INDONEZJA – wyspy BALI i GILI, SINGAPUR – 20/21 XI, Singapur > Warszawa

MP_BALI_baner250

INDONEZJA – wyspy BALI i GILI, SINGAPUR
20/21 XI,  SINGAPUR > WARSZAWA

 

Cały dzień (20 XI) spędzamy w Singapore ZOO. Pogoda wygląda na niezłą. Słoneczko powinno utrzymać się przynajmniej z 5 godzin. Taksówka i dojazd całkiem długi.

Zaczeliśmy jazdę o 9.oo. Ruch niewielki więc nasze taxi wiezie nas równo 110km/h ale i tak jedziemy i jedziemy. Wreszcie ZOO. Kupujemy bilety i w grupie miejscowych przedszkolaków wchodzimy na teren zaopatrzeni w mapę. Obszar ogromny. Za ZOO generalnie nie przepadamy bo poza ratowaniem zagrożonych gatunków to marnej jakości uciecha dla gawiedzi i męka dla zwierząt zamkniętych w klatkach bardziej niż wybiegach. Inna jest też sytuacja takiego geparda w ZOO a inna węża lub żółwia.

ZOO singapurskie jest tu chlubnym wyjątkiem. Wybiegi są naprawdę duże, możliwości obserwacji dla zwiedzających świetne (pancerne szkło zamiast krat) i widać po wielu zwierzętach, że jest im tam może nie dobrze ale przynajmniej całkiem znośnie. Oszałamia roślinność. To co w naszych zoo zwierzęta mają do dyspozycji (sosnowe pieńki i wydeptana trawa) jest absolutnie nieporównywalne z tym co stworzono w Singapurze. Woliera wielkości hangaru lotniczego z bogatym lasem tropikalnym, gdzie lata pełno motyli, ptaków i nietoperze, a między poszyciem przemykają swoimi scieżkami malutkie antylopki robi wielkie wrażenie. Orangutany mają swój ogromny obszar przez który prowadzi trasa do ich obserwacji. Małpy są pod nami, na naszej wysokości i wysoko nad nami. Platformy, liany, konstrukcje z pni. Niesamowite.

W zoo są stałe godziny karmienia zwięrząt oraz specjalne pokazy. Listę z tym co, gdzie i kiedy dostaje się razem z biletem. Byliśmy na trzech pokazach. Pierwszy o lasach deszczowych troche kiczowaty z podkreśleniem kwestii edukacyjnych. Zły milioner chce wyciąć las i założyć fabrykę chipsów a zwierzęta i piękne kobiety mu to uniemożliwiają. Na koniec wojownicy wrzucają go do basenu. Marny ten pokaz ale dzieciom się podoba bo zwierzęta biegają nad głowami siedzących w amfiteatrze, pingwinki, kaczki i inne takie pływają i latają.

Drugi pokaz jest wart polecenia bo pokazuje w specjalnie przygotowanym amfiteatrze popisy fok, pingwinów, lwy morskie. Główną bohaterką jest foka potrafiąca ogromną ilość sztuczek z czego ochlapywanie publiczności jest jednym z pierwszych i ostatnich z jej popisów.

Po tym pokazie pędzimy do areny gdzie podziwiać można słonie azjatyckie. Te zwierzęta w azji wykorzystywane do pracy pokazują również tu swoje możliwiści. Oczywiście pokaz musi zacząć się welcome drinkiem czyli prysznicem publiczności z trąb czterech słoni… Pokaz bardzo fajny bo chłopcy mogą zobaczyć jak słonie są silne. Podnoszą bale jak drzewa i oczywiście robią wiele śmiesznych sztuczek.

Po zobaczeniu pokazów i kilkunastu ciekawych zwierząt trafiamy do Rainforest Kidzworld. Miejsce zabawy i wypoczynku. Najbardziej niesamowity jest tam park wodny do zabaw dla dzieci. Kurtyny wodne, fontanny, zawory, przepusty do budowy tam, armatki wodne, zjeżdżalnie i najważniejszy…. słoń! Słoń to tak naprawdę wielki gar na wodę zawieszony z 10m nad plątaniną zjeżdżalni, na oko prawie tona wody. Wlewa się do niego a kiedy powoli poziom zaczyna dążyć do przeważenia słonia i wylania wody odzywa się dzwonek napędzany jakże inaczej przez wodę. Wtedy zbiegają się dzieci i siadają na dużym wolnym miejscu. Dzwonek dzwoni coraz szybcie aż nagle głowa słonia się przechyla i wszystko ginie na chwilę w białęj kipieli. Woda nie leci bezpośrednio na dzieci (zmyło by je na pewno) ale najpierw spada na coś w rodzaju daszków z blach falistych rozbijających ogromny strumień na mniejsze kurtyny wodne, które dzięki swojej masie robią niesamowite wrażenie. Cały teren bejecznie kolorowy i bezpieczny. Podłoga to nie ślizgająca się kolorowa gumowa wykładzina, która powoli gości już na naszych placach zabaw (niestety często w czarnym kolorze?!). Chłopcy szaleją, ale że przyszły chmury i odzywa się zmęczenie po wstawaniu o 4.oo rano to zaczyna im być zimno. Suszymy i reanimujemy frytkami oraz udajemy się zobaczyć kolejne atrakcje Kidzworld. Acha! Wejście tu jest w cenie biletu do Zoo a dopłacić trzeba tylko za takie atrakcje jak np. jazda konna.

Chłopcy szaleją na tyrolkach, najróżniejszych dziwnych urządzeniach do wspinaczki, bujania, etc… Ogromne emocje wzbudza staw z tratwami. Wskakuje się na tratwę i ciągnie linę by przepłynąć z jednej strony stawu na drugą i z powrotem. Zaczyna pokrapywać deszcz i mamy zamiar powoli wycofać się z zoo ale grzmoty koncentrują się gdzieś gdzie jest miasto więc nie ma sensu tam jechać. Wracamy do ulubionych atrakcji chłopców i zwiedzamy kolejne pawilony m.in. rewelacyjny z wężami, płazami, wspomnianą wolierę, karmimy kozy itd.. itp…

Kiedy zachodzi słońce i chłopcy już słaniają się na nogach wsiadamy w taksówkę i jedziemy na Food Street wk Chinatown. Wczoraj tak bardzo żałowaliśmy, że deszcz nie pozwolił nam pojechać tam na obiad ale dziś wypadało się ok. 14.oo i mamy piękny zmierzch. Chłopcy zasnęli w taksówce więc donosimy ich do stolika przy naszej ulubionej budce. Natychmiast pojawia się obsługa, która nam podstawia krzesła z oparciami zamiast zydelków więc Michałek śpi na stole, Staś w objęciach Ani a ja wybieram pyszności jakie nam będą przygotowane. Jest to taki self-service. Wybierasz na talerz co chcesz, dajesz panu w budce a on to smaży, dodaje warzywka i sosiki, kroi aby można było jeść pałeczkami i po 5 minutach masz talerz tak cudownych pyszności, że naprawdę trudno się powstrzymać od wzięcia dokładki…

Acha! Już nie pamiętam, czy pisałem na początku naszej wyprawy o Food Steet ale jest to inicjatywa dzielnicy. Cała ulica to dwa, trzy rzędy stolików i dziesiątki budek serwujących chińskie, wietnamskie, koreańskie, i… dania. Jest służba sprzątająca wspólna dla wszystkich, kelnerzy pomagający dostarczać na stoły zamówione rzeczy. Bajka! No i kiedy tak siedzimy śmieszą nas niektózy turyści z przerażeniem patrzący co tu się dzieje i jak tu można coś jeść. A jeszcze jak widzą nas z chłopakami wywijającymi pałeczkami ze smakołykami to już wątpią. Niech im sznycel wiedeński lekkim będzie!

No i kiedy tak sobie siedzimy zgadaliśmy się z Robertem i Violą – dwójką Polaków, którzy wyemigrowali ponad 15 lat temu do Australii a teraz odwiedzili Singapur bo dla nich do podstawowe miasto przesiadkowe itd… Strasznie sympatycznie się zrobiło, pogadaliśmy od serca, wypili wiele Tigerów i wreszcie stwierdziliśmy, że mamy szansę spóźnić się na nasz lot. Umówiliśmy się na kontakt mailowy i czas był najwyższy pędzić do naszego hotelu, gdzie czekały na nas rozbebeszone bagaże i droga na lotnisko.

Błyskawiczne pakowanie i jazda na Chiangi Airport. Singapur to nie Bangkok gdzie korki wydłużają dojazd na lotnisko z 40 minut nawet do 3 godzin. Tu dojeżdża się bez problemu i na czas. Tym bardziej, że nasze zdziwienie jest ogromne bo myśleliśmy, że już nas szukają a tu kolejka na 100m do tej firmy co to ma powietrze dla Hansa a nie dla tych co na Hansa mówią Jan. Otwieramy Tigera, którego wyjeliśmy z lodówki i nie wypiliśmy z braku czasu. Humory nam dopisują. Aby pobudzić trochę pracowników w okienkach okręcam dodatkowo taśmą maski i latawce dla lepszego zabezpieczenia. Taśma wydaje straszliwe dźwięki otwierających się zardzewiałych wrót do średniowiecznego zamku. Nawet mnie ciarki przechodzą a i chyba na innych podziałało bo kolejka nagle kolejka ruszyła szybciej.

Później to już luzik. Taśmy do naszego gate’a i z marszu do samolotu. Airbus A340-600 ogromny ale w miarę wygodny. najważniejsze, że są kreskówki dla chłopaków i Epoka Lodowcowa 3. Zasypiają chyba nawet przed startem. Ania wpadła na pomysł, że ponieważ zjadamy i tak to co oni nie zjedzą to lepiej zrezygnować z jakiejś ryby/kurczaka/kaczki na rzecz posiłku owocowego. Dostajemy jedną porcję z dwoma tackami pełnymi owoców. Dla chłopaków pycha! Mają przedłużenie diety indonezyjskiej….

Lecimy na zachód, czyli cofamy się w czasie. To niesamowite, ale po 13. godzinach lotu kiedy wsiedliśmy do samolotu przed północą w Singapurze wylądujemy w Monachium jeszcze przed wschodem słońca!!! Lot był spokojny i nawet chłopcy się zachowują w miarę z wyjątkiem Stasia, który uparł się by kopać w siedzienie przed nim i po trzydziestym zwróceniu uwagi i trzymaniu mu nóg przez tatę dostał puckę wychowawczą…

No i Monachium po tych 13. godzinach lotu. Orzesz… Niby duże lotnisko ale know-how wzieli z Polski. Placu zabaw nie stwierdziliśmy. Czy w Europie większość zarządzających/projektujących lotniska to stetryczałe-durnowate-dziady-bez-wyobraźni ???!!! Oczywiście o internecie darmowym zapomnijcie. Już za 8 EUR was uszczęśliwią godziną internetu przez T-Mobile. Ale żeby można było sprawdzić maile w 10 czy 15 minut i taniej to nie ma takiej opcji… Już qrna wiem że wracamy do domu. A kiedyś śmiali się z krajów azjatyckich, jaki tam bałagan i improwizacja. Jak na razie jesteśmy lata za nimi w przyjazności traktowania pasażerów. Oczywiście jeszcze niemiecka solidność i organizacja pogoniła nas wg. oznaczeń na lotnisku z miejsca gdzie przylecieliśmy do miejsca gdzie mieliśmy przejść z gate’ów H na G do zamkniętego na głucho przejścia – zapomnieli dopisać, że rano nikogo tam nie ma. Teraz 500m z powrotem do operatora lotniskowego aby powiedział nam gdzie się można przedostać na poziom G i gdzie ktoś raczy pracować. Udało się, ale ciąganie się kilometrami po lotnisku ze zmęczonymi lotem dziećmi nie jest przyjemne. Chrzanię niemiecko-europejski porządek – chcę aby było tak jak na Chiangi Airport w Singapurze!!!!!

Jeszcze ponad półtorej godziny do odlotu… Chłopcy z Anią poszli pobiegać z wózkami w ramach „placu zabaw” i pojeździć taśmami. Ja wyjąłem notebooka i dziubię w klawisze… Wreszcie nasz samolot a raczej czas najwyższy na odprawę, ale nikt się nie spieszy. 15 minut przed odlotem zaczynają odprawę… Autobusem wiozą nas gdzieś daleko na płytę lotniska no i wreszcie jesteśmy w samolocie. Przygnębiające lotnisko za nami a na pokładzie miła atmosfera. Lot jak daleki skok. Szybki… Lądowanie i… czekanie na bagaże. Samolotów innych ze dwa, a bagaży nie potrafią dostarczyć na taśmę. Przy okazji sprawdzam jak zaprojektowano toalety pod kątem dzieci i… nie zaprojektowano. Nie ma męskiej toalecie ani jednego pisuaru powieszonego niżej dla chłopców. Co za durnie bez wyobraźni to projektowali i odbierali… Gdyby jeszcze był to folwark prywatny za czyjeś pieniądze to się bym nie czepiał ale na ten wrzód będący wizytówką Polski poszły nasze pieniądze i nadal idą bo przecież musimy płacić chore opłaty lotniskowe. Warsaw Welcome! Błe…

Bagaże doleciały, babcie i dziadkowie w koplecie, nawet pogoda się poprawiła na nasze powitanie (następnego dnia była solidna mgła). Czy jesteśmy zadowoleni z wyprawy? Generalnie tak. Szczególnie z pobytu na wyspach Gili. Sama Bali nie jest wyspą cudowną tylko tak naprawdę jednym z miejsc w Azji, które warto zobaczyć, ale nie należy podtrzymywać legendy o wyspie szczęśliwej i niezwykłej, którą może kiedyś była. Teraz większość turystycznych miejsc przypomina obecne Krupówki w Zakopanem, które do dawnych Krupówek mają się jak pięść do nosa. Oczywiście jak ktoś nie znał dawnych Krupówek i ich atmosfery to może tę straszną panoramę sklepo-knajpianą uważać za „cut mjut” no ale będzie to jedynie kolejny dowód na to jak turyści w masie mogą zabić urok danego miejsca. Podobnie jest z Kutą (dramatyczne miejsce) i powoli poddaje się Ubud. Zabito urok Gili Travangan gdzie okolica portu jest taka bardziej slamsowa i śmietnikowa i uciekać trzeba po spokój coraz dalej.

Powstanie raport z naszego wyjazdu i artykuły właśnie o tym czego się po Bali należy spodziewać aby się nie rozczarować. Będą również tematy lekkie, łatwe i przyjemne jak np. analiza piw dostępnych do spożycia na Bali… 😉

I tą miłą zapowiedzią w ostatnim zdaniu chciałbym zachęcić do zajrzenia na główną stronę wyprawy wkrótce. Dziękujemy również wszystkim tym, którzy z niecierpliwością śledzili losy naszej wyprawy on-line. Dziękujemy!!!

Zdjątka:

 
Singapur – jedziemy do ZOO.
Już pierwsze spotkanie z mini hipopotamkami…


…pokazało jak genialnie jest zaprojektowane…


…singapurskie zoo – tu z białym tygrysem.


Pokaz z fokami i pingwinkami. Przed właściwym pokazem można było
z bliska przyjrzeć się szalejącemu stadku pingwinków.


Miejscowi bywalcy zoo zawsze mają gotowe do użytku parasole.


Dzieci mogą uścisnąć płetwę i dostać całusa od foki.


I kolejny pokaz – słoniowy Welcome Drink!


Bohaterami są słonie azjatyckie, mniejsze od afrykańskich,…


…ale niesamowicie sprawne – chodzenie po balu.


Trochę humoru nie zaszkodzi.


A teraz….


…pokaz…


…słoniowej siły!


Można dać im słoniowe smakołyki.


Ech! Mieć takiego słonia w ogródku!


Michałek chłodzi słonika.


Jak Michaś doda swoją stopę to prawie wypełnimy ślad Komali.


Czyżby to ten wąż był na Bali na tacie?


W wolierze podziwiamy nietoperze.


Największy kwiat świata.


Stasio też może zaryczeć i pokazać pazury.


Z taką twarzą gwarantowany sukces w polskiej polityce.


Dobry kotek, dobry…


Wiele środowisk pokazywanych jest w pełni.
Woda z rybami, nad nią roślinność i zwierzęta lądowe.


Przed nami chwila relaksu w Kidzworld.


Rewelacyjny park wodny (widać tylko kawałek).


Dzyń, dzyń… Łeb słonia się przechyla…


…i tona wody tworzy białą kurtynę!


Armatki, wodne tunele…


…zastawki, zjeżdżalnie…


…fontanny i zawory…


Idziemy do części sprawnościowej – Michaś na trawersie,…


…Staś na korkociągu…


Kolejna miłość chłopców – park z tyrolkami.


Nie mogliśmy ich stamtąd wyciągnąć dopóki…


…nie poznali tratew!


Wracamy do zwierząt.


W tej wolierze zadaniem dla zwiedzającego jest odnalezienie żyjących tam zwierząt.
Znajdujemy dwa jaszczury.


Karmimy kozy – najbardziej żarłoczne zwierzaki w zoo.


W pawilonie z płazami mamy porównanie w skali 1:1 największej żaby świata
z żabą najmniejszą. Ta najmniejsza to plamka na kamyku w szklanym cylindrze.


Dolny poziom woliery z motylami, ptakami, antylopkami, nietoperzami,….


Stasio wszedł do środla drzewa i poznaje żyjące w drzewach chrząszcze.


Stado lwów na wyciągnięcie ręki.


Qrna! Ale mi się nie chce robić prania!…


Po zoo kolacja na Food Street w Chinatown.


Im później tym na Food Street…


….więcej gości.


Trzeba wracać. Szykujemy się do długiego lotu.


Przed nami 13 godzin w samolocie!


Monachium – jeszcze 2 godziny i będziemy w domu.

 


…::  strona główna :::: poprzedni dzień 19 XI ::…

(c) Portal Małego Podróżnika

Share