Z dziećmi na Dominikanę

Dominikana kojarzy się z pięciogwiazdkowymi hotelami i wczasami all-inclusive. Nam udało się ją zobaczyć z innej, naszym zdaniem dużo ciekawszej strony, a na dodatek sprawdziliśmy czy jest to miejsce przyjazne dzieciom.

Bilety kupiliśmy rok wcześniej. Nigdy jeszcze nie kupowaliśmy żadnych biletów z tak dużym wyprzedzeniem, ale gdzieś na jakimś podróżniczym profilu na facebooku pojawiła się świetna promocja. Bilety z Paryża do Santo Domingo za niecałe 1300 PLN od łebka. Grzech nie skorzystać! Kupiliśmy 3 bilety: dla nas i dla Maćka, policzyliśmy szybko, że w chwili wylotu będzie miał już ponad 3 lata, więc podróż z nim to będzie bułka z masłem. 3 dni później test ciążowy pokazał, że jednak będzie nas więcej…

Kalina urodziła się w lipcu. Przez pierwsze trzy miesiące była dzieckiem raczej płaczliwym. Z lekkim przerażeniem myśleliśmy o zbliżającej wyprawie. Przez chwilę nawet chcieliśmy z niej zrezygnować (przełożyć biletów na później niestety się nie dało), ale koniec końców stwierdziliśmy, że taka okazja nie zdarza się dwa razy. Lecimy.

Koszmarnie długi lot samolotem dzieciaki zniosły lepiej niż my. W Santo Domingo wylądowaliśmy koło godz. 20 miejscowego czasu, dla naszych organizmów było 6 godzin później. Na pierwsze 3 dni wynajęliśmy samochód. Z pojawieniem się Maćka zrobiliśmy się trochę wygodni. Kiedyś nie mielibyśmy problemów z przedzieraniem się przez naganiaczy na lotnisku i łapaniem autobusów na poboczu autostrady. Teraz wiedzieliśmy, że Maćkowi by to nie sprawiło różnicy, ale my nie bylibyśmy już w stanie opanować po wyczerpującym locie nawet jednego dziecka i wszystkich bagaży. A co dopiero dwójki dzieci…

Załatwienie formalności chwilę potrwało, zapakowaliśmy się i w drogę. Noclegi na pierwszy tydzień mieliśmy zarezerwowane przez internet na półwyspie Samana, 2 i pół godziny drogi od stolicy. Mieliśmy wynajęty i stargowany nieco prosty domek u Anglika o imieniu, nomen omen, Dominik. Jak tylko wyjechaliśmy z lotniska, zgubiliśmy się… Jeżdżąc nerwowo po ciemnych zaułkach grzebaliśmy w pamięci próbując sobie przypomnieć jakie są statystyki jeśli chodzi o bezpieczeństwo w stolicy Dominikany. Szczęśliwie nikt nas nie zastrzelił. Ba, nawet nikomu nie chciało się nas okraść. Tubylcy przyjaźnie objaśniali drogę a widząc zdezorientowanie na naszych białych nieprzytomnych ze zmęczenia twarzach wsiadali do swoich samochodów i prowadzili nas we właściwym kierunku. Czasem tylko niby żartem chcieli na początku za pomoc 50 USD. Po naszym stanowczym “dziękuję” chętnie prowadzili za darmo.

Udało nam się w końcu wyjechać na autostradę. Jedyne światło, jakie towarzyszyło nam przez następne półtorej godziny to światło gwiazd. Prąd na Dominikanie jest bardzo drogi, więc jak nie trzeba to się go nie używa. A po co komu latarnie na autostradzie biegnącej przez pustkowia. Na miejsce dotarliśmy o godz. 2 nad ranem. Po 24 godzinach na nogach. Dzieci smacznie spały z tyłu, a my nawzajem kurczowo trzymaliśmy się ostatków świadomości. Byle tylko dojechać…

W ciągu następnych dwóch tygodni uśmiech nie schodził nam z twarzy. Słońce, palmy, piękne plaże, malownicze wodospady, jaskinie, pływanie nocą w zatoczce ze świecącym planktonem i miejscowi – wiecznie uśmiechnięci, rozśpiewani i przyjaźni, zachwycający się naszymi blond dzieciakami. Kalina, mimo naszych początkowych obaw przez cały wyjazd miała może ze 2 płaczliwe dni. Widocznie podróże jej służą.

Ostatni tydzień postanowiliśmy spędzić na południowym zachodzie wyspy. Wszyscy polecali nam te rejony jako piękne i o przyjemnie suchym klimacie, w przeciwieństwie do wilgotnej reszty kraju. Na ostatnich kilka dni znowu wynajęliśmy samochód i wyruszyliśmy na południe. Wcześniej z dzieciakami zaliczyliśmy autobusy, konie, łódki, motory, które na Dominikanie służą za taksówki. Wiemy już na przykład że rodzina 2+2 wraz z bagażami i wózkiem zmieści się na trzech motorach z kierowcami.

Całą drogę na południe padał deszcz. Jak dojechaliśmy na miejsce, nie przestawał. Po kolejnym dniu deszczu postanowiliśmy wrócić do Santo Domingo chwilę wcześniej niż planowaliśmy. To jednak okazało się trudne. Pierwszego dnia deszcz zalał drogę i nie mogliśmy pojechać dalej. Dopóki fontanny wody lały nam się spod kół na boki, parliśmy naprzód. Kiedy woda przelała się przez maskę, uznaliśmy, że dalsza droga jest zbyt ryzykowna. Zatrzymaliśmy się w pierwszym napotkanym hoteliku. Drugiego dnia zerwaliśmy się bladym świtem. Też daleko nie zajechaliśmy, woda znowu zalewała nam maskę samochodu. Trzeciego dnia był piątek: wieczorem mieliśmy samolot. O 6 rano siedzieliśmy w samochodzie licząc na to, że te 120 kilometrów dzielące nas od lotniska pokonamy w niecałe 2 godziny.

Droga do Santo Domingo biegła wybrzeżem. Po lewej stronie mieliśmy góry, po prawej Morze Karaibskie. Innej trasy nie było. Deszcz nie przestawał padać. Omijając co większe kałuże (a raczej jeziorka) bocznymi dróżkami, kierowani przez miejscowych, po kilkunastu kilometrach dojechaliśmy do mostu na rzece, która zazwyczaj przypomina wysychający strumień. Teraz była szerokim rwącym żywiołem, który odcinał nas od stolicy.

Przed przeprawą stał już spory tłum. Drogę zagradzała policja. Koniec mostu lekko osiadł, z daleka widzieliśmy różnicę poziomów, może ze 20 czy 30 centymetrów. Miejscowi dopytywani kiedy będzie można przejechać odpowiadali w zależności od swojego widzimisię. Jedni, że siły rządowe już jadą naprawiać, inni, że może w poniedziałek. Wszyscy jednak powtarzali, że najpierw musi przestać padać, żeby rzeka trochę opadła. A deszcz jak padał tak padał.

Wynajęliśmy pokój w najbliższym, mocno obskurnym hotelu, jak się zresztą szybko zorientowaliśmy, na godziny. Recepcjonista, młody chłopak, przejęty naszą sytuacją obniżył cenę i przywiózł nam obiadek od swojej mamy. Co dwie godziny jeździliśmy sprawdzić, czy już można przejechać. Ostatni raz pojechaliśmy koło 18, ze świadomością, że jeśli teraz nie przejedziemy, to nie zdążymy na samolot. Kolejka samochodów przed mostem nie zmniejszyła się ani odrobinę. Gdy podeszliśmy bliżej zrozumieliśmy, że tego dnia nie wylecimy do domu. W moście była wielka wyrwa…

Od tamtej pory gdy Maciek bawi się samochodami i robi korek, na pytanie co się stało często odpowiada “zawalił się most”… Koniec końców do Santo Domingo dojechaliśmy w niedzielę. Linie lotnicze były na tyle wyrozumiałe, że przełożyły nam bilet powrotny beż dodatkowych opłat. W międzyczasie okazało się, że ten deszcz to nie była taka zwykła tropikalna burza. Kilka dni później rozpędził się trochę bardziej, osiągnął stopień huraganu i nadano mu imię Sandy. Dużo większe szkody niż na Dominikanie wyrządził na Kubie a swoje niszczycielskie dzieło zakończył najbardziej medialnym spektaklem dużo dalej na północ – w Nowym Jorku.

Mimo anomalii pogodowych polecamy Dominikanę z całego serca. Zwłaszcza taką z plecakiem, z dala od hoteli, zamkniętych plaż i wczasów all inclusive. Tym najbardziej wytrwałym i potrafiącym się spakować polecamy lokalny transport. Rozśpiewane, bardzo towarzyskie autobusy, pick-upy i motory są doświadczeniem samym w sobie. A i dzieci zawsze znajdą tam towarzyszy do zabawy, choćby na gesty i uśmiechy. Dominikańczycy są narodem niesamowicie radosnym i przyjaznym, zwłaszcza wobec podróżników z dziećmi. Ani przez chwilę nie czuliśmy się zagrożeni. Dominikana jest przepiękna, ma wiele do zaoferowania każdemu: spodoba się zarówno osobom aktywnym (także tym z dzieciakami pod pachą!) jak i tym, którzy lubią poleżeć na plaży, ale niekoniecznie z tłumem innych wczasowiczów przy boku.

Ola i Paweł Wysoccy
thumbnail Ola i Paweł Wysoccy z Maćkiem i Kaliną

Najpierw jeździli we dwoje, potem w trójkę, od niedawna w czwórkę. Dzieciaki zaczynały wcześnie: Maciek jak miał 4 miesiące zwiedzał Izrael, trzymiesięczna Kalina poleciała na Dominikanę. Warszawiacy, przez jakiś czas mieszkali w Libii, cały czas zastanawiają się, gdzie by tu jeszcze pomieszkać. \Nie lubią zimy i wczasów last minute. Niestraszne im huragany i rewolucje. Obecnie podróżują z przyczepą po Stanach Zjednoczonych.Ich strona to: www.osiemstop.blogspot.com


(c) Mały Podróżnik – www.malypodroznik.pl

Share