INDONEZJA – wyspy BALI i GILI, SINGAPUR – 5 XI, Gili Air

MP_BALI_baner250

INDONEZJA – wyspy BALI i GILI, SINGAPUR
5 XI, na GILI Air

 

Patrzymy w kalendarz i zadajemy sobie pytanie: to już??? Kończy się nasza przygoda z wyspami Gili?! No cóż można tu siedzieć miesiąc i dwa i rok.

Nie da się ukryć, że cudownie się zresetowaliśmy po kołomyji w Polsce i gonitwie po Singapurze. Tu czas płynie zupełnie inaczej. Nie wolniej ale inaczej. No i NIC NIE MUSIMY robić. Czy pójdziemy na basen czy na rafę zależy od nastroju większości. Czy do Alego, czy może do Legend Baru. A może do portu… A może spać… No ale bajka się kończy. czas wracać na Bali i popracować tj. pozwiedzać. Ostatni dzień zaczęliśmy po śniadaniu wyprawą na wysepkę koralową. Rano jest odpływ więc możemy chodzić suchą nogą tam, gdzie normalnie jest nasza zatoka. Podziwiamy w płytkich kałużach wijące się wężowidła, kolonie jeżowców. Szukamy myszki i ciekawych ułamków korali w koralowym rumoszu. Wracamy już po wodzie. Nawet zadałem chłopcom zadanie. Jesteśmy na bezludnej wyspie i co dalej??? Mieli sporo pomysłów.

Kiedy ja chodziłem z chłopcami Ania pisała ostatnie maile ustalając z naszym kierowcą detale naszej wyprawy balijskiej. No ale teraz czas na jazdę do Manta Dive. Tam ostatnie nurkowania, budowanie zamków na plaży, pizza dla chłopców i ananasy na deser itd… Michałek nam zaimponował bo pomimo pierwszych obaw dał się zaprosić na rafę i to dwa razy!!! Pierwszy raz popłynęliśmy oglądać roje kolorowych yb a drugi raz popłynął z Anią i zobaczyli żółwie! Ale emocje! Pływa jak dorosły a nawet miał później trudniej bo jakieś ziarno piasko zablokowało mu zawór w fajce i dostawała się do niej woda. Ale nic to! Co się napatrzył!!! Chyba dziś zrozumiał róźnicę między pływaniem w basenie a nad rafą!!!

Na obiad wróciliśmy do hotelu m.in. by rozliczyć pobyt. Chcieliśmy zapłacić kartą a w takim przypadku to zawsze są emocje czy będzie połączenie, prąd, etc… Ale wszystko OK! Na zachód słońca mieliśmy jechać do portu ale zrobiło się pochmurno bo przyszły chmurzyska od Lomboku. Postanawiamy przedłużyc obiad i pojść do Alego na kolacyjkę dla chłopców a dla nad na goodbye drinka…

A u Alego radość, że jesteśmy. Jak już siedliśmy to zaraz przyszła czwórka łestów, później jeszcze jakaś para. Śmiejemy się, że nagoniliśmy klientelę. Zrobiliśmy trochę zdjęć knajpki i prowadzący ją jak zobaczyli na wyświetlaczu zdjęcia to im szczęki opadły jak u nich cudnie. No ich komplementujemy: Good place, good photo… Tak im się spodobało, że jeden z kelnerów zrobił nam pokaz żonglerki ogniem na plaży. Nie trzeba dodawać, że chłopcy chcą od jutra trenować z ogniem. Ledwie im wytłumaczyliśmy, że najpierw może warto z piłeczkami…

A w wodzie… A w wodzie też się działo. Zebrało się z 10 osób i łowili przy świetle silnej lampy maleńkie rybki do suszenia lub do pizzy. Lampa i głosy wędrowała to w lewo, to w prawo. Jak znaleźli ławicę rozciągali kolistą sieć i na trzy-cztery wyciągali ją nad wodę. W świetle lampy zaczynały błyskać srebrne iskry. To rybia drobnica usiłowała wydostać się z sieci.

I tak chłopcy zaczęli trochę marudzić czas więc na powrót do hotelu i położenie ich spać. Kiedy zasnęli my spakowaliśmy rzeczy aby rano mieć jak najmniej pracy i czas na śniadanie….

Fotografije:


Drugie śniadanie.
Kobiety dziwnie postępują. Płacą za wykręcanie rąk,
próby skręcenia szyi, wyrwania stopy, ugniatanie,… 😉


Pięknie przystrojone restauracje tym co ocean wyrzucił na brzeg.


Ostatniego dnia Michałek….


…dał się namówić na prawdziwe snorklowanie na rafie i…


…widział pięknego żółwia!!! Zachwycony!


“Punks not dead” – Co Ty chłopie?! Ramonesów nie lubisz?!
Jaki punk z ciebie?!


U Alego.


Dostaliśmy pokaz żonglowania….


…ogniem!


Ania w układzie choreograficznym z dziećmi.


To już nasza ostatnia noc….


….na Gili Air! Dobranoc!

 

 

…:: kolejny dzień :::: strona główna :::: poprzedni dzień 4 XI ::…

(c) Portal Małego Podróżnika

Share