INDONEZJA – wyspy BALI i GILI, SINGAPUR – 6 XI, BALI, Tirtangangga

MP_BALI_baner250

INDONEZJA – wyspy BALI i GILI, SINGAPUR
6 XI, na GILI Air

 

Czas wracać na Bali. 7:30 śniadanie. Czeka na nas już nas zaprzyjaźniony woźnica z bryczką. Pakujemy się, konik trochę stęka bo od rana taki cięzar no ale rączo zmierza do portu. W porcie nasza “Wyspowa Hopka” jeszcze bez silnika ale jak jest 5 minut do wypłynięcia to i silnik i załoga się znajdują. Płyniemy przez Meno na Travangan gdzie przesiądziemy się na szybką łódź na Bali.

Wybraliśmy powrót szybką łodzią bo szkoda nam całęgo dnia na transfery. Po dopłynięciu do Padangbay mielibyśmy tylko czas na dojazd na nocleg, a tak jeszcze coś zwiedzimy. Bagaże zostawiamy w biurze Island Xpress i idziemy się dopoić i pobawić pod molem. Idą panowie z naszymi bagażami więc czas na pójście na koniec mola gdzie za chwilę podpływa katamaran z imponującymi silnikami. Od razu wiadomo co to znaczy szybka łódź. Wysiada ekipa, która przypłynęła z Bali. Zostaje jakaś dwójka. My wsiadamy i…. odbijamy?! Reszta towarzystwa popłynie inną łodzią do Kuty. Nasz “Gili Cat” najpierw podpłynie do Lomboku wysadzić pozostałą dwójkę i pewnie po więcej pasażerów. Podpłynął, wysiedli, ale nikt nie wsiadł!!! Do Padangbay popłyniemy sami i 3 członków załogi!!!

I teraz pasus o urokach bycia poza sezonem.
Przyjechanie szczególnie na Gili po sezonie np. od połowy października jest strzałem w “10”. Wszystkie knajpki wolne, nie ma problemu z hotelami. Mieliśmy wielokrotnie wrażenie, że wielki hotel pracuje tylko dla nas. Jak tych kilka osób będących w tym samym czasie w naszym hotelu przyszło na śniadanie przed nami lub po nas to wyglądało tak, jakbyśmy byli sami. W basenie poza nami były max 2 osoby. Można stargować różne ceny bo poza sezonem. Wszyscy się o nas troszczą i zabiegają o nasze…. rupie. W sezonie (sierpień) jest podobno masakrycznie dużo osób. Knajpki są pełne, trudno znaleźć miejsce przy plaży a aby zająć sobie parasol na plaży lub leżak trzeba być przed 8.00! No i ceny! Jak tylko deklarujemy, że chcemy być dłużej cena spada o 50% i nie mają głupich pomysłów aby liczyć sobie za wszystkie dodatki. Na takich imprezach jak wypuszczanie żółwi w GoGo gromadziłą się pewnie połowa wszystkich turystów na Gili Air a i tak mieścili się w jednej knajpce. Oczywiście należy zapytać się co to znaczy tu po sezonie? U nas to wybór między lazurkiem sierpnia a brudną szmatą nieba i zimnem listopada. Tu poza sezonem oznacza, że mieliśmy jedną tropikalną ulewę przez pół godziny i po południu słońce niekiedy zakrywały na 2-3 godziny chmury, co akurat było rewelacjne bo pozwalało jakoś fukcjonować na plaży. Oczywiście na zachód słońca chmury się rozwiewały i mogliśmy napawać się widokiem wielkiego chlup słońca do oceanu. Tak więc jak ktoś może niech wpadnie na Gili Islands w połowie paxrnika a żałować nie będzie!

Powyższą relację napisałem na pędzącym 70 km/h katamaranie, ale teraz czas na wzięcie aparatu bo zbliża się Bali!

Dobijamy do Padangbay. Wyładujemy bagaż i idziemy molem. Naprzeciwko nas idzie młody człowiek uśmiecha się, pyta czy Kobus family? Witamy się serdecznie. To Putu Yudana. Od pierwszego wejrzenia widać, że będzie fajnie. Mamy śliczny minibusik i ruszamy… Plany na dziś to jedna dodatkowa świątynia Goa Lavah Temple słynna ze schroniska nietoperzy a póżniej mamy obrać kierunek Tirtangangga.

Pierwsza świątynia balijska świetnie się prezentuje bo akurat trwa 7 dniowe święto. Nie można wejść na górną świątynie, gdzie modlą się liczne rodziny, ale wszystko widać ze średniej. Wiele odświętnie ubranych osób no i duża przyświątynna orkiestra rewelacyjnie grająca. Następnym punktem programu jest… obiad. Przydrożny warung oferuje równie pyszne jedzenie jak turystyczne knajpy tylko za 1/3 ceny. Posileni odwiedzamy traditional village Tenganan, czyli wioskę artystów, hodowców kur, drwali itd… itp… Możemy zobaczyć nie tylko wiele tradycyjnego rękodzieła ale również wnętrza tradycyjnych domów gdzie dachami połączone stoi kilka często jednoizbowych budynków a całość otoczona murem. Taki świętokrzyski okólnik… 😉

Po wiosce robimy skok na kasę. Ponieważ na Gili brakowało pieniędzy a dolary do wymiany chcieli tylko prosto z maszyn drukarskich z odciskiem palca Obamy więc znaleźliśmy bankomat i kazaliśmy mu wypluć rupie na dalszą podróż. Acha! Bankomat przy banku miał np. tylko Master Card więc polecamy od razu pojechanie do supermarketu. Jak jest tam bankomat to na pewno obsługuje wszystkie karty. Zdaje mi się jest to jeden z przykładów głupoty białych kołnierzyków zwanych obecnie inaczej “sprawcy światowego kryzysu”. Właścicielem bankomatu był bank, który pod własną siedzibą oferował tylko jeden rodzaj kart!!!

Najedzeni i z pieniędzmi jedziemy dalej zwiedzać. Czas na coś unikatowego: królewski pałac na wodzie w Tirtangangga. Chłopców najbardziej bawi to, że można w jednym z basenów skakać z kamienia na kamień, Oszlifowane, z ornamentami dają możliwość przejścia krętej trasy po basenie gdzie stoją liczne piękne rzeźby. Pod nogami pływają wielkie czerwone… no niech będzie… karpie. Chłopcy oszaleli z radości. Miejsce urzekające i warte odwiedzenie. Nad źródłem zaopatrującym w wodę całe urządzenia wodne zbudowano piękną świątynię. W głównym budyneczku, bogato rzeźbionym, za zamkniętą kratą szumi i bryzga woda. Robimy zakupy owocowe i czas na…. nocleg. Nasz kierowca dowiedział się w międzyczasie, że jest fajny homestay prosto w górę od świątyni z widokiem na tarasy ryżowe. Trochę kołujemy, ale przy trzeciej próbie udaje się trafić. Miejsce bajeczne. Bungalowy stoją w gęstwie tropikalnych roślin i kwiatów. Bajka! I jeszcze genialna łazienka! Chłopcy kąpią się z modelami balijskich łodzi. Zapada noc. Czas spać…

No tak… Łóżeczko, żona i… swastyka między nami u wezgłowia. Wielka masywna wpleciona w jakieś ornamenty… Faszyści zawłaszczyli i zochydzili ten odwieczny symbol, który tu nie ma, żadnych dziwnych podtekstów. Ale dziwnie jakoś…

Fotografije:


Port na Gili Air – chłopcy zawsze sobie znajdą zabawę.
Czas na hopkę przez Gili Meno na Trawangan.
Żegnaj Gili Air!


Obrazek z Meno.


Cudowny kolor oceanu, na kursie Trawangan.


Trawangan – ruch w porcie wielki.


Wyładunek dzieci.


Międzynarodowy konglomerat dał fajną knajpkę.


Idziemy na molo.


Staś sprawdza czy wszystko się zgadza z lotniczym zdjęciem wyspy.


Będzie śniadanie lub obiadek.


Jest nasz “Gili Cat”.


Odbijamy! Łza się w oku kręci – żegnajcie wyspy Gili.


Kurs na Lombok.


No i zostaliśmy sami, kurs na Bali.


Nie ma zlituj – blog musi powstawać.


To już Bali.


Michałek ogląda sterówkę katamaranu.


Padangbay Welcome!


Na naszą czwórkę czeka czwórka personelu – wyładunek dzieci.


Wreszcie zwiedzanie! Goa Lavah Temple.



W górnej świątyni trwają modły.


Urzekli mnie starsi panowie….


….bardzo się cieszyli ze zdjęć.


Orkiestra.


Powoli opuszczamy świątynię…


…czas na kolejne atrakcje.


Tenganan – tradycyjna wieś…


…teraz więcej tu artystów niż rolników.


Wejście do jednego z domów.


Kobiety wracają z miednicami pełnymi płaskich kamyków.


Stasio drażnił koguty – niegrzeczny.


Kogut “Ken Gdak” dla Barbie.


W domu jednego ze znanych mistrzów wyplatania
koszy, koszyków, koszyczków, torebek, puzderek, wszystkiego,…


Jedziemy dalej – zaczynają się góry.


Tirtangangga – królewski pałac na wodzie.


Zaczynamy biegać i zobaczymy czy się spotkamy.


Jest kilka wysepek, gdzie można zmienić trasę skakania.


Staś a to sprząta, a to łowi rybki.


Zwieńczenie świątyni nad źródłem.


Ręki to lepiej mu nie wkładać.


Mieszkańcy królewskich stawów.


.


Grobla z fontannami.


Już na noclegu składamy balijskie łódki.


Tu też niestety wypalają trawy.


Dziwno i straszno – jak tu spać?!

 


…:: kolejny dzień :::: strona główna :::: poprzedni dzień 5 XI ::…

(c) Portal Małego Podróżnika

Share