Dookoła świata!

To my, rodzina 4B z Wrocławia (dwoje dorosłych i dwójka dzieci). Zawsze lubiliśmy podróżować, ale w kwietniu 2009 roku ruszyliśmy realizować wymarzoną „podróż życia”. Zawiesiliśmy na rok pracę zawodową, dzieci nie zawiesiły szkoły (w momencie wyjazdu Berenika była w czwartej klasie podstawówki, Bernard w zerówce), zamieniliśmy się w nauczycieli i całą czwórką objechaliśmy świat dookoła. Backpackersko, czyli niskobudżetowo, z przygodami, z niewygodami, ale z wielkimi uśmiechami na twarzach. Wróciliśmy do kraju w kwietniu 2010.

Weźmy dzieci ze sobą w drogę, świat czeka!

Dzieci zmieniają w życiu wszystko. Nie wierzcie, jak będą wam żony mówiły: „Nie, kochanie, nic się nie zmieni, będzie tak jak teraz, tylko z dziećmi.” Będą sugerować, że pojawienie się dzieci w życiu młodego człowieka to nie żadna rewolucja, że nadal można będzie chodzić do kina, skoczyć wieczorem do sklepu i wyjść na miasto z kumplami. Cóż, prawda jest nieco inna – wszyscy rodzice wiedzą, jak bardzo dzieci przewracają świat do góry nogami!

Niekoniecznie jednak trzeba się temu podporządkować, zgnuśnieć i „statusieć”. Nie dajmy się więc i wyruszmy z dziećmi w świat! Dzieci są bowiem świetnymi podróżnikami, doskonałymi obserwatorami i błyskotliwymi komentatorami rzeczywistości. Często są również bardziej wytrzymałe niż dorośli, otwarte na nowe wyzwania, radośniejsze i … po prostu kochane. Podróże z nimi są zawsze źródłem wielu przezabawnych i zupełnie nietypowych sytuacji – szczególnie, gdy dojdzie do spotkań z miejscowymi. Rozglądające się ciekawie dookoła dzieci objuczone wielkimi plecakami (a szczególnie „białe” dzieci, zwane w niektórych częściach świata „nino gringo”) pojawiają dużo rzadziej w miejscach turystycznych, niż obwieszeni aparatami „podróżnicy” z wycieczkowych autokarów. Dla wielu gospodarzy rodzina podróżująca z dziećmi jest po prostu czymś wyjątkowym, swego rodzaju „sygnałem pokojowym”, znakiem do rozpoczęcia miłej rozmowy, uśmiechnięcia się, zaoferowania gościny lub wspólnej zabawy. Aby to poczuć i zrozumieć, trzeba było zobaczyć bandę umorusanych, na oko sześcioletnich, ekwadorskich piłkarzy w jednej z wiosek wysoko w Andach, kłócących się zajadle po hiszpańsku, w której z ich drużyn ma grać wyższy od nich o głowę blondynek „Bernardo de Polonia”, będący owego wieczoru sensacją na skalę wizyty Madonny w waszym mieście. Albo grupę drobnych, wietnamskich chłopaków, lat na oko 20, próbujących na plaży zaczepnie zagadywać naszą dwunastolatkę, wyglądającą, na skalę wietnamską, jak panna na wydaniu. Albo poczuć smak grillowanych kiełbasek w jednym z nowozelandzkich domów, do którego trafiliśmy w gościnę, bo nasze i ich dzieciaki wspólnie ganiały za psem w parku.

Podróży z dziećmi nie należy się bać. Z jakiego powodu miałyby być dla nich niedobre, skoro cała ich aktywność skupia się na chłonięciu i uczeniu się otaczającej nas rzeczywistości. Zamiast pudła czterech ścian dajmy im smaczne kąski, niepowtarzalne widoki i dziwne środki transportu. Nasza córka już mając 5 miesięcy wyruszyła z nami we włoskie Alpy i śpiąc słodko w nosidełku przemierzała górskie szlaki. W lokalnym sklepie kupiliśmy jej nieznany wówczas w Polsce przecier śliwkowy dla dzieci, który Isia pokochała od pierwszego kęsa (nazwaliśmy go potem „Śliweczki, śliweczki”). Możemy więc z całą odpowiedzialnością powiedzieć, że nawet lokalną kuchnię dziecko-podróżnik może poznawać od małego. A jak już podrośnie na tyle, że może jeść normalne potrawy, czerpać może z lokalnych specjałów garściami. Próbowanie smażonych chrząszczy i soku z żaby w czasie naszej podróży dookoła świata było naprawdę fantastyczną przygodą dla naszych dzieci! Wystarczy im teraz przypomnieć o włoskich lodach, wietnamskiej zupie pho lub słodziutkich bananach z Ameryki Południowej. Dzieci to uwielbiają!

Oczywiście trzeba uważać zarówno na względy higieniczne, jak i na niespodzianki. Będąc już nieco starszą dziewczynką nasza córa złapała w Portugali za „marcheweczkę” wyciągniętą z zupy i ugryzła ją, nie wiedząc, że była to po prostu papryczka chili. Ubaw był oczywiście po pachy, a litr wody poszedł z miejsca na gaszenie pragnienia. Śmialiśmy się potem, że Portugalczyk z nadmorskiej tawerny chciał Isię załatwić strategią „na Smoka Wawelskiego”.

Jeśli chodzi o zdrowie, bezpieczeństwo i higienę, to napisano na ten temat tony książek. Dodatkowo przecież każdy z nas rodziców ma olej w głowie i wie, kiedy dla dziecka jest niebezpiecznie. Wie, co można jeść, a czego nie. Gdzie pójść, z kim się zadawać, a z kim lepiej nie. Do którego strupieszałego autobusu można jeszcze wsiąść, a do którego już na pewno nie. Jeśli tego się nie „czuje” nawet we własnym mieście, żadne poradniki podróżnicze nie pomogą. Krzywdę dziecku można zrobić po prostu będąc bezmyślnym. A pecha można mieć nawet na własnym ogródku, więc nie ma też sensu zbytnio przesadzać z ostrożnością. Szkoda tracić życie na zamartwianie się, chuchanie i trzymanie dzieci pod spódnicą. One – może nawet tego jeszcze nie wiedząc – bardzo chętnie chcą spod tej maminej spódnicy wyjść.

Na koniec chcę wspomnieć o jeszcze jednej ważnej sprawie. W czasie długiej podróży rodzić może dać dziecku coś bardzo cennego, co dziecka na pewno nie zepsuje, nie spaczy i nie rozpuści – niezależnie od tego, jak dużo będziemy tego dziecku dawać. Nie chodzi mi o pieniądze, prezenty, rowery, konsole, komputery czy ciuszki. Nie chodzi też o edukację – nic to nie da, jeśli nie będzie tego czegoś. I nie chodzi mi też o miłość, o nie! Jej potrzeba jest tak oczywista, że nie widzę sensu, aby o niej pisać. Jednak bez pierwiastka, o którym myślę, sama miłość rodzica do dziecka jest pusta jak tykwa w czasie suszy w Sudanie. Chodzi mi o rzecz, o którą w dzisiejszych czasach tak niezmiernie trudno, gdy wszyscy pracujemy, biegamy, coś nieustannie załatwiamy, uczymy się. Tą bezcenną rzeczą jest … czas! I, co ciekawe, podczas wspólnego z dziećmi podróżowania czas właśnie jest tym, co najłatwiej i najnaturalniej przychodzi nam dawać i czego często jest w bród. Wreszcie można z dziećmi pograć w karty, pobiegać za piłką, nauczyć strzelać z łuku, zrobić wspólnie owsiankę na kuchence polowej, wykopać dziurę na plaży albo rozłożyć namiot. Wreszcie jest czas na czytanie – np. w czasie długiego, nudnego czekania na autobus, na niespieszne wizyty w muzeach pełnych starych czaszek dinozaurów, na tłumaczenie, jakim sposobem porusza się wąż i dlaczego na równiku słońce cały rok zachodzi o osiemnastej.

Tak więc – nie poddawajmy się. Weźmy dzieci ze sobą w drogę, świat czeka!

Błażej i Beata Kotełko 
maj_maj
Błażej i Beata Kotełko wraz z Bereniką i Bernardem
To my, rodzina 4B z Wrocławia (dwoje dorosłych i dwójka dzieci). Zawsze lubiliśmy podróżować, ale w kwietniu 2009 roku ruszyliśmy realizować wymarzoną „podróż życia”. Zawiesiliśmy na rok pracę zawodową, dzieci nie zawiesiły szkoły (w momencie wyjazdu Berenika była w czwartej klasie podstawówki, Bernard w zerówce), zamieniliśmy się w nauczycieli i całą czwórką objechaliśmy świat dookoła. Backpackersko, czyli niskobudżetowo, z przygodami, z niewygodami, ale z wielkimi uśmiechami na twarzach. Wróciliśmy do kraju w kwietniu 2010. Prowadziliśmy bloga, na którego nadal zapraszamy: hoparoundtheglobe.com

 

I jeszcze trochę zdjęć:







(c) Mały Podróżnik – www.malypodroznik.pl