Banany, lemury i swoboda czyli wyprawa z maluchem na Madagaskar!

Początek…
Najpiękniejsze wschody słońca są w Afryce. Tam ptaki najgłośniej śpiewają, kolory są intensywniejsze, gwiazdy przy odgłosach cykad najmocniej świecą. Niemożliwe staje się możliwym, a nieistotne już nie pamiętanym. Dlatego z naszym ponadrocznym synkiem pojechaliśmy na Madagaskar, bo pachnie wanilią, smakuje bananami i awokado, a dzień zaczyna się od bagietki z konfiturą i kawą.

No i jest to ojczyzna legendarnych lemurów ze znanej kreskówki. Przed wyjazdem na Madagaskar z naszym 15-mięsięcznym synem Alkiem rozważałam wszystkie możliwe scenariusze niekończące się happy endem. Codzienny płacz, brak apetytu, strach, zatrucia, plagi komarów, zmęczenie. Mimo dużego doświadczenia w podróżowaniu i wrodzonego luzu, bałam się o synka w zestawieniu z pająkami, wężami, brudną wodą, nieświeżym jedzeniem, malarią, zimnem. Nic na to nie wskazywało, ale Aleksander nie koniecznie musiał być typem podróżnika… co będzie jak na Madagaskarze powie “nie”? Jednak polecieliśmy.

Co więcej, bez konkretnego planu. Ale pamiętałam o radzie babci Alka “jedziecie z małym dzieckiem, żebyście nie byli rozczarowani jeśli wybierze zabawę na plaży. Jedźcie po prostu odpocząć”. I tak z ogólną wiedzą, bez szczegółowych rozpisek, rezerwacji, tylko z biletami lotniczymi ruszyliśmy na podbój Madagaskaru.

Bez planu, bez oczekiwań czyli afrykańska swoboda
Nikomu oczywiście nie polecam takiego bezplanu i dla większości nie będzie to najlepszy sposób na podróżowanie, ale w naszym przypadku (osób znających Afrykę, pracujących przez ostatnie kilka lat przy organizowaniu wypraw) to była miła odmiana. A brak oczekiwań i improwizacja świetnie się sprawdza w afrykańskiej czasoprzestrzeni. Prawie miesiąc byliśmy w drodze, samochód niemal zastąpił nam dom. Dla Alka Madagaskar był wolnością, chwilowym wyswobodzeniem się z uporządkowanej Europy. Foteliki samochodowe i wózek nie istniały. Mógł się rozsmakować w bananach na każde zawołanie. Nie było nakazów i zakazów. Stał się równym współpartnerem wyprawy, pierwszej tak dalekiej. Ale nie o odległość chodziło, a o odmianę jaka go spotkała. Inne zapachy, odgłosy, kolory.

Zieleń w piekle, białe z czarnym
Zaczęliśmy od poszukiwań drzew gigantów, magicznego lasu, alei baobabów, wizytówki Madagaskaru. Chcieliśmy poczuć się jak krasnale w świecie olbrzymów. Malgasze (czyli tubylcza ludność Madagaskaru) mówią, że diabeł posadził je do góry nogami, żeby w piekle było trochę zieleni. Gładkie, długie słupy zakończone koroną korzeni nie są aż tak duże i nie jest ich tak wiele, jak myśleliśmy. Wieczorem, zgrywając zdjęcia zrozumiałam na czym polega fenomen alei. Jest nieprawdopodobnie fotogeniczna i w tym tkwi pewnie diabelski chochlik. Ale, tym niemniej, byliśmy trochę zawiedzeni. Zdjęcie Alka z małymi Malgaszkami wysłałam mailem z Morondavy (miasteczko nad zachodnim wybrzeżem) do rodziny i znajomych. Patrząc na nie widziałam i widzę obywatela świata, człowieka otwartego, odważnego, bez kompleksów i uprzedzeń. Do głowy by mi nie przyszło, że mogę usłyszeć, że jak mogłam oddać własne dziecko w ręce tubylców. Tak drodzy mili, nie wszyscy odbierają poznawanie świata za przywilej. A upodobanie do koloru białego nadal zaskakuje. A było tak miło, kiedy spontanicznie pojawiły się wesołe dziewczynki i pełne uroku zabawiały Alka. On natomiast czuł się wyjątkowo komfortowo, ponieważ cała uwaga skupiła się na nim.

Pociągowa mantra czyli mandarynka na stacji
Pociągiem wybraliśmy się na dwudniową wycieczkę “tam i z powrotem”. W przewodniku wyczytałam, że nie jest to atrakcja turystyczna, ale autorzy zachęcali do przygody tych, co lubią lokalny koloryt. I nie zabrakło go. Jechaliśmy przez niezliczone wioski, mgliste doliny, mijaliśmy wodospad i skaliste urwiska. W ósmej godzinie spędzonej w pociągu, bez najmniejszego przypuszczenia jak długo możemy jeszcze jechać, przyszedł moment, że prawie było nam już wszystko jedno. Powoli wszyscy osiągaliśmy stan odrętwienia w rytm tu-tut, tu-tut, tu-tut. Wszystko toczyło się swoim tempem, nikt się nie spieszył i nie mieliśmy na nic wpływu. Dla nas pewna powtarzalność stawała się nużąca, a na Alka działała uspokajająco. Pociąg jechał, a potem stał i stał, znów jechał, stał i stał. Alek całkowicie akceptował ten rytm. Podczas postojów ładowano do wagonów kosze pełne mandarynek, a my dla zabicia czasu odważnie próbowaliśmy lokalnych przysmaków sprzedawanych przez okno. Mój syn z lubością pokonywał kilka schodków, by móc zdobyć kamyki usypane między torami. W między czasie pokonywał rekordy w nadgryzaniu kolejnej słodkiej mandarynki, które za śmieszne pieniądze kupowaliśmy całymi pęczkami. Sok lał mu się po buzi, co doprowadzało go do chichotu. Na kolejnej stacji, powtórzyliśmy wyuczony schemat, kilka schodków w dół po kamienie.

Audiencja u króla lemura
Na Madagaskarze Alek głównie gonił wiatr. Dla nas wyjazd był dużym wyzwaniem, radością z kolejnego miejsca, nowymi kontaktami, zdjęciami. W jego podróży nie chodziło o widoki, mapy, przewodniki, zwiedzanie czy zdobywanie i udowadnianie. Dla niego zarezerwowani byliśmy my, nasze wspólne bycie całymi dniami, beztroska jazda w nieznane, szczęśliwy uśmiech. Ale nie jest też tak, że mój mały synek nie zauważał inności. Wydawać by się mogło, że właściwie każde miejsce dla takiego malca, jeśli tylko ma opiekę najbliższych, jest tym samym. A jednak nie. Po wizycie w lesie deszczowym w Ranamofanie, gdzie pól dnia tropiliśmy płochliwe lemury, wydawało się, że zabraknie nam szczęścia i nici z audiencji u Króla Juliana (bohater animowanego Madagaskaru). Lemury Catta, będące pierwowzorem dla filmowej postaci żyją między innymi w Isalo i są wyjątkowo tolerancyjne dla człowieka. Zależało mi o tyle, że było to jedyne odniesienie, jakie mogłam zaproponować Alkowi, żeby z czymś kojarzył Madagaskar. Jak w końcu wytropiliśmy lemura, Alek na widok tego połączenia kota z wiewiórką, zwariował ze szczęścia. Nie wiedział jak okazać swój zachwyt więc krzyczał i wszystkim rzucał, a lemury nie zważając na to odpowiadały spokojnym pomrukiwaniem i czymś w rodzaju szczekania. Zaskoczenie mieszało się z zauroczeniem, oczarowaniem. Alek w swoim dzikim zachwycie rzucił się na plecak, wyciągnął banana i z przejęciem rzucił w stadko lemurów. “Mamam bamam”, co w jego języku znaczyło ni mniej ni więcej tylko “zjeść banana”.

Wiadro ciepłej wody zamiast nowego matchboxa
Bez powiedzenia sobie “luz” być może w niewielu zaistniałych sytuacjach umiałabym znaleźć przyjemną przygodę. Poczucie stałości i dostępności dobrodziejstw rozwiniętej cywilizacji dla Europejczyka jest na tyle silne, że nie mamy tolerancji gdy ich zabraknie. Brak powoduje irytację. Przez cały dzień nie zważałam na kurz, brud, niewygodę. Nie wybraliśmy się przecież do sanatorium. Wieczory celebrowaliśmy. Przy odgłosach szumiącej Afryki, cykad, pod rozgwieżdżonym niebem kończył się dzień. W kolonialnym stylu, pod moskitierą usypialiśmy Alka, a potem rozsmakowywaliśmy się w południowo-afrykańskich winach i awokado, najlepszym jakie jadłam. Noce w Afryce, to tak jakby ktoś nagle zgasił światło. Absolutna ciemność. Dojechaliśmy do Manakary (wschodnie wybrzeże Madagaskaru) głodni i zmęczeni tuż przed zachodem. Alek miał wrażeń zdecydowanie “po sufit”. I jak to w takich sytuacjach bywa, zaskoczeniom nie było końca. To, że prąd włączają tylko wieczorem na kilka godzin – wiedzieliśmy, ale tego wieczoru padły agregaty. Nie ma prądu, nie ma światła, nie ma wody, nie ma kąpieli. Pozostało nam siedzieć i czekać do rana. Nieoczekiwanie pojawił się pan z wiadrem gorącej wody i świecami. Zimne światło czołówki zamieniliśmy na ciepłą poświatę świec. Alek z nieziemską przyjemnością oddawał się kąpieli. Niczego więcej chyba nie można mu było w tym momencie dać. Przelewanie wody, chlapanie, skakanie, było najlepszą nagrodą dla Alka i dla nas. Półmrok namalował romantyczno-sielski obraz najszczęśliwszego dziecka, które wygrało w kole fortuny. Nie kolejnego matchbox’a czy tysiąc grających klocków, a tylko litry wody, które dołączyły do najlepszych zabaw obok kamieni i kijków.

Magdalena, Sebastian i Aleksander Sadkowscy              
sad_sad
Magdalena i Sebastian Sadkowscy z Aleksandrem
Wspólnie pragniemy przeżywać, smakować i poznawać świat. Dobrze czujemy się razem w domu, ale jeszcze lepiej “w drodze”, która nas inspiruje, uczy, pozwala odkryć magię świata. Z naszych wielu (często odmiennych) pasji, podróżowanie stałosię wspólną i jest celem samym w sobie. Widząc jak wiele to daje naszemu synowi zawsze będziemy wierni idei podróżowania z dziećmi.
Wyprawy Aleksandra znajdziecie na www.alec-aleksander.blogspot.com

I jeszcze trochę zdjęć:


(c) Mały Podróżnik – www.malypodroznik.pl

Share