BIAŁOWIEŻA – na tropie!

Uczestnicy wyprawy:

Monika Węgrzyn – autorka i mama

Julek – lat 7 syn
Amelka – lat 3 córka
Rysio – tata w/w pociech
Melanie – siostrzenica lat 5
Beniamin – lat 7 siostrzeniec
Yadava lat 9 – sostrzeniec
Asia – ich mama

….
– Patrz, patrz, mamo! Jest ŚLAD! To chyba dzik?! – teatralnym szeptem krzyczy Julek.
– Nie, chyba jeleń – mówię, aby przegrać zgodnie z planem.
– Panie przewodniku, panie przewodniku, MAMY ŚLAD! – ekscytuje się synek.

Pan Bazyli podchodzi powoli, z należytą powagą pochyla się nad odciskiem w błocie. – Dzik – mówi stanowczo – a nawet kilka dzików, poszły tam – pokazuje ręką w gląb lasu. – Widzisz? Widzisz, wygrałem! – cieszy się Julek. Jak na dziecko obudzone o 4.30 jest w świetnej formie. Ale też senność znika natychmiast gdy zaczynamy tropienie zwierzyny. Chociaż gdy go budziliśmy trzeba było zanęcić cukierkiem. Kiedy wczoraj wyjeżdżalismy z Warszawy magnolie już kwitły, tu w Białowieży, jeszcze zupełne przedwiośnie. Rano trzeba zeskrobywać szron z szyb samochodu, jest zimno, nagie gałęzie, lekko tylko oprószne delikatną zielonkawą mgiełką zapewniają dobrą widoczność. Dwa dni wcześniej przyleciały bociany. Jest na tyle sucho aby po puszczy dało się chodzić i na tyle mokro aby w obniżeniach terenu obserwować tropy zwierząt. Idealna pora na tropienie zwierząt.

Na żubra

Wstajemy po ciemku. Odpuszczamy mycie. Ubieramy się zgodnie z instrukcja przewodnika w ubrania cieple ale nie szeleszczące. Bierzemy aparty fotograficzne i lornetki. W końcu to ma być hit wyprawy – idziemy na żubra! 9-letni Yadava dzielnie maszeruje do samochodu, choć jest dziwnie małomówny. Pod dowództwem pana Darka ruszamy na przełaj przez rozległą łakę zamkniętą oddalonym pólkolem lasu. Pasma mgły snują się tuż nad ziemią. Jest już szaro. Za chwilę wstanie słońce. Brniemy przez trawy. Nagle przewodnik zatrzymuje się i gestem nakazuje absolutną ciszę. W skupieniu pochylamy się nad murawą razem z nim. Jest! Ale wielka kupa! I to zupełnie świeża! – Muszą tu gdzieś być – szepce przewodnik. Za chwilę w milczeniu pokazuje nam odciski wielkich kopyt, doskonale widoczne w miękkim gruncie. – Poszły tam – twierdzi. Idziemy. Rozglądamy się ale nie widzimy niczego ciekawego. Nagle ciszę przerywa dramatyczny krzyk. Odpowiada mu drugi. Wystraszona rozglądam się dookoła. Nic. Cisza. – Żurawie – szepce pan Darek. Powoli tracimy nadzieję, linia lasu zbliża się szybko. – Ach, tu są, spryciule – czule szepce przewodnik, patrząc na kępę drzew. Chwytam lornetkę. Nic nie widzę. Yadava, juz zupełenie obudzony, też patrzy przez lornetkę. – No! – mówi inteligentnie, a oczy ma ogromne z podniecenia. Idziemy. Ja nadal nic nie widzę poza pasmami mgły i niewyraźnymi zarysami drzew. Obchodzimy dookoła, żeby podejść z drugiej strony. Tam jest szosa i hałas z tamtej strony nie powinien spłoszyć zwierzaków. Nareszcie i ja widzę. Trzy. Ogromne. Nieruchome. Samiec stoi i patrzy w stronę lasu. Wydaje się bardzo potężny. I ta sylwetka. Do głowy przychodzi mi natychmiast refren piosenki o poruczniku Olbromskim, który – jak pamiętamy – był “jak tur szeroki w plecach, jak osa w talii wąski”. Zwierzak (samiec czyli byk) ma taką właśnie trójkątną sylwetkę. Obok dwie samice (czyli krowy) zdecydowanie drobniejesze, choć też rozmiarów budzących szacunek. Pożerają oszronioną trawę.

Wschodzi słońce
– Łał – szeptem krzyczy Yadava z lornetką przy oczach. Żubr odwraca głowę w naszą stronę. Patrzy. Nieruchomiejemy. Po chwili zwierzak zaczyna spokojnie skubać trawę. Przenosimy się w inne miejsce. Tu powinnismy zobaczyć mnóstwo zwierzyny. Pędzimy przez las już 4 kilometry a tu nic. Wszędzie swieże tropy – szły tędy i jelenie i żubry i dziki. Ale poszły.
– Dziwne – mruczy skonfundowany przewodnik. Po kolejnych dwóch kilometrach nie mmay już wątpliwoci – na tej ścieżce niczego dzis nie zobaczymy. Widzimy tylko wyraźne, świeże slady opon roweru i odciski dwóch par butów. Ktoś nas ubiegł. Tak to jest z tropieniem – pewności nie ma nigdy.
Wracamy. Znów mijamy naszą łaczkę, na której rano pasły się żubry. Też już poszły. Jedziemy samochodem nieco zawiedzeni. Tak dobrze się zaczęło.
– Stop – komenderuje przewodnik, który cały czas przepatruje teren. Zatrzymuję się natychmiast. Po łące chodzi ptak. Ptaszysko raczej. – To nie bocian – wyjasnia przewodnik – to żuraw, ten co tak krzyczał. Chwytamy lornetki. Widać go jak na dłoni. Przepiękny. Cudowny, kolorowy ogon, zawadiacko sterczy za smukła sylwetką. Najwyższy ptak Polski. Patrzymy jak zaczarowani. Czas wracać na śniadanie. Reszta ekipy wita nas pytającymi spojrzeniami. – Trzy! – krzyczy Yadava – I dla większej pewności pokazuje uniesione trzy palce. – I żuraw – dodaje precyzyjnie.

Na bobra

I znów 4.30. Życie tropiciela zwierząt nie jest dla śpiochów. Dziś idziemy na bobra. Bohaterowie są już nieco zmęczeni, bo dzień po dniu podubka przed świtem to dla maluchów trudne. Ale dzielnie zrywają się z łóżek i potykając się o własne nogi pędzą do samochodu. Dziś tropimy z panem Bazylim. I znów przepiękna puszcza wokół nas. Świta. Brniemy prze podmokły teren, uważnie nasłuchując – a nuż coś, gdzieś chlupnie. Niestety, chyba jestesmy za głośno dla bobrów. Widzimy owoce ich cięzkiej pracy – żeremia i tamy. Drzewa powalone ostrymi ząbkami i starannie objedzone z kory. Jedno zupełnie świeżo napoczęte. Pień obgryziony dookoła trzyma się jeszcze na środku, ale to już niedługo. Może zaraz wrócą dokończyć robotę? Czekamy. Niestety. Julek znajduje wspaniałe trofeum – kwałek grubego pnia przegryzionego w charakterystyczny sposób. Ładuję trofeum do plecaka. Za chwilę ląduje w nim również łopatka żubra, mocno już wysuszona i dokładnie oczyszczona przez mrówki. No tak, jak zaniesie to do szkoły, to sława! Wracamy, kilka kilometrów po lesie przed śniadaniem mamy zaliczone. Nagle z lasu na drogę wybiegają dwie łanie. Zatrzymują się na kilka sekund, wpatrzone w nas z niedowierzaniem. No tak, o tej porze powinniśmy spać. Chłopcy milkną z zachwytu. Pan Bazyli tłumaczy, że wbrew obiegowej opinii żoną jelenia nie jest sarna. No zaraz samochód. Ale jeszcze przed tym dwa dorodne dziki, wyskakują z lasu i pędzą gdzieś w swoich sprawach. – ŁAŁ! – chłopcy aż podskakują z emocji. – Tak to jest z naturą – tłumaczy przewodnik Bazyli Skiepko – idzie się na bobra a spotyka dzika. Idąc po lesie trzeba się cały czas uważnie się rozglądać – dodaje. Chłopcy zaczynają gorliwie kręcić głowami i wybałuszać oczy. Ale to już koniec zwierzyny na dziś. Przed nami jeszcze nocna wyprawa na sowy no i zwierzaki w rezerwacie pokazowym żubrów. Ale po tropicielskich wyczynach w lesie, żubry za ogrodzeniem tracą urok. Już wiem, że niebawem znów tu przyjedziemy na łowy. – Wiesz mama, ja chyba jednak zamiast tego kółka o czołgach, które miałem przygotować, zrobię coś o zwierzętach – planuje Julek. Nie dziwię się, mając takie trofea i takie wspomnienia! Aha, zapomniałabym o jeszcze jednym “wytropionym” zwierzęciu. W pensjonacie Ostoja, gdzie zatrzymaliśmy się, jest żółw. Mieszka w piaskownicy, w której nie ma piasku tylko pyszna, soczysta trawa. Żółwia w piaskownicy wytropiła najmłodsza Amelka, która z racji wieku (skończone trzy) w porannych wyprawach do puszczy nie uczestniczyła. – I co, fajny ten żółw – pytam. – Fajny – odpowiada – tylko nic nie mówi. To rzeczywiście pełne zaskoczenie, wszystkie żółwie jakie dotąd widziała (a sporo ich wystepuje w dobranockach) mówiły!

Monika Węgrzyn
SONY DSC
Monika Węgrzyn z Ryszardem i dziećmi Amelką, Julkiem i Kamilem
Monika Węgrzyn – mama Kamila (lat 27), Julka (lat 7) i Amelki (lat 3) {stan na 2009 rok} miłośniczka łącząca pasję z pracą – jest znaną dziennikarką podróżniczą.
Od lat z tym samym nie-mężem Rysiem, miłośnikiem teatru, podróży i życia na szlaku.
Uwaga! Monika jako przewodnik robi GENIALNE wycieczki dla dzieci!  Zobacz: http://www.monikawegrzyn.pl/#/

(c) Mały Podróżnik – www.malypodroznik.pl

Share