HISZPANIA – Tajemnice katalońskich kraników

Rowerowa podróż z dzieckiem po Katalonii.

Warto z dzieckiem wybrać się do Katalonii. Będzie zachwycone kranikami z cieknącą wodą, kłosami zbóż, mrówkami, kosiarkami i traktorami. A my zauroczymy się pięknem gór, słońcem i spokojem katalońskich miasteczek, morze pozostawiając na deser. A wszystko to smakuje najlepiej na dwóch kółkach.

W pierwsze urodziny Michał został mianowany kierownikiem rowerowej eskapady, która miała rozpocząć się trzy dni później. My chcieliśmy w góry, na rower, pod namiot. On zadecydował o reszcie. O celu wyprawy, ilości przejechanych kilometrów, drogach, jakimi będziemy się poruszać, no i ciężarze naszych bagaży.

Wybraliśmy Katalonię ze względu na przewidywalne warunki pogodowe. Na przełomie maja i czerwca opady są rzadkością, a słońce nie praży jeszcze tak bezlitośnie jak w sezonie wakacyjnym. Zdecydowaliśmy, że będziemy jechać jedynie wtedy, gdy kierownik wyprawy będzie miał swoje dzienne drzemki, aby w trakcie czuwania mógł nacieszyć się wszelkimi skarbami dostępnymi na ścieżce. Ponadto zamierzaliśmy korzystać tylko z dróg, na których jest niewielki ruch i mają gładką nawierzchnię.

Do roweru taty doczepiliśmy jakieś 30 kg w postaci dwumiejscowej przyczepki wypełnionej Michałem oraz pluszakami. Przed wyjazdem mama w celu eliminacji ewentualnych turbulencji w pojeździe umieściła wewnątrz konstrukcję z gąbek używanych do obkładana rur. Do tego oboje zapakowaliśmy do sakw po 25 kg bagażu. I tak obładowani ruszyliśmy na lotnisko.

Hiszpania przywitała nas słoneczną pogodą. Prosto z lotniska w Gironie skierowaliśmy się na jeden z odcinków Vias Verdes, czyli Zielonych Dróg – pieszo rowerowych ścieżek utworzonych na trasie zlikwidowanych przed laty kolei. Obecnie ich sieć składająca się z rozrzuconych po całej Hiszpanii odcinków rozciąga się na długości 1700 km i nadal wydłuża się. Katalońskie Vias Verdes pokryte są gładkim szutrem i ciągną się przez malownicze górskie krajobrazy. Mimo że jedziemy w góry, to zazwyczaj nieznacznie tylko odczuwamy pokonywane wysokości. Droga ma nachylenie najwyżej 4 proc.

Wieczorem dojechaliśmy do pierwszego kempingu. Ich sieć jest gęsta w tym rejonie. W promieniu 50 km zawsze można znaleźć kolejny. Ceny różnią się w zależności od atrakcyjności miejsca i pory roku. Poza sezonem, tj. do lipca dwójka rowerzystów z dzieckiem może rozbić namiot za ok. 15 euro, a w sezonie już o kilka euro drożej. Za tę cenę mamy do dyspozycji czystą łazienkę, czasem z pomieszczeniem do mycia dzieci, basen (o ile już działa), plac zabaw, czy też świetlicę. Za dodatkową opłatą skorzystać z pralki. Zazwyczaj na miejscu jest też sklep z najpotrzebniejszymi artykułami i restauracja. Bardziej wymagający mogą za ok. 70 euro wynająć bungalow. Dodatkowym atutem kempingowania poza sezonem jest pełna intymność. Najczęściej byliśmy jedynymi gośćmi.

Dla Michała największą atrakcją, przebijającą nawet świetnie z reguły wyposażone place zabaw, okazały się kraniki z wodą, które stoją przy prawie każdej parceli. Podpatrywanie skąd wypływa woda i czemu tryska woda potrefiło intrygować go nawet na dobre 15 minut – jakże cudowny kwadrans dla całej naszej trójki. Przyjemnością było także raczkowanie i turlanie po zadbanej, gęstej trawie kempingu, szczególnie jeśli w pobliżu hałasowała właśnie kosiarka. Michał nie mógł oderwać od niej wzroku, podobnie jak od traktorów, które przed sezonem wyrównywały dróżki między parcelami, kopały doły lub jeździły po okolicznych polach.

W kempingowych restauracjach zawsze można otrzymać wrzątek. W ten sposób zaoszczędzimy czas i gaz, z którego kupnem w małych kartuszach mogą być problemy. Obsługa służy zawsze pomocą, jednakże bez znajomości podstaw hiszpańskiego można mieć trudności z przedstawieniem naszych potrzeb. Braki w hiszpańskim można nadrobić francuskim, którego wpływy są dość silne w języku katalońskim. Znajomość angielskiego nie jest tu zbyt powszechna.

O ile z przyczepką Michał był za pan brat, o tyle namiot był wielką niewiadomą. Po jego rozbiciu zaczął ku swojej i naszej radości wspinać się na jego szczyt, zaglądać do środka, ciągnąć za sznurki, tarzać się po matach. Tak było każdego dnia. Nasza obawa przerodziła się w podejrzenie, że po poerocie nad domowym łóżeczkiem trzeba będzie przynajmniej rozpiąć tropik. Zaczęliśmy się też przyzwyczajać, że znużony atrakcjami dnia szukał snu w przyczepce.

Kolejnego dnia zjeżdżamy z Vias Verdes, mijamy Olot i naszym oczom ukazują się ośnieżone szczyty Pirenejów. Na nocleg wybieramy Lava Camping w pobliżu Santa Pau. Spokojne miejsce połozone w krainie wygasłych wulkanów w Parku Narodowym Garrotxa. Można stąd udać się na wycieczkę i podziwiać kratery, czy urocze marsjańskie czerwone pola uprawne położone wokół bazaltowych skał. Na tej żyznej ziemi uprawiane jest zboże wszelkiego sortu, więc Michał z wielkim zainteresowaniem zaznajamiał się z kłosami pszenicy, owsa, żyta jak również z wzbogacającymi urok krajobrazu makami. Mieliśmy dość czasu na zwiedzanie, gdyż przewidywalne warunki pogodowe zrobiły wyjątek i burza zatrzymała nas na drugą noc w tym samym miejscu.

Dzięki temu nabraliśmy niezbędnych sił, bo żarty się skończyły. Poziomice na mapach wróźyły na kolejny tydzień codzinne kilkusetmetrowe podjazdy. Z doczepionym balastem tata czuł się jak uczestnik najtrudniejszych górskich odcinków Tour de France, który nota bene ma nieopodal swoją trasę. A mama mimo ciężkich sakw mogła w końcu założyć żółtą koszulkę lidera. Od czasu do czasu mijali nas też zawodowcy. Ich częsta obecność w tym rejonie przyzwyczaiła kierowców nielicznych na tych drogach samochodów do ustąpienia pobocza rowerzystom lub cierpliwego sunięcia za pokonującym podjazd kolarzem.

Zjeżdżając krętą drogą z Castellfollit de la Roca, miasteczka wybudowanego na 50 metrowym klifie bazaltowym, zmożeni głodem skierowaliśmy się do restauracji. Za 10 euro zamówiliśmy tzw. menu dnia, czyli dwudaniowy obiad, surówkę, zimny napój lub wino, deser i kawę. Jeden obiad w zupełności wystarcza dla całej naszej trójki. Należy zauważyć, że większość restauracji zaserwuje nam jednak droższy posiłek. Jeśli nie znajdziemy odpowiednio taniego lokalu, za tę samą cenę możemy sami skomponować całodzienne menu dla jednej osoby robiąc zakupy w markecie.
Wzmocnieni sytym obiadem wspieliśmy się do Oix, niewielkiego malowniczego miasteczka zdominowanego – łącznie z placem zabaw – przez romańską architekturę. Miejscowość wydała nam się wymarła. Lecz kiedy zapadł zmrok a my zanurzyliśmy się w śpiworach dobiegły nas gromkie okrzyki a ciemne niebo rozjaśniły wystrzały fajerwerków. Barcelona zdobyła puchar UEFA – przebiegło nam przez głowę – dziś emocje rozsadzają każdą katalońską miejscowość.

Prosto z Oix ruszyliśmy na następną kilkusetmetrową przełęcz. Zwieńczeniem pełnej słońca krętej drogi yło Beget, kolejna perła architektury romańskiej w Pirenejach. Jednak od kempingu w Camprodon dzieliło nas jeszcze 500 metrów podjazdu. Stwierdziliśmy, że dla kierownika wyprawy może być to zbyt nudna i długa trasa. Co zatem zrobić? Złapiemy stopa! Pierwszy na trasie pojawił się jeep. Kierowca popatrzył na nasze rowery, przyczepkę, sakwy i dziecko, potem na swój samochód i stwierdził, że próbujemy. Udało się i załadowani po dach i trochę na dachu ruszyliśmy wijącą się w górę drogą. Za wyratowanie nas z opresji kataloński kierowca nie chciał nic poza “Muchas Gracias!”

Camprodon okazało się urokliwym miastem. Ponadto idealnym punktem wypadowym pieszych i rowerowych wycieczek w Pireneje Wschodnie. Noc na 1000 m n.p.m. dała nam się jednak we znaki. Temperatura obniżyła się na tyle, że przydatny okazał się puchowy śpiwór z komfortem do -15 st. C i ciepła czapka dla Michała. Rano rozgrzał nas kolejny kilkusetmetrowy podjazd do Setcases, a skąd już tylko kilka kilometrów dzieliło nas od francuskiej granicy. Na miejscu Michał z błota i kamieni usilnie próbował zbudować tamę na rzecze Ter, z której biegiem zjechaliśmy niebawem kilkaset metrów w dół. Och, jak przyjemnie poczuć wiatr smagający twarz przez kilkanaście kilometrów zjazdu! No, gdyby jeszcze nie ta świadomość, że jutro trzeba będzie uzupełnić utraconą wysokość.

I tak kolejne dwa dni metr po metrze wspinalismy się wyżej i wyżej, spędzając noce na bardziej niż zazwyczaj zatłoczonych kempingach. Był weekend – w dodatku dla mieszkańców Barcelony dłuższy o poniedziałek – w związku z czym większość z nich przyjechała odpocząć do swoich karawanów wrosłych w kempingowe parcele.

W dodze do Vidry, kolejnej górskiej miejcowości na naszym szlaku, przewidywalne warunki pogodowe znów zesłały na nas ciemne chmurzyska. Szczęśliwie jednak napatoczył się ośmiokilometrowy zjazd i tak znaleźliśmy się w snack barze w Sant Quirze de Besora. Perspektywa nieciekawa – za oknem leje, a przed nami porządny podjazd na najbliższy kemping. Co robić? Jak to co?! Znów łapiemy stopa! I znów się udało. Tym razem cały majdan wraz z tatą wszedł do osobowego renault. Mama z Michałem dojechali drugim kursem. Przywiózł nas Daniel. Ucieszył się dowiedziawszy kogo wiezie: “Wszak my Katalończycy – stwierdził z uśmiechem – jesteśmy nazywani Polakami Hiszpanii”. I znów w podzięce wystarczyło francusko-katalońskie “Merci!”.

Rano promienie słońca szybko wysuszyły namiot. Deszczowe chmury rozmyły się odsłaniając wysokie góry. Uff – pomyśleliśmy – to dzisiejsza przeszkoda. Po mozolnej wspinaczce osiągnęliśmy 1300 m n.p.m. Na szczycie czekała na nas nagroda – 900-metrowy zjazd w dół. Tylko bez szaleństw! Mały rowerzysta w przyczepce hamuje nas nie tylko przy podjazdach, ale i przy zjeździe w dół musimy pamiętać by zachować bezpieczną prędkość. Serpentyna kilkudziesięciu zakrętów starła nasze klocki, a tarczówka z przodu rozgrzała się do czerwoności. Rewelacja!

Jakby tego szczęścia było mało dla trojga, na dole natknęliśmy się na piękne gospodarstwo i wielką kolorową łąkę, na której karmiliśmy kotki kawałkami bagietki, oglądaliśmy krowy i głaskaliśmy osła – symbol Katalonii. Kierownik wyprawy w symboliczny sposób docenił to sympatyczne stworzenie, które wyróżnił ze świata zwierząt zwanych ogólnie “buu” przyswojonym z oślego języka “iii…aaaa”.

Czując pewien niedosyt, ale także spore zmęczenie zamknęliśmy etap wysokogórski i wróciliśmy na Vias Verdes. Pnąc się delikatnie w górę dobrze utwardzoną szutrówką, a innym razem zjeżdżając nią w dół, kierowaliśmy się ku morzu. W Gironie – pośrodku 100 kilometrowej trasy – zabłądziliśmy. I tu z pomocą przyszedł emerytowany kataloński kolarz, który przeprowadził nas przez miasto niemalże zatrzymując ruch, tak abyśmy mogli przejechać naszym rowerowym karawanem. Ot, solidarność cyklistów!

Dzień później jadąc urokliwą trasą prowadzącą wśród dębów korkowych wylądowaliśmy nad morzem. Ostatnie dni naszej wyprawy miały być rajem dla Michała – zabawa w megapiaskownicy Costa Brava i taplanie w morzu. Kierownik popatrzył jednak z niechęcią na delikatne morskie fale i poraczkował z uśmiechem w stronę roweru stojącego na molo z melodyjnym “aaa” na ustach dając znak, ze czas ruszyć na kolejną przejażdżkę.

Dziennie w ciągu 2-3 godzinnej drzemki kierownika wyprawy przejeżdżaliśmy ok. 40 km. W ciągu dwóch tygodni pokonaliśmy ponad 400 km po górach i dolinach Katalonii zataczając dwie pętle w okolicach Girony. Podziwiajalismy świat w mikro- i makroskali: mrówki kroczące z pola na pole przez naszą drogę i ośnieżone ostre szczyty na horyzoncie. Na lotnisko dotarliśmy pełni wrażeń i słońca w nadziei na szybki powrót na rowerowy szlak.

Dorota i Tomek Kasińscy
   
kas_kas
Dorota i Tomek Kasińscy z Michałem
Choć mieszkaliśmy tuż obok siebie w Warszawie, każde z nas przemierzało świat swoimi drogami. Nasze szlaki spotkały się dopiero na rowerowej wyprawie w Norwegii. Rok później w podróży poślubnej pedałowaliśmy po Kaukazie. W kolejnym pojawił się Michał i już we troje z plecakami zwiedzaliśmy Tunezję. Gdy tylko nasz mały podróżnik skończył rok poznał smak rowerowej przygody w Pirenejach i złapał “bakcyla”. Liczymy więc na ciąg dalszy wspólnego poznawania świata z perspektywy dwóch kółek.

I jeszcze trochę zdjęć:


(c) Mały Podróżnik – www.malypodroznik.pl

Share