NAMIBIA 9000. km afrykańskiej przygody – BLOG cz. 1 odcinek 2

MP_NAM_baner250

NAMIBIA 9000 km afrykańskiej przygody
BLOG cz. 1 – odcinek 2
X-XI 2008

 

20 X – Luderitz i okolice.
        O najbardziej izolowanym mieście Namibii i diamentowym wybrzeżu.
Nie doceniliśmy zmęczeni zalet miejsca oferowanego przez farmę Tiras w nocy. Doceniamy rano. Do Luderitz mamy niewiele kilometrów (coś koło 200) więc śpimy, robimy pyszne śniadanko, itd, itp…. Luzik bez pośpiechu.

***

Po śniadaniu jedziemy zobaczyć się z właścicielami farmy i zapłacić za nocleg. Póżniej wspaniała droga prowadzi nas w kierunku Aus. Grawelek oczywiście ale gładki. Jedziemy 100km/h. Widoki super bo co jakiś czas zjeżdżamy z krawędzi płaskowyży. Widzimy wtedy naszą drogę ciągnącą się na równinie prostymi po ponad 10 km!

***

Wreszcie Aus. Trochę brak nam juz było owoców i łakoci dla chłopaków więc najpierw jedziemy do sklepu a póżniej kręcimy się po miasteczku i podjeżdżamy na wzgórze z cmentarzem żołnierzy niemieckich. Po zakończeniu I wojny był tu obóz internowania. Ale skąd groby, które dla uważnego obserwatora okazują się dość szokujące. Cały cmentarz zapełnił się w miesiąc od końca pażdziernika do połowy listopada 1918 roku. 2 listopada – trzech zmarłych, 5 listopada – dwóch zmarłych itd… To nie bitwa i ranni umierający po niej ale epidemia jaka panowała w obozie zebrała śmiertelne żniwo.

***

Z Aus do Luderitz jest 130 km. Zatrzymujemy się po drodze fotografując strusie i… słupy telefoniczne i energetyczne. Wiecie jak fajnie wyglądają takie słupy stojące w linii prostej przez 5 km?! Super! Normalnie telefoniści i energetycy to wróg nr 1 fotografujących ale tu jakoś to wszystko jest po niemiecku uporządkowane.

***

Wreszcie jesteśmy pod Luderitz. Świadczy o tym wiatr wyjący od morza (tak, tak wyjący – bo taki silny) oraz strefa diamentowa. Krajobraz taki, że chłek ma ochotę żyły sobie podciąć. Szaro bure skalne jakby fale wyłaniające się z szaro burego piasku, który wiatr rozwiewa aby i powietrze było szaro bure. Ale coś za coś. Wiemy, że podczas przejazdu przez tę strefę wiele diamentów może poczuło drgania ziemi spowodowane przez nasz samochód. Mogą być bardzo głęboko, ale i leżeć na powierzchni ziemi. Strefa dziamentowa jest pilnie strzeżona i wejście na nią to prawie samobójstwo. Strażnicy mają prawo najpierw strzelać a później pytać ktoś ty i po tu wlazłeś. Kiedyś, kiedy diamentowa gorączka dopiero wybuchała można było wędrując tymi strasznymi bezdrożami znajdować diamenty skrzące się na powierzchni ziemi podczas pełni księżyca.

***

Wreszcie Luderitz. Miłe miasteczko. Trochę nowoczesności w Luderitz Waterfront i zabytkowa uliczka jak z Holandii lub Bornholmu oraz kilka ciekawych domów i kościół.
Szybkie zakwaterowanie a właściwie tylko dostanie klucza i jedziemy jeść. Głodni niesłychanie. Pizza, frytki, kalmary, wołowinka z grila, pycha… Zjadamy i jedziemy na diamentowe wybrzeże.

***

Od Luderitz do Grosse Bucht jest pas wybrzeża wydarty strefie diamentowej i przeznaczony na… piknik. Prowadzi tam ciekawy szuterek, który niekiedy jest zalewany przez morze. Kiedy my jesteśmy jest suchy. Objeżdżamy szereg miejsc i jesteśmy zszokowani tym, że jesteśmy jedymi ludźmi. A przecież to teren rekreacyjny dla Luderitz. Mamy tu i plaże i wrak kutra i łuk skalny, i ostrogi skalne wychodzące w morze o które rozbijają się potężne fale. Mamy też Diaz Cross – krzyż upamiętniający lądowanie żeglarza Bartolomeo Diaza w końcu XIV wieku. I wyspa Halifax z fokami. Atrakcji mnóstwo. Chłopcy zachwyceni jak zwykle gdy jest morze, piasek i skały. Wracamy do Luderitz Backpackers Lodge gdzie oprócz nas jest tylko dwóch Fancuzów. Dzień się kończy – spać.

***

Acha! Jeszcze wypada napisać o noclegu naszym. Środek miasta. Pełen prestiż. A to dla backpeckersów. Z reguły nikogo nie ma z obsługi. Jak przejeżdżasz to dzwonisz do managera i po 5 minutach ktoś się zjawia. Daje ci klucz, pościel, pokazuje gdzie jest co i…. znika… Podczas pierwszej nocy było dwóch gości oprócz nas, drugiej nocy również…. bajka…

***

Zdjęcia…

 

Dzień się budzi i chłopcy też…


Staś krzyczy NO FOTO no pewnie przecież nie umyty i nie uczesany!


Ale jak przyszli do taty to już byli cali szczęśliwi.


Widok z naszej półki skalnej.


Zjeżdżamy z noclegu.


Ogród przed frontem farmy.


Nasze grawele ciągnące się po horyzont.


Widok na Aus.


Aus. Cmentarz internowanych po I wojnie.


Słupów ciągną się szeregi….


Luderitz – skwer przed urzędem miasta.


Luderitz – architektura przypomina nasz Sopot.


W drodze do Diaz Cross.


Diaz Cross – wieje jak na ość zdechłej flądry!


Diaz Cross.


Diaz Cross.


Grosse Bucht.


Grosse Bucht – wrak kutra.


Tak wygląda diamentowe wybrzeże.


I od strony morza – przekleństwo żeglarzy.


Luderitz – plac zabaw – kończy dzień…

 

21 X – Luderitz i Kolsmankop
O jednej z najbardziej kolorowych uliczek Namibii i wymarłym mieście.
Poranek w Luderitz jest cudny. Ciepłe światełko oświetla port i wiele ciekawych budynków wznoszących się na stoku wzgórza… nazwijmy go kościelnego. Oświetlona jest też najładniejsza, zabytkowa uliczka. Kilka domów, ale wszystkie w pierzei od morza, pięknie odmalowane przypominają Danię a nie Namibię. Robimy zdjęcia, plączemy się po miasteczku. Ale po chwili…

***

…jedziemy do miasta, które swoją świetność i upadek zawdzięcza diamentom. Taki diament, a taka fajna rzecz… To był dobry pomysł z tym diamentem… 😉

***

Kolmanskop – jedno z pytań jakie zadają tu turyści to: Czy są tu jeszcze diamenty? Odpowiedź jest prosta TAK! Spacerując po wymarłym miescie masz diamenty 5 cm pod sobą 5 m a może i 3 km – chociaż badziej bliskie jest to 5 cm niż 3 km. Miejsce niezwykłe. Jak się dojeżdża to jeszcze nic nie wskazuje tego co będzie tu do zobaczenia. Ot takie tam bedziej lub mniej przemysłowe budynki. Ale jak zaczynamy chodzić między nimi i wchodzić do nich to nagle czujemy pewien dreszczyk a plecach. Zaczynamy rozpoznawać poszczególne pokoje. Najłatwiej idzie nam z łazienkami. Pozostały w nich wanny, umywalki i piecyki podgrzewające wodę i powietrze. Jesteśmy przecież tuż obok wybrzeża gdzie woda ma 10 stopni i często wieją piekielnie silne, zimne wiatry. Okolica mocno depresyjna. Szarobure skałki pokryte szaroburym piaskiem przewiewanym przez wiatr. O kierunku tu wiejących wiatrów możemy przekonać się wchodząc do budynków pozbawionych szyb gdzie przez otwarte okna wsypuje się piasek. Niekiedy jest tak, że chodzimy schylając głowy bo piasku jest już do połowy wysokości między podłogą a sufitem. Innym razem wygląda tak, jakby ktoś wczoraj podjął decyzję o przeprowadzce. Wszystko pachnie nowością tylko brak mebli. Najwięcej zainteresowania turystów wzbudzają instalacje elektryczne. W niektórych licznikach można odczytać kiedy stanęły na zawsze. Są toalety prawie nie zmienione od czasów swojej świetności. Chodzimy od budynku do budynku. Odkrywamy marzenia ówczesnych robotników, które odzwierciedla np. rysunek na ścianie “Miss Ketmanskoop”. Pewnie to jedna z niewielu kobiet jakie tu pracowały lub mieszkały.

***

Trudno opisać swoje wrażenia z tego miejsca. Ruiny domów zasypywanych przez piasek rywalizują z domami świetnie zachowanymi. Być może największe wrażenie powinna na wszystkich wywrzeć… sala bilardowa. Doskonale zachowana. Z miejscowymi plakatami informującymi o zbliżających się mistrzostwach. A może sala gimnastyczna, gdzie nasze zbóje zanim odczytaliśmy tabliczki “Nie dotykać” już szaleli na poręczach, koniach z łękami itp…

***

Dziwne miejsce i niejednoznaczne. W dzień opanowane przez turystów. W nocy chronią się do opuszczonych budynków hieny i skorpiony. Tak jak nam przeszkadza im również zimny atlantycki wiatr.

***

Zdjęcia…

 

Luderitz – chyba najbardziej kolorowa uliczka w Namibii.


Staś i tu znalazł piasek i kamienie do prowadzenia prac budowlanych.


Panorama Luderitz.


Kolmannskuppe (Kolmanskop) – welcome!


Słynne wanny w piasku. Ktoś wywlókł z domów i pozostawił.


Po kilku domach widać dbałość o wystrój architektoniczny.


Chłopcy rozpoczynają eksplorację.


Szybciej z tym zdjęciem! Nie mam czasu!


Zaczynamy serię pt. “Wanny wewnątrz”…


Transatlantyk.


Łowię rybki lub rzucam kotwicę.


Michałek obsługuje maszynownię czyli dawny piecyk
do podgrzewania wody. Staś wysypuje piasek z zęzy –
zakładamy, że to nadal zabawa w statek. Wkrótce wanna może
być wg. chłopców czymś zupełnie innym!


A ja odkrywam portret Miss Kolmanskop.


Tu się można wyżywać w kierunku industrialnym fotografii.


Chłopcy w dawnej ławce szkolnej.


I lekcja WFu…


…zanim zobaczyliśmy kartkę “nie używać”,
ale chłopcy na szczęście nie niszczyli ale używali
zgodnie z przeznaczeniem.


Słynna, zachowana w rewelacyjnym stanie sala bilardowa
z oryginalnym wyposażeniem!


Można z miasta duchów wyjechać z…. diamentem…
sklepik nieżle zaopatrzony.


Wracamy do Luderitz na wieczorny spacer – dobranoc!

22 X – Fish River Canyon
Drugi na świecie kanion i pierwszy w Afryce..
Przez większą część dnia “piłowanie” i odliczanie kilometrów. Adrenalina skacze jak zatrzymujemy się na moście nad Fish River. Wreszcie! Wody oczywiście w korycie nie ma. Jedziemy i po chwili skręt w prawo. Piękny grawelek po którym mkniemy 100 km/h.

***

Meldujemy się na campie Hobas. Na pytanie, które miejsce możemy wybrać dostajemy naszą ulubioną odpowiedź: które chcecie. Dziś przyjechało tylko 5 samochodów – prawie wszystkie miejsca wolne. Spod recepcji ruszamy więc na punkty widokowe. Kilka kilometrów dojazdu niczego nie zapowiada. Okolica lekko pagórkowata ale kanion? Wielki kanion? Niemożliwe! A jednak. Przejeżdżamy obok jednej z dolin tworzącej jakby dopływ. Nie widzimy jej w całości ale już jest ciekawie. Wreszczie kreseczka obrywu i zabudowania głównego punktu widokowego. Nawet parkując jeszcze niewiele widzimy. Dopiero kiedy dochodzimy do barierki na końcu tarasu jesteśmy nieźle zszokowani. Widać potężne zakole rzeki płynącej (jest woda!) setki metrów w dole. Szerokość i głebokość kanionu poraża. Jest trudna do ogarnięcie wzrokiem i obiektywem. Nasyciwszy oczy czas na nasycenie brzuszków małych podróżników. Gotujemy obiad. Udaje się mimo szalejącego wiatru. Pakujemy się i jedziemy na kolejny punkt widokowy. Po drodze Ania zostaje z chłopakami w miejscu, gdzie droga zbliża się do kanionu i jest ścieżka łącząca punkty widokowe. Chłopcy układą i rozbierają kopczyki ze skał a ja jadę dalej do miejsca, gdzie jest tutejsza Orla Perć sprowadzająca na dno kanionu. To tu zaczyna się 85 km trekingu dnem kanionu. Praktycznie bez możliwości odwrotu. Wąska ścieżka z asekuracją łańcuchem sprowadza zakosami coraz niżej i niżej. Jak chłopcy podrosną to czemu nie? Taki treking musi byc fascynujęcy.

***

Odwiedzamy jeszcze jeden view point aby mieć pełnię wiedzy gdzie fotografować rano. Wracamy na camp. Piękne miejsce z grilem, lampą i podłączeniem do prądu. Oczywiście rozpalamy grila co wzbudza entuzjazm chłopców. Taki grill jest nawet lepszy od ogniska bo mogą sobie siedzieć na murku wokół rusztu. Wokół naszej lampy krążą w szalonych akrobacjach nietoperze. Czas spać!

***

Zdjęcia…

 

Krajobraz strefy diamentowej.
Człowiek po kilkunastu minutach popada w depresję.


Znaki ostrzegające przed piaskiem na drodze co równa się
zmniejszonej przyczepności jak ktoś nie wierzy….


…to może przekonać się widząc co dzieje się za zakrętem.


Jak krajobraz trochę się zmienił na lepsze pojawiło się stadko oryksów.


Most nad Fish River tam, gdzie jeszcze nie tworzy kanionu.
Za chwilę skręcamy w prawo i jedziemy w kierunku Hobas Campu.


Ten już dalej nie pojedzie.


Jedna ze stacji w szczerym polu.


Widok na zakole rzeki w Fish River Canyon.
Naprawdę bez skali trudno sobie wyobrazić wielkość tego kanionu.


Tu widać mały fragment uskoku kanionu z ciężarówką overlander.


Fragment ostrogi skalnej wychodzącej w głab kanionu.
Z jej prawej strony jest kilka jasnych punkcików – to ludzie.


Chłopcy poprawiają kopczyk wyznaczający ścieżkę nad brzegiem kanionu.


Drzewo kołczanowe nad brzegiem kanionu jakby zapowiadało
jutrzejsze wydarzenia.

23 X – Od rybek do drzew kołczanowych…
…i gepardów dających się głaskać!
Poranek piękny. Składamy namioty i jedziemy nad kanion robić zdjęcia w porannnym słońcu. Chłopcy już się obudzili bo tym razem nie musimy wstawać na wschód słońca. O wschodzie kanion przypomina czarną dziurę. Robimy objazd znanych punktów widokowych i jeszcze dokładamy ze dwa nowe i wracamy na camp robić śniadanko.

***

Dziś nie ma za dużo jazdy. Musimy dojechać do Keetmanskoop a właściwie trochę w bok od miasta. Czeka na nas nocleg pod Kokerboom Forest. Widząc dotychczasowe drzewa kołczanowe rosnące pojedyńczo na grzędach skalnych trudno nam sobie wyobrazić, że może byc las tych drzew. To pewnie zmyłka marketingu turystycznego. Dojeżdżamy do farmy. Płacimy za nocleg. Drzew nie widać. Dowiadujemy się za to, że są gepardy i o 16.00 będzie ich karmienie. Miejsce campingowe jest troche dalej – jedźcie drogą to zobaczycie.

***

Przejeżdżamy przez zaplecze farmy i wreszcie jest! Na wzgórzu pokrytym głazami rośnie faktycznie las drzew kołczanowych. Widok niesamowity a dla nas jest to tym fajniejsze, że mamy miejsce na nasz biwak tuż obok. Pietnaście metrów od naszego obozowiska zaczyna się ścieżka wijąca się między drzewami i niknąca za grzebietem wzgórza. Zagospodarujemy nasze miejsce i podchodzę kawałek ścieżką aby zobaczyć co jest dalej i kolejne zdumienie. Drzew jest tak dużo i rozną tak gęsto, że aż wzrok się gubi.

***

Szybki obiadek i jedziemy na karmienie gepardów. W pierwszej zagrodzie dwa koty. Jeden chodzi nerwowo w tę i z powrotem a drugi leży i spokojnie czeka. Przychodzi ich opiekun. W wiaderku dwa kawały mięsa tak po 3 kg każdy. Otwiera drzwi i wkłada wiadro. Ten bardziej niecierpliwy kot wsadza łeb do wiadra i wyciąga swój kawał mięsa. Odbiega trochę na bok i zajmuje się konsumpcją. Drugi dostaje swój kawał na dachu domku jaki służy im za schronienie od słońca. Leże i chrupie wielki kawał kudu a ja i niewielka grupa Hiszpanów możemy go pogłaskać. Ciekawe wrażenie. Głaszczesz geparda, który mlaska sobie wyrywając kęsy z wielkiego kawała mięsa.

***

Po kilku minutach idziemy do drugiej zagrody. Czekają na nas kolejne dwa gepardy. Oczywiście żarty i szykanie ochotnika wśród Hiszpanów. Jakaś wskazana pani z piskiem ucieka broniąc się przed wejściem jako pierwsza. Na koniec dowiadujemy się, że gepardom będzie przykro bo miały obiecaną degustację jakiegoś Hiszpana a tak… tylko kudu… 😉

***

Oczywiście prowadzący opowiada o tych wspaniałych kotach ich zwyczajach. Nie jest to tylko proste: zobaczmy jak kotek je… Te zagrody do których gepardy przychodzą wydają się małe – ot takie zoo, ale okazuje się, że są otwarte na wiele hektarów gdzie koty mogą poczuć się “wolne”. Tyle powierzni ile ma duże zoo u nas tutaj ma dla siebie tylko para kotów.

***

Trwają dyskusje i spory czy trzymanie tych pięknych kotów na farmach jest etyczne. Przecież to atrakcja dla turystów a niewola dla nich. Ale patrzenie na ten problem tylko z jednego puntu widzenia byłoby płytkie, bo problem jest złożony i ma swoje za i przeciw. Nie byłoby tych kotów tu gdzie cała ziemia jest podzielona płotami farm. Gdzie nie ma swobodnie biegających antylop. Na kogo miałyby polować? Kozy? Owce? Wybiegi kotów są ogromne. Dla kogoś kto ma tysiące hektarów ziemi zrobienie zagrody wielohektarowej dla pary kotów nie stanowi problemu. Koty przychodzą na karmienie bo są przyzwyczajone od małego, że w tym miejscu i o tej godzinie dostaną jedzienie. Niektóre pozwalają się głaskać ale to wynik nie jakiejś tresury ale tego, że od małego kotka są razem z ludźmi. Poza porą karmienia biegają sobie lub leża w cieniu gdzieś na tych swoich hektarach.

***

Wspaniały zachód słońca. Idziemy z chłopcami do lasu na zdjęcia. Oni szaleją wspinając się po wielkich głazach, my biegamy z aparatami szukając najlepszych ujęć. Kiedy pozostało po słońcu wspomnienie w postaci czerwonego nieba wracamy na biwak. Grill, kolacja i spanko. Jutro będzie masakryczny dzień w samochodzie! Kończymy pętlę po południu kraju i zaczynamy przygodę z północą.

***

Zdjęcia…

 

Poranek nad kanionem.Zaglądamy na samo dno – jest woda!


Chłopcy nad Fish River zamienili piaskownicę….


…na kamieniołomy.


Obiadek w Keetmanshop. Fonatanna do której Staś wleciał.
Wyszedł sam i nie płakał! Rybka pływająca w fontannie ocalała.


Keetmanshop – w miejscowym muzeum chłopcy próbują uruchomić…


…walec drogowy. Nazwa walca nawet do nich pasuje “Warrior”.


Wreszcie jesteśmy w “naszym” lesie drzew kołczanowych!


Drzew tych ciągną się szeregi, daleko, szeroko,….


Nasz sąsiad na campie.


Camp ma basen – chłopcy przeszczęśliwi!


A tuż obok…


…głodne gepardy….


…którym przygląda się grupka Hiszpanów….


…a nawet je głaszcze co też sam uczyniłem.


Wracamy do naszego lasu na zachód słońca.


Michałek kocha drzewa kołczanowe, są takie milusie!


Coś przemknęło! Jakiś cień! Gepard??!!


NIEEEEE!!! To Michaś i Staś uprawiają bouldering na głazach.


Jeszcze jedna skałka Michałka.


Zapada noc. Wracamy na camp. Nasz wspaniały kamienny stół
okupują chłopcy pałaszując kolację aż im się uszy trzęsą.

24 X – 615 km…  w jeden dzień!
Łatwo nie było. Największym problemem są tu proste odcinki drogi. Jak masz przed sobą 5 lub 10 km. w linii prostej to zaczynasz zasypiać za kierownicą. Koszmar. Marzę o zjechaniu na szuter. A tu nic z tego.

***

Pora obiadowa wypadła nam w Marientalu. Ot taka mieścina jak inne. U nas pisze się centrum handlowo-uługowe najbliższej okolicy. Stacja benzynowa, supermarket, poczta, jedna knajpa… nieczynna… wesele lub jakaś inna impreza w tym guście. O Fela makrela – zaklęliśmy szpetnie. Nici z obiadu. Ale po dłuższej dyskusji okazało się, że jest tu centrum rekreacyjne przy najnowszej i najwyższej tamie w Namibii. Jest tam camp, restauracja i… yachtclub. Jemy obiadek a chłopcy mają swoje ziszczone wielkie marzenie – basen! Oczywiście z godzinę dłużej trwa nasz obiad, bo nie można ich wyciągnąć z wody.

***

Jedziemy dalej. Tuż przez Windhoek odwiedzamy Heroes Acre Monument – coś jakby nasz Grób Nieznanego Żołnierza z cmentarzem załużonych i monumentem ku czci! Wygląd ma to i rozmach socrealu ale OK! Śmieszy nas tylko fakt, że każdy kto chce złożyć hołd bohaterom walki o niepodległość musi…. zapłacić. Bramy i pomniko-cmentarza pilnuje wojsko! Ale na terenie jest restauracja często wykorzystywana na wesela i inne imprezy. Chłopcy od tych hektarów schodów i polerowanych granitów dostali małego kęćka z radości. Wpadli też na pomysł by wykorzystać znicz wiecznie płonący na własne ognisko i…. zgasili go! Oczywiście nie spodobało to się żołnierzom strzegącym monument. Nawet oni pomimo zachowania służbowej powagi nie mogli powstrzymać się od śmiechu widząc co się stało. Na koniec Staś zgasił znicz jeszcze raz. Dobrze, że mieliśmy nasze służbowe zapalniczki… 😉

***

W Windhoek tankowanie, wysyłamy pocztówki i pędzimy do Okahandja. Już po nocy trafiamy na Okahandja Lodge Rest Camp. Świetne miejsce – jesteśmy prawie sami. Padamy! 615 km zrobione. Średnie zużycie paliwa: 16 litrów/100 km.

***

Zdjęcia…

 

Poranek dotarł nad nasz las,…


…który wygląda równie pięknie jak wieczorem.


Wyjeżdżając z naszego lasu i gepardów trawiących jeszcze
wczorajszy posiłek zaglądamy do Giants Playground, na krótki spacerek.
Kamienie wielkich rozmiarów faktycznie wyglądają
jakby ktoś się nimi bawił jak wielkimi klockami lego.


Mariental nas rozczarował. Ani nie było obiadu,…


…ani interesujących widoków.


Dlatego jedziemy nad Fish River spiętrzoną nawyższą i najnowszą
tamą (Hardap Dam) w Namibii. Piękne górskie jezioro jakie tu powstało
tworzy z okolicą Hardap Game Reserve. Jest restauracja – jemy obiadek.


Widok od stolika – żałujemy, że mamy tak mało czasu bo pożyczylibyśmy
jacht lub motorówkę by opłynąć jezioro.


Chmury zaczepiły się o góry przed Windhoek i o iglicę
pomnika Heroes Acre Monument.


No sprawdźmy pomnik:

  • Kałach? JEST!
  • Granat? JEST!
  • Marsowa mina? JEST!
  • Dynamika sceny? JEST!

 


Na tarasach groby najbardziej zasłużonych w walce
o niepodległość i tworzeniu niepodległej Namibii.


W tle ogromna płaskorzeźba ze scenami historycznymi.

 


Zobacz: BLOG część 2 odcinek 1 lub strona główna, Blog cz. 1 odcinek 1


Zapraszamy na prowadzony przez nas portal o Namibii!

Nasza NOWA książka o Namibii: NAMIBIA. Przez pustynię i busz – więcej o niej na  portalu, a jeżeli chcesz ją kupić to zapraszamy do naszego sklepu internetowego  na Allegro.


(c) Portal Małego Podróżnika

 

 

Share