Oman

Oman – z 9,5 miesięcznym niemowlakiem na egzotycznych wakacjach!

To, że gdzieś z naszym niemowlakiem w jego pierwszym roku życia pojedziemy było pewne. Plany snuły się jeszcze w poprzednim roku, kiedy to dopiero oczekiwaliśmy na narodziny maluszka. Na początku chcieliśmy wyjechać w trakcie mojego urlopu macierzyńskiego, ale późna wiosna i wczesne lato to nie były zbyt dobre pory na egzotyczną podróż. Wszędzie robiło się bardzo gorąco lub bardzo deszczowo. Wybór ograniczał nam dodatkowy czynnik poszukiwania kraju bezpiecznego dla niemowlaka, czyli bez chorób tropikalnych. Niestety, niektóre rejony świata od razu znalazły się poza naszym zasięgiem ze względu na ogromną odległość (Australia i Oceania). Inne kraje były zbyt mało egzotyczne. I takim sposobem eliminacji został wybrany Oman i to dopiero w październiku, gdyż w lecie jest tam za gorąco. Nie ukrywam, że w wyborze pomogły również opisy wcześniej już odbytych wypraw z małymi podróżnikami, znalezione na necie.

 

 

Linie lotnicze.

Miały być jak najtańsze, ale też z korzystnym planem lotów, tak by za długo nie czekać na lotniskach na przesiadki. Do tego szukaliśmy linii, które – w razie co – pozwalają na zmianę daty wylotu lub powrotu a nawet na oddanie biletu. Takie zmiany i tak zazwyczaj kosztują, ale zawsze jest to mniej niż strata całej kwoty za bilet. Patrzyliśmy również na godziny wylotu i przylotu (miało być w ciągu dnia, by dziecka nocą nie męczyć). Najkorzystniej wychodziły linie Qatar Airways, gdzie z Berlina przesiadką przez Doha byliśmy w stanie dojechać do Muscatu już w 8 godzin, wylatując koło południa. Bilety wyjątkowo zarezerwowałam już w kwietniu przez biuro podróży by móc je wykupić dopiero w sierpniu. Gdybym chciała wykupować przez stronę, musiałabym to zrobić od razu, a tak mieliśmy jeszcze trochę czasu żeby się w razie co z szalonego pomysłu wycofać. Była też opcja, znacznie tańsza, z Turkish Airlines ale z długą przerwą w Istambule i przyjazdem do Muscatu nad ranem, więc ostatecznie z niej zrezygnowaliśmy.

 

 

Posiłki.

Tu sprawa się trochę komplikowała w porównaniu z Maltą, gdzie naszemu dziecku wystarczyła pierś matki. Tym razem trzeba było zakupić baterię zupek, kaszek i owocków tak by mniej więcej na wyjazd starczyło. W Omanie można dostać kilka rodzajów słoiczków z owocami oraz kaszki, natomiast zupki warzywne są dużą rzadkością. Mi udało się tylko znaleźć pyszną kaszkę mleczno-warzywną Milupa, nomen omen, produkowaną – aczkolwiek niedostępną – w Polsce. Zupek zakupionych w Polsce zabraliśmy mniej niż na cały pobyt (nie dałoby się tego spakować), wychodząc z założenia, że zawsze można dziecku coś tam dogotować, np ryż lub soczewicę. Zamiast owoców mieliśmy parę kaszek mleczno-owocowych, mieszanych przed jedzeniem z kleikiem ryżowym oraz zakupowane na miejscu małe banany. Innych owoców za dużo nie było. Jedynie arbuzy, których Lilka za bardzo nie lubiła oraz melony. Do picia dziecku z Polski zabrałam kilka małych soczków jabłkowych, które na miejscu mocno rozcieńczałam wodą oraz herbatkę granulowaną ziołową.

 

 

Podróżowanie.

Podziwiam rodziców wybierających się w tak daleki wyjazd bez własnego środka transportu na miejscu. Mam tu na myśli tych, którzy rzeczywiście się przemieszczają, a nie zwiedzają “stacjonarnie” w pozycji leżakującej nad brzegiem hotelowego basenu. My, z czystej wygody, zdecydowaliśmy się na wypożyczenie auta na cały wyjazd (dlatego też braliśmy z Polski fotelik samochodowy, za który w wypożyczalniach często każą sobie słono płacić). Mama całą podróż jeździła z Lilką z tyłu. Auto było klimatyzowane, wiec spędzaliśmy tam często najgorętszą porę dnia, jednak robiliśmy też wiele przerw, więc sama jazda nie była dla dziecka bardzo uciążliwa. Lilka miała dni lepsze i gorsze. Raz jechało się z nią bez problemów, a innym razem krzyczała jak tylko próbowaliśmy wsadzić ją do fotelika. Z powodu gorącego klimatu spała w ciągu dnia o wiele więcej niż w Polsce, dając mamie szansę na poczytanie czegoś w trakcie jazdy.

 

 

Ubranka i pieluchy.

Wzięliśmy z Polski dużą paczkę Pampersów, zupełnie niepotrzebnie, bo na miejscu były do dostania w każdym supermarkecie, i to nawet w mniejszych opakowaniach niż u nas. Na szczęście ubranka zajmowały mało miejsca, bo wzięliśmy prawie same wersje letnie. Aby nie prać, spakowaliśmy tyle, by w razie co, koszulek lub bodziaków starczyło na cały wyjazd. A brudziło się to przy raczkującym niemowlęciu strasznie! Przydały się cienkie, długie skarpetki by chronić stópki przed słońcem. No i oczywiście duży kapelusz podróżnika i zapasowa chustka na głowę. I dwa kremy z filtrem UV dla niemowląt (mieliśmy 50 i 30). DWA. To jest ważne, jak się na przykład jeden zgubi (tak jak my!).

 

 

Kąpiele.

Sprawa bardzo prosta w tak ciepłym kraju, jak się weźmie własną, dmuchaną wanienkę. Wystarczy kupić 5 litrowy baniak wody i kąpać dziecko przez zachodem słońca jak jest jeszcze gorąco. Wtedy po prostu wlewa się tę wodę, która miło ochładza. Albo po zachodzie słońca, wodę lekko podgrzewa się na gazie. I tak jest całą dobę gorąco więc nie ma sie co przejmować, że dziecko nam zmarznie 🙂

 

 

Noclegi.

Dla malucha to obojętnie czy śpi w hotelu czy w namiocie, byleby znalazło się miejsce do poraczkowania przed snem. Lilianka na początku bardzo cieszyła się jak wstawiałam ją do pustego namiotu (duże iglo). Kręciła się w kółko i pomagała rozkładać wszystkie rzeczy. Niestety, gdzieś tak po tygodniu, namiot już nie wzbudzał takiego entuzjazmu. Noce w hotelach były miłą odmianą, szczególnie jak na podłodze znajdował się dywan do raczkowania.

 

 

Wózek i chusta.

Bez nich nie dalibyśmy rady. Specjalnie na wyjazd zakupiliśmy mały, lekki i tani wózek spacerowy firmy Deltim. Szukaliśmy takiego, który by się mocno rozkładał do spania i miał dużą budkę, zakrywającą od słońca. Lilianka spędzała w nim czas nie tylko podczas zwiedzania lecz również gdy składaliśmy lub rozkładaliśmy namiot, pakowaliśmy rzeczy do auta czy jedliśmy w restauracji. Lila jeszcze wtedy nie potrafiła wstawać ani chodzić, ale bardzo sprawnie poruszała się na czworakach więc ani na chwilę nie można jej było zostawić samej “luzem”. Opracowała nawet wychodzenie z namiotu, który ma bardzo wysoką siatkę. Chusta zaś przydała się najbardziej podczas chodzenia po targu kóz, wchodzenia na skałki i spacerów po fortach.

 

 

Interakcje niemowlęcia z miejscowymi.

Arabowie kochają dzieci i często nas sobie pokazywano placami, jak chodziliśmy z naszym maleństwem. Mężczyźni podchodzili do nas i kładli Lilce dłoń na główkę, lub częściej, całowali małą w czoło. Niektórzy próbowali nawet brać ją na ręce, ale wtedy dziecko samo potrafiło głośno zaprotestować. Białe rodziny turystów spoza Półwyspu Arabskiego nie są w Omanie często spotykane, także niejednokrotnie brano nas za turystów z Dubaju :-).

Podróżowanie i zwiedzanie z dzieckiem na pewno różni się od niezależnej podróży dwójki dorosłych osobników. Tutaj potrzeba większego luzu, wolniejszego tempa i przystosowywania planu dnia do potrzeb oraz nastrojów dziecka. Nie jest to trudne, bo nie zawsze trzeba postępować standardowo i dokładnie tak tak jak robi się w domu. Nie jest to również łatwe, gdy trzeba rezygnować z niektórych atrakcji, na przykład zwiedzania miasta wieczorem, kiedy to dziecko już śpi w namiocie czy w hotelu. Nie ma za bardzo czasu na prawdziwy odpoczynek, ale przecież nie na tym polegają prawdziwe wakacje 😉

Adrianna Krawańska i Adam Tokarski

    

kra_kra Adrianna Krawańska i Adam Tokarski z Lilianą
Jesteśmy początkująca rodzinką z córeczką Lilianką, która niedawno skończyła roczek. Mama Lilianki, od kilkunastu lat zafascynowana podróżami dalekimi i bliskimi, w włóczenie się po świecie wciągnęła także tatę. Liliance podróże dostały się z przydziału po rodzicach, tak więc w ciągu pierwszego roku życia zjeździła Polskę wzdłuż i wszerz. Tata z okazji narodzin córki spełnił jeszcze jedno swoje marzenie – zainwestował w rodzinne auto Multiplę, którą obwozi nas po polskich ściekach w każdej wolnej chwili. W pierwszą dalszą wyprawę odważyliśmy się wyjechać, a raczej wylecieć, gdy nasz niemowlak skończył 3,5 mies. Była to podróż na Maltę, którą z powodzeniem mogę polecić nawet bardzo początkującym podróżnikom. Kolejny w planach był Oman, który udało się zrealizować jesienią 2010 roku, kiedy to nasza córka skończyła 9,5 miesiąca. Nasz blog: podrozeady.com

     


(c) Mały Podróżnik – www.malypodroznik.pl

Share