a my mając ją zawsze w zasięgu wzroku spokojnie mogliśmy rozkoszować się smakiem orientalnej kuchni.



A było w czym się zachwycać. Jedzenie w Tajlandii jest wspaniałe i urozmaicone, można się nawet postarać bez większego wysiłku jeść przez cały pobyt, tak żeby żadna potrawa się nie powtórzyła. Podstawą naszego wyżywienia były owoce morza, czyli coś co w naszym kraju jest nieosiągalne w postaci świeżej. Kuchnia nie jest tak pikantna jak się powszechnie uważa, owszem można trafić na coś, co pali w podniebienie, ale rzadko. Jeżeli ktoś nie toleruje pikantniej kuchni zawsze może poprosić o potrawę nieostrą. Ilość potraw jest ogromna i zależy od regionu. W zasadzie wszędzie gdzie jadaliśmy, nie było znaczenia czy to restauracja dla turystów, dla miejscowych, czy budka na ulicy, czy nocny targ zawsze było smacznie i tanio.

Zdrowie

No cóż największy dylemat jechać, czy nie jechać dotyczył zdrowia. Bałam się, że coś złego się stanie i nie będziemy umieli temu zaradzić. Długo rozważałam wszystkie za i przeciw… ale w końcu podjęliśmy decyzję – jedziemy. Po konsultacjach z Panią Doktor Agnieszką Wroczyńską specjalistką w zakresie chorób tropikalnych załatwiłam dla Agnieszki Malarone Junior (lek na malarię) – bo chcieliśmy zahaczyć o Angkor, dodatkowo zaszczepiłam Małą przeciwko pneumokokom – reszta szczepień zgodnie z kalendarzem oraz kupiłam silny repelent przeciwko komarom roznoszącym malarię, dengę i porządny wodoodporny krem przeciwsłoneczny dla dzieci. Przed wyjazdem konsultowałam się z panią doktor pediatrą, która przepisała antybiotyk, leki na biegunkę, gorączkę i przeziębienie. Z opisów wielu podróżników (w tym również tych, którzy mieli ze sobą dzieci) wynikało, że Tajska służba zdrowia jest na dość przyzwoitym poziomie, a w Bangkoku na pewno znajdą się specjaliści, którzy będą potrafili pomóc. Wykupiliśmy ubezpieczenie w Warcie.

No i stało się – Agnieszka załapała jakieś choróbsko, gdy byliśmy na Ko Lipe – maleńkiej, wysepce w parku Ko Tarutao, którą można było w ciągu godziny obejść dokoła. Byłam wystraszona. Mała dostała gorączkę 39 st.C, nie chciała jeść, w nocy dusiła ją spływająca do gardła flegma. Zdecydowaliśmy się dać jej antybiotyk i lek przeciwgorączkowy. Na wyspie był lekarz, więc zdecydowaliśmy, że jeżeli kuracja antybiotykowa nie pomoże zwrócimy się do niego o pomoc. Na szczęście po trzech dniach Małej został tylko katar. Odzyskała dawny wigor i była na tyle zdrowa, że wizyta u lekarza nie była konieczna.

Co zobaczyliśmy?

Bangkok
Miejsce, do którego stety/niestety często musieliśmy wracać. Zatłoczona ulica Khao Shan raczej mi się nie spodobała. Głośna, ruchliwa, zatłoczona z klimatem imprezowym. Najgorzej prezentowała się wieczorem, kiedy włóczyły się po niej tłumy podchmielonych typków i zaczepnie zachowujących się młodych kobiet. Na szczęście Bangkok to nie tylko głośna Khan San. Jest tam naprawdę sporo fajnych miejsc, które warto zobaczyć. W pierwszy dzień zwiedziliśmy dostojną Wat Po – w której leży 46 m długi i 15 m wysoki posąg Buddy. W drugi dzień złożyliśmy wizytę w kapiącym złotem Wielkim Pałacu i w Wat Phra Kaeo ze Szmaragdowym Buddą w środku. Aby wejść na teren pałacu trzeba być odpowiednio ubranym – pilnują tego odpowiednie służby. Będąc w chińskiej dzielnicy trafiliśmy do Wat Trai Mitr świątyni, w której znajduje się trzymetrowy posąg Buddy ze szczerego złota. Jak podaje przewodnik przez przypadek odkryto, że pod warstwą gipsu znajduje się 5,5 ton litego złota. Ostatni dzień pobytu w Tajlandii uwieńczyliśmy wizytą w porcelanowej Wat Arun (świątynia Jutrzenki). Bangkok jest ogarnięty jednym wielkim korkiem, dlatego najlepszym sposobem poruszania się po mieście były nasze własne nogi i niedrogie tramwaje wodne – świetna sprawa. Wyobrażenie o tym jak kiedyś wyglądał Bangkok dał nam spacer do muzeum barek królewskich. Strzałki prowadziły nas po labiryncie wąskich przejść wzdłuż sieci wodnych kanałów. Czasami wątpiliśmy czy uda nam się trafić…

Ajutthaja
Ajutthaja, założona w 1350 r. przez króla Ramę Thibodi I, była drugą po Sukhotai stolicą Syjamu. W 1767 w. została zniszczona przez Birmańczyków. To miejsce odwiedziliśmy dwa razy robiąc sobie całodzienne wycieczki pociągiem z Bangkoku. Za pierwszym razem przewędrowaliśmy przez centrum na nogach, niespiesznie snując się po Wat Ratchaburana, Wat Phra Mahathat i Wat Phra Sri Sanphet. Zaglądnęliśmy do Wiharn Phra Mongkol Bophit z ogromnym odlanym z brązu posągiem siedzącego Buddy. Mała biegała sobie po trawce z kijaszkem lub liściem w dłoni, a my napawaliśmy się widokiem dostojnych czedi, mondopów i wiharnów. Agnieszka wywoływała sporą sensację wśród szkolnej młodzieży, która zamiast zachwycać się pięknem rodzimych zabytków wolała pstrykać sobie fotki z niebieskookim dzidziusiem. Była rzeczywiście wdzięcznym obiektem do fotografowania, bo do wszystkich się śmiała i bez płaczu dała się porwać w dziecięce objęcia. Drugim razem wypożyczyliśmy rowery i zrobiliśmy sobie wycieczkę dookoła Ajutthai. Pomysł z rowerami był naprawdę fajny i żałowaliśmy, że nie wpadliśmy na niego wcześniej. Okazało się, że z nosidłem na plecach można bez problemu pedałować. Przejażdżka bardzo nam się spodobała. Obejrzeliśmy Wat Yai Chai Mongkol, Wat Phanan Cheng, Wat Na Phra Mane, Wat Phu Khao Hong oraz Wat Chai Watthanaram Zaczęło się robić późno trzeba było wracać, żeby zdążyć do pociągu, a tu na domiar złego Mała usnęła. Żal mi jej było, bo nie mogliśmy się zatrzymać, a biednemu dziecku głowa latała we wszystkie strony. No cóż nie zawsze nasz dzidziuś miał wygodnie… na szczęście do stacji nie było zbyt daleko.

Nakhon Pathom
Phra Pathom Chedi – tą ogromną stupę zobaczyliśmy w zasadzie przy okazji. Jej wysokość wynosi 127 m. Obchodząc gigantyczną chedii człowiek nie jest pewien, czy aby na pewno okrążył ją dookoła. W pobliżu świątyni, znajdował się fajny bazar z ciekawym jedzeniem.

Damnen Saduak
Wszędzie pisze, że będąc w Tajlandii nie można ominąć pływającego targu. Sprawdzałam – jest to obowiązkowy punkt każdej wycieczki do Tajlandii oferowanej przez biura podróży. No cóż, komercja jest tutaj, aż nazbyt widoczna. Turystów jest więcej niż Tajów, ale łódeczki wyładowane egzotycznymi owocami trochę wynagradzają wszechobecność bladych twarzy. Poza tym wystarczy przejść się kawałek wzdłuż kanałów, by poczuć klimat i urok tego miejsca. Tłumy turystów są tylko w pobliżu głównego kanału. Za radą z naszego przewodnika zrezygnowaliśmy z przejażdżki łódką, do której bardzo nachalnie namawiali nas tubylcy. Uważam, że miejsce nie jest powalające, ale jako ciekawostkę na pewno warto zobaczyć.

Kanczanaburi
Rekomendowany przez Loney Planet hotelik z restauracją i basenem był dla Agnieszki atrakcją samą w sobie. Szczególnie przypadły jej do gustu klatki z gadającymi ptakami i małymi gryzoniami. Most na rzece Kwai zachwycił Maćka, który uwielbia tego typu obiekty, mnie zaś najbardziej podobała się wycieczka do parku Erwan i kąpiel w wodach siedmiostopniowego wodospadu. Nie tylko zresztą mnie – dla Agnieszki zabraliśmy kółko do pływania. Mała, aż piszczała z radości kąpiąc się na najwyższym poziomie wodospadu, pomimo tego, że woda nie była zbyt ciepła. Do parku nie wolno wnosić jedzenia, a butelki z napojami są odnotowywane w specjalnym zeszycie i trzeba za nie płacić kaucję. Ponieważ byliśmy z dzieckiem strażnicy przymknęli oko na parę przekąsek, co okazało się brzemienne w skutkach, bo w czasie wędrówki przez dżunglasty las nagle okrążyły nas małpy i niebezpiecznie zaczęły się zbliżać do Maćka i mojego plecaka. Pewnie wyczuły jedzenie. Na szczęście mój Tarzan poczuł w sobie zew natury i pokazał łobuzom kto tu jest panem i władcą. Wystraszone jego agresywną postawą i dzikim szczekaniem uciekły na drzewo. Więcej nie odważyły się do nas zbliżać.

Sukhotaj
W 1238 r. w środkowej Tajlandii powstało pierwsze królestwo, a jego stolicą zostało Sukhotaj. Miejsce podobnie jak Ajutthaja obfituje w liczne, wspaniałe zabytki, związane z początkami architektury tajskiej. Styl Sukhotai jest rozpoznawalny dzięki charakterystycznym posągom siedzącego Buddy z rękoma w geście Bhumisparsa mudra i kroczącego Buddy oraz czedi w kształcie pąku lotosu. Na zwiedzanie Sukhotaj przeznaczyliśmy dwa dni. Spaliśmy w Nowym Sukhotaj w przytulnym hoteliku z niewielkim basenem, prowadzonym przez Francuza, który ożenił się z Tajką. Właściciele hotelu mieli syna, który jakimś sposobem znalazł wspólny język z Agnieszką i był wspaniałym kompanem do zabawy dla naszej córci. Do parku historycznego dojeżdżaliśmy songthaewem. Pierwszego dnia obeszliśmy cały park, oglądając po kolei Wat Mahathat, Wat Sra Sri, Wat Trapang Ngoen oraz Wat Sri Sawai, a drugiego zrobiliśmy sobie spacer do Wat Phra Phai Luang i Wat Sri Chum. Szkoda, że nie zdecydowaliśmy się na rower, moglibyśmy wtedy zobaczyć znacznie więcej.

Phitsanulok
Miasto, w którym spędziliśmy trochę czasu czekając na pociąg do Chiang Mai, raczej nieciekawe chociaż… to tam po raz pierwszy skosztowaliśmy duriana, odwiedziliśmy Wat Phra Si Ratana Mahathat ze słynnym Phra Buddha Chinnarat i na własnej skórze przekonałam się jak przyjemny jest masaż tajski.

Chiang Mai
Chiang Mai w przeszłości zwane było “Różą Północy”. Założył je krój Mengrai w 1296 roku i przez stulecia było stolicą Królestwa Lanna nazywanego również “Krainą Miliona Pól Ryżowych”. Przez 200 lat władzę nad miastem sprawowali Birmańczycy. Chiang Mai to przede wszystkim miasto wspaniałych świątyń, które znajdują się w środku otoczonego fosą starego miasta oraz licznych nocnych bazarów. Cały jeden dzień poświęciliśmy na oglądanie najważniejszych świątyń tj. Wat Chedi Luang, w której przez 84 lata przechowywano statuetkę Szmaragdowego Buddy, Wat Pan Tao i Wat Phra Singh, gdzie w cieniu drzew kontemplowaliśmy wspaniałą architekturę w stylu Lanna oraz Wat Chiang Man, która jest najstarszą świątynią mieście. Ufundował ją król Mengrai. Znajdują się w niej dwa niewielkie posążki Buddy – kamienny Phra Sila i kryształowy Phra Setangamani, który podobno przynosi deszcz. Kolejny dzień poświęciliśmy na wycieczkę do sanktuarium Wat Phra That Doi Suthep.

Ociekający złotem kompleks świątynny wzniesiony jest na wzgórzu skąd rozciąga się wspaniały widok na Chiang Mai. Żeby tam dotrzeć trzeba pokonać około 300 schodów. Lśniące posągi Buddy, dźwięk dzwonków wotywnych, niskie tony mantry przerywane od czasu do czasu gongiem, tłumy wiernych… uważam, że było to jedno z bardziej klimatycznych miejsc jakie odwiedziliśmy. Ostatnią świątynią jaką zobaczyliśmy w Chiang Mai była Wat Umong i Wat Bupparam. Zmęczeni trochę sakralną architekturą postanowiliśmy wybrać się na jednodniową wycieczkę “w góry” korzystając z oferty miejscowej agencji. W programie była wizyta w dwóch wioskach , kąpiel w wodospadzie, przejażdżka na słoniu i spływ tratwą bambusową. Atrakcje w sam raz dla naszej Agusi. Była bardzo dzielna. Karmiła słonia bananami, w wiosce głaskała tłustego świniaka, który miał być posagiem dla jakiejś panny młodej i zachwycała się błyszczącymi guziczkami w tradycyjnych strojach dzieci, a na koniec grzecznie siedziała na tratwie mocząc razem z mamą nóżki w wodzie. Wszyscy byli zdziwieni, że takie grzeczne dziecko mamy, a ja byłam z niej dumna. Tą wycieczkę w zasadzie wymyśliliśmy specjalnie dla niej i cieszyło nas, że tak dobrze się bawi.

Wyspa Ko Lipe
7 dni na rajskiej wyspie. Pierwszą rzeczą, która nas mile zaskoczyła był niewątpliwie ekspresowy transport na wyspę, który udało nam się załatwić praktycznie od ręki. Naprzeciwko dworca kolejowego swoje biuro ma Chińczyk, który po wykonaniu dosłownie dwóch telefonów załatwił nam za całkiem przyzwoite pieniądze przejazd do portu i łódź motorową na Ko Lipe. Nie minęło 5 minut a już siedzieliśmy w busiku, który pędził jak szalony w kierunku morza. Podróż speed boatem z krótkim przystankiem na jednej z wysp Ko Tarutao trwała 2 godziny. Wybraliśmy Daya Resort usytuowany na południowej plaży Hat Pattaya. Wybór okazał się strzałem w dziesiątkę. Świetna restauracja, wygodny, niedrogi pokój i miłe towarzystwo pary studentów z Polski, którzy już od pół roku byli w podróży dookoła świata. Pomijając fakt, że Agnieszka zachorowała, a Maciek przesadził z opalaniem i musiał leczyć poparzenie słoneczne spędziliśmy naprawdę fajny tydzień.

Nie przeszkadzała mi gęsta zabudowa i spora liczba turystów, których w ciągu dnia jakoś nie było widać (pewnie nurkowali, lub płynęli na jakąś inną wyspę). Pierwszy raz leniuchowałam w pełnym tego słowa znaczeniu. Urządzaliśmy sobie spacerki na północną stronę wyspy, bawiliśmy się białym piachem, a właściwie sproszkowanym koralowcem, łapaliśmy kraby pustelniki, szukaliśmy muszelek.. Ko Lipe jest mała. Można ją obejść w ciągu godziny, za to kąpiel w ciepłym jak zupa morzu i pływanie z rurką w otoczeniu mieszkańców rafy koralowej naprawdę wciąga, i człowiek nawet się nie zorientuje kiedy zastanie go wieczór. A tu już trzeba szykować się na wieczorne barbeque. Połów jak zwykle był udany więc można wybierać w różnej maści rybach, krabach, małżach, krewetkach, ślimakach czy kalmarach. Trafiła się nawet langusta. Takich pyszności jeszcze nie jadłam. A wszystko przyrządzone jak sobie tylko zażyczę, do tego zimne piwko – czego można chcieć więcej?

Songkhla
Miejsce trochę nas rozczarowało. Na plaży czuliśmy się jak nad naszym Bałtykiem. Nawet syrenka się znalazła… Plaża raczej brudna, w morzu worki plastikowe… Dziwna rzecz, mało kto używa strojów kąpielowych, większość kąpie się w podkoszulkach. Trochę egzotyki wprowadzały zakwefione muzułmanki, nie było ich jednak dużo. Wdrapaliśmy się na wzgórze Khao Tung Kuan skąd rozciąga się ładny widok na miasto i Zatokę. Dla Agnieszki niewątpliwie atrakcją była możliwość karmienia małp przy stacji kolejki linowej. Bez oporu przychodziły, gdy tylko zorientowały się, że ktoś ma jedzenie w ręku, na szczęście nie były agresywne – widać przyzwyczajone do ludzkiej obecności. Pół dnia spędziliśmy w muzeum folkloru Thaksin, strasznie nas to zmęczyło i oceniamy je raczej jako mało ciekawe.

Korat
Ponieważ kulturę Tajlandii kształtowali również Khmerowie nie mogliśmy pominąć takich miejsc jak Phimai, Muang Tham i Phom Rung – ruiny świątyń khmerskich na szlaku do Ankor Wat. Jest to namiastka tego co można zobaczyć w Kambodży, ale i tak warto się tam wybrać. Po obejrzeniu Phimai – ruin z czerwonego piaskowca pochodzących z XI – XIII wieku, wsiedliśmy do rikszy i kazaliśmy się zawieźć do Sai Ngam największego na świecie okazu figowca bengalskiego. Ta ciekawostka przyrodnicza robi wrażenie, chociaż wygląda zupełnie inaczej niż sobie to wyobrażaliśmy. Żeby zobaczyć Muang Tham ze zbiornikami wodnymi i Phanom Rung hinduistyczną świątynię boga Sziwy trzeba wynająć taksówkę. Oba miejsca są bardzo klimatyczne i gorąco je polecamy.

Wyspa Kho Samet
Na wyspę dopłynęliśmy statkiem z Ban Phe. Czekały nas kolejne 3 dni leniuchowania, tym razem na plaży Aon Cho. Pogoda troszkę się popsuła, morze nie było takie przejrzyste i turkusowe jak na Ko Lipe, no i brakowało nam rafy. Plaża okazała się wąska, a rankiem praktycznie jej nie było, co nas rozczarowało, bo zgodnie z przewodnikiem miała być szeroka. Ponieważ był weekend sporo ludzi kręciło się dookoła. Pomimo to miejsce okazało się całkiem przyjemne. Dodrze trafiliśmy z noclegiem. Mieszkaliśmy w wygodnym bungalowie, a restauracja w naszym resorcie serwowała jadło równie wyśmienite jak na Ko Lipe. Atrakcją w naszym resorcie była świnia, która przechadzała się pomiędzy stolikami. Ciekawostką na wyspie były hałaśliwe cykady, których było tak dużo, że miejscowi, co wieczór urządzali ich zbieranie.

Z czego zrezygnowaliśmy?

Z Kambodży – stwierdziliśmy, że nie będziemy siebie i Małej męczyć długą jazdą autokarem. Ankor może na nas poczekać… no się doczekaliśmy w grudniu.

Ciekawostki

Król i jego rodzina
Drugiego stycznia 2008r. w 85 roku życia zmarła księżniczka Galyani Vadhana – starsza siostra króla Tajlandii Bhumibola Adulyadeja, Ramy IX z dynastii Czakri. Według tajskiej tradycji, musi upłynąć sto dni, zanim ciało zmarłej księżniczki zostanie skremowane. Kraj pogrążony był w żałobie. W telewizji non stop transmitowano nabożeństwo żałobne. Na każdym dworcu kolejowym, w każdej świątyni lub miejscu użyteczności publicznej były wystawione księgi kondolencyjne oraz zdjęcia zmarłej i rodziny królewskiej. W miastach, szczególnie Bangkoku na znak żałoby ludzie chodzili ubrani na czarno. Do niektórych Botów na terenie Wielkiego Pałacu nie mogliśmy wejść, ponieważ trwały tam modlitwy w intencji zmarłej.

W Tajlandii król i jego rodzina są powszechnie szanowani, a obraza majestatu może kosztować nawet 75 lat pozbawienia wolności (więzienia tajskie mają opinię najcięższych na świecie). Pewnego razu nieźle się zestresowałam, bo upadła mi moneta i bezwiednie przydepnęłam ją nogą – w świetle tajskiego prawa obraziłam króla i popełniłam przestępstwo, dobrze, że nikt tego nie zauważył, później już się pilnowałam, by takich rzeczy nie robić … Tajowie kochają swojego władcę, a swoje uwielbienie manifestują wieszając wszędzie jego portrety. Podobizny miłościwie panującego Bhumibola Adulyadeja zdobią ulice i mosty, sklepy i restauracje. W każdej świątyni można znaleźć figurki przedstawiające króla i królową oraz zasłużonych dla kraju dygnitarzy. Urodzony w 1927 król jest najdłużej panującym monarchą na świecie – na tronie zasiadł 9 czerwca 1946. Jest wynalazcą, gra na saksofonie i lubi robić zdjęcia (nawet podobizna na banknotach jest z aparatem na szyi). Z opisów wynika że jest nietuzinkową osobą. Mieliśmy okazję zobaczyć z jaką powagą Tajowie traktują swój hymn narodowy. Byliśmy zaskoczeni, gdy z megafonów na dworzec Thonburi w Bangkoku zaczęła płynąć melodia, a wszyscy podróżni postali, by w milczeniu na baczność wysłuchać swej narodowej pieśni.

Świątynie i Mnisi
Cudownie kolorowe, bogato zdobione, strzeliste świątynie są na tyle charakterystyczne, że nasza córeczka bez problemu wskazywała paluszkiem, gdzie mieszka “Pan Budda”. Bardzo lubiła te miejsca. Swobodnie biegała sobie po Botach, wywołując uśmiech na ustach zarówno wyznawców jak i mnichów. Czasami wychodziła ze świątyni z jakimś owocem, który dostawała w prezencie. Dla niej rytualne naczynia i przedmioty oraz ofiarowywane dary były fajną zabawką, po którą, jak tylko mama nie dopilnowała, sięgała bez zahamowań.


Mnisi nie mogą dotykać kobiet, ani przyjmować od nich żadnych darów. Najwidoczniej nie dotyczy to małych dziewczynek, bo w Wat Arun w Bangkoku spacerowała sobie w najlepsze za rączkę z pewnym wiekowym już mnichem. W Chiang Mai pewien dobrotliwy naśladowca Dalej Lamy postanowił ją pobłogosławić – przywołał nas do siebie, zanurzył kropidło w misie, skropił porządnie wodą i trzymając nad nią ręce wymamrotał coś pod nosem. Kiedyś, gdy nam zasnęła podczas przechadzki w mieście położyliśmy ją na dywaniku u stóp Buddy w pierwszej napotkanej świątyni. Cisza, spokój, przyjemny wiaterek z wentylatora. Mała spała chyba ze dwie godzinki, a my w tym czasie spokojnie wypisywaliśmy pocztówki i czytaliśmy przewodnik.

Domki dla duszków
No właśnie, duchy… W Tajlandii przy każdym domu, sklepie hotelu czy restauracji, a nawet w instytucjach publicznych znajdują się “domki dla duszków”. Tajowie wierzą, że budując dom zabierają duchom ich terytorium. Bezdomnym bytom stawia się małe domki – kapliczki, aby mogły w nich zamieszkać. Składane codziennie ofiary w postaci kadzidełek, owoców, kwiatów i wody mają udobruchać mieszkające w nim duchy. Każda gospodyni sprzątając swe domostwo zawsze pamięta o niewidzialnych lokatorach i od ich lokum zaczyna sprzątanie. Agnieszkę bardzo pociągały te mini domki – szczególnie, gdy były w zasięgu jej rączek – musieliśmy na nią uważać, by przez swą beztroskę w podejściu do tematu nie rozgniewała jakiegoś złośliwego ducha.


Durian
Wyjątkowo paskudnie śmierdzący owoc, a im bardziej śmierdzący tym smaczniejszy. Nie należy go spożywać w publicznych środkach transportu.


Masaż Tajski
Prawdziwa przyjemność i relaks. Pierwszy raz zdecydowałam się na masaż, gdy byliśmy w Phitsanulok. Mieliśmy sporo czasu do odjazdu pociągu i włóczyliśmy się bez celu po mieście. Bulwar nad rzeką zaczął właśnie tętnić wieczornym życiem. Spacerując pomiędzy straganami natknęliśmy się na kilka foteli do masażu. Postanowiłam spróbować i nie żałuję. Zafundowałam sobie godzinny masaż stóp i łydek, a moja córeczka postanowiła pomóc trochę pani i ku uciesze wszystkich wymasowała mamie uda i ramiona.

Drugim razem zdecydowałam się na klasyczny masaż tajski – było to w Songkhla. Do tej pory nie jestem pewna, czy miejsce, które wybrałam nie było miejscowym “domem uciech”. Starsza pani zaprowadziła mnie na górę, posadziła na kanapie i obmyła stopy. Potem przyniosła specjalne ubranie i ruchem ręki wskazała jakiś mroczny pokój. Na środku leżał materac, z boku stał mały stoliczek z włączonym telewizorem. Przebrałam się w o wiele za duże na mnie ciuszki i czekałam, co będzie dalej. Po chwili zjawiła się masażystka – 100 kg żywej wagi i ani słowa po angielsku… Jak zaczęła mnie uciskać, naciągać i wyginać to myślałam, że wyzionę ducha. Czułam się jak ciasto drożdżowe w rękach mojej mamy. Wymasowała mi wszystkie mięśnie i stawy, zajęła się każdą cząsteczką mojego ciała zaczynając od głowy, a na małym paluszku stopy kończąc. Masaż może i nie należał do łagodnych, ale po półtorej godzinie czułam się jak nowo narodzona… gorąco polecam.

Asia i Maciek Przybysz
prz_prz Asia i Maciek Przybysz z Agnieszką

Mieszkamy w Katowicach. Nasze wspólne hobby to góry i jaskinie, ale to co lubimy najbardziej, to kupić przewodnik, spakować plecaki i ruszyć w trasę…

Kochamy podróżować, i gdy urodziła się nam córeczka Agnieszka postanowiliśmyw trójkę skosztować smaku przygody. O tym, co zobaczyliśmy i jak poradziliśmy sobie, jako podróżujący rodzice chcemy opowiedzieć innym.

 I jeszcze trochę zdjęć:

 


(c) Mały Podróżnik – www.malypodroznik.pl

Share