KUBA – dzień 21 (Santiago > Playa Larga)

MP_KUBA_baner250
KUBA. Muzeum Niespełnionych Marzeń
dzień 21

Z Santiago do Playa Larga – 600 km
W okolicach Santiago zdobędziemy nasz najwyższy szczyt górski na Kubie. Rano szybko się (w miarę) pakujemy i ruszamy w góry. Ale najpierw oczywiście trzeba z Santiago wyjechać. GPS chce abysmy zrobili to jadąc przez 78 tutejszych uliczek (niekiedy stromych strasznie) i jedne schody. Ja już znam te twoje numery Garnek! Nie poddaję się tylko jadę tak, jak powinno się w Santiago jechać zaczynając ze starówki i chcąc pojechać w dowolną inną stronę. Łapiemy kierunek gdzie chcemy jechać. Zjeżdżamy główną ulicą “pi razy drzwi” zgodną z tym kierunkiem aż zjedziemy do szerokiej obwodnicy centrum miasta. No i teraz tu już tylko lewo lub prawo i pomykamy do pierwszego drogowskazu kierującego już poza miasto właściwą drogą. Sposób sprawdzony i jedyny słuszny.

Po ponad 10 km skręt zgodnie z drogowskazem Gran Piedra. To nasz górski cel. Zaczynamy z poziomu morza, a za chwilę będziemy zdobywać szczyt 1234 mnpm. Oczywiście upał i lenistwo nie pozwala zacząć pieszką z poziomu morza ale jedziemy na parking gdzie już tylko ze 300m do zdobycia w tym część po 452 schodach. Płacimy CUCa za wejście na szlak, zabieramy zimne Bucanero do plecaka i ruszamy. Szlak bardzo ładny, prowadzi przez tropikalny las. Znane nam już gigantyczne paprotki niżej i wyżej gęstwa paproci mniejszych ale dominujących czasami w podszyciu. Ich liście niekiedy krzyżują się ze sobą i są soczyście zielone lub ziene i czerwone lub żółte. Przepiękne! A do tego sporo kwiatów, świerszcze, ptaki i jaszczurki.

No i szczyt a raczej wielki kamień szczytowy. Najpierw odwiedzamy skalne schronisko, wielki okap skalny z miejscem na ognisko i możliwością nawet rozbicia nawet ze trzech namiotów. Obchodzimy wancisko wzdłuż pionowych ścian mających ze 20 metrów wysokości i wreszcie z przełączki mamy schody prowadzące na górę. Ufff… Jesteśmy! Widok oszaałamiający! Tylko w kierunku naszego wejścia widok blokuje kolejne skalne wypiętrzenie z wieżą z wielkim baniakiem, w którym schowany jest radar meteo. Chłopcy jako zdobywcy nr 1 mają zdjęcia przy stalowym trójnogu i możemy oddać się relaksowaniu się i czekaniu na słońce kiedy tworzące się na stokach Gran Piedro chmury odpływają w dal. Na szczycie mamy straganik z pamiątkami i mnóstwo jaszczurek. Spędzamy tu sporo czasu i jak się w końcu znudziliśmy to schodzimy do samochodu.

Ze szczytu widzieliśmy czerwony dach La Isabelica – to hacjenda uciekinierów z Haiti, którzy tu przenieśli swoją plantację kawy. Jest to również najwyżej na Kubie położona taka plantacja. Hacjenda to teraz muzeum. Bardzo ładna roślinność wokół głównego budynku. W pomieszczeniach gospodarczych złom wykorzystywany do pracy na plantacji w tyl kolekcja motyk i…. kajdanów. Wnętrza mieszkalne prawie puste chociaż widać, że starali się zebrac co się da by zapełnić wnętrza. Kiedy odejdzie się kawałek ścieżką z tyłu budynku dochodzi się do wielkiego kamiennego koła z kieratem. Tu pozbawiano kawę mięsistej otoczki by dostać sie do ziaren.

No i teraz już naprawdę wracamy w dół. Zapomniałem napisać o drodze. Oczywiście dojazd do wejścia na GP to dramatyczne piłowanie z wyjącym silnikiem. Kręcioła kierownicą niesamowita ale naprawdę fajnie. Godziej dojazd do La Isabelica. Ze szczytu widać było odcinek jakiś 2.5km wijącej się drogi ale tu już nie ma betonu lub asfaltu. Tu mamy ziemię i kamule i powymywane wądoły. Kilka razy się zastanawiałem czy dobrze czynię jadac naszym samochodem ale stwierdziłem, że jakby co to wyciągną jakimś ciągnikiem. Po deszczu tylko można zapomnieć o jeździe tą drogą. Ślizgawica na błocie i brak szansy podjechania w wielu miejscach bez wyciągarki. Droga tak się spodobała chłopcom, że cały czas, a to kręcili filmy swoimi aparatami, a to trzaskali zdjęcie za zdjęciem.

Gdzie dalej? Zobaczmy osadę artystów i plażę. A niejako przy okazji przejedziemy się malowniczymi terenami Parque Baconao będącego na liście rezerwatów biosfery UNESCO. Krajobrazy faktycznie inne przypominające naszą Jurę. Osiągamy Siboney taki kubański kurort z ośrodkami FWP. Większość w ruinie. Ładna, niewielka, kamienista plaża wykorzystywana w sezonie głównie przez miejscowych. Teraz spotykamy dwie osoby. Dalej jest plaża piaszczysta i hotele. Wracamy bo wcześniej minęliśmy jedną z atrakcji o których głośno nie tylko w okolicy ale i na Kubie. Po drodze zjeżdżamy jeszcze jak to Lonelka pisze “osady artystycznej”. Osada jest może i artystyczne ale artystów nie ma. Wygląda na to, że przyjeżdżają tu tylko zapędzani bo z własnej woli to może widzieliśmy ślady bytności w trzech domkach. A tak… jakieś “rzeźby”, dokonania garncarzy, itd… Jak jeździliśmy po wiosce to nawet nikt nie wyszedł nie zaprosił do galerii.

Wracamy z powrotem bo jadąc aż do brzegu minęliśmy mamuty na wzgórzu i chcemy wracając je z bliska obejrzeć. Valle de la Prehistoria to taki nasz Bałtów – park dinozaurów… Żarcik oczywiście… W Bałtowie precyzja wykonania figur znakomita a tu są wielkie odlewy betonowe, pomalowane w jaskrawe kolory i… hmmm…. trochę wymagające już renowacji. Coś tam odpadło, gdzieś straszy pręt zbrojeniowy… Miejsce jest z gatunku “smieszno i straszno”. Sam teren doliny dinozaurów bardzo ładny. Chodzi trawiastymi wzgórzami miedzy poszczególnymi grupami prehistorycznych zwierząt ale i ich łowców. Ania widząc te cuda z daleka stwierdziła, że nie, że dramat i kicz ale jak się zmieni podejście do danego miejsca to już jest łatwiej. W sumie bawiliśmy sie świetnie, a najlepiej oczywiście chłopcy atakując z łowcami mamuty, jeżdżąc na grzbietach zwierzaków itd… itp…

No ale na koniec dnia kiedy wracaliśmy do Santiago Ania musiała odreagować. Koniecznie zażądała zawiezienia do zamku del Morro. Ja nawet się opierałem bo wyglądało, że już za późno ale okazało się, że nie. Dojazd za górami był w cieniu ale zamek lśnił w promieniach zachodzącego słońca. Ciekawa forteca z pierwszej połowy XVI wieku. Wieczorem żołnierz mający tu wartę strzela z zabytkowego działa. Widok z zamku jest przepiękny ponieważ wznosi się on nad cieśninami, wysepkami. Najładniejsza wyspa to Cayo Granma. Można się tam dostać promem. Na wyspie są casas particulares i można przenocować. Miejscowa społeczność jest podobno bardzo gościnna i jest to ciekawa możliwość spędzenia jednej nocy poza Santiago w uroczym miejscu. Jedynym zgrzytem jest rafineria i elektrociepłownia położone ze dwa kilometry dalej…


Dzisiaj się nie nafotografujemu więc, nasz poranny omlecik…
…smażone banany…


…owocki!


Trzeba się ruszyć ale bagaże ciężkie…


…pakujemy się.


Santiago żegna nas pomnikowo.


Autostrada.


Qń jaki jest każdy widzi…


A u Niemców głąby krasnale wstawiają w trawniki…


Austrada gdzie połowa jest jeszcze jak u ministra Grabarczyka…


Podpalajcie! Jadą!!! To tak aby nie zasnąć za kierownicą.

.:. DZIEŃ 20 .:. MENU WYPRAWY .:. DZIEŃ 22 .:.

Długo w nocy stuka w klawisze: Krzysztof; poprawia: Ania;
inspirują jak zwykle niezawodni Michaś i Staś.

Share