DZIECI ŚWIATA – Maleńka bogini z Doliny Katmandu (reportaż)

Aby spotkać żywe wcielenie bogini, trzeba pojechać do Nepalu
w trakcie święta Indra Jantra obchodzonego na przełomie sierpnia i września.
Wtedy bowiem ulicami Katmandu przejeżdża Boska Kumari.
Kilkuletnia dziewczynka, której rad słucha sam król Nepalu.
Plac Hanuman Dhoka w Kathmandu szczelnie wypełnia się ludźmi. Tutaj, pośród wiekowych świątyń, odbywają się wszystkie najważniejsze nepalskie święta. W początkowym chaosie po chwili można odnaleźć sens i harmonię. Kobiety z dziećmi obsiadły stopnie największej świątyni.

Niczym stado egzotycznych ptaków mienią się wielobarwnymi sari. Słychać okrzyki, nawoływania, śmiechy. Co chwila któraś podnosi się i radośnie macha do znajomej. Świątynia zajęta przez mężczyzn jest zdecydowanie mniej barwna, za to hałaśliwością góruje nad miastem. Miesza się gwar głosów i zapach palonych namiętnie tanich papierosów – bidików.

Turyści zebraniu u podnóża innej świątyni wyraźnie odcinają się jednolitymi, jasnymi strojami od wzorzystego tłumu. To jedyne bezbarwne miejsce na placu jest istną wieżą Babel, naszpikowaną obiektywami wystawionymi w kierunku Kumari Bahal – Świątyni Żywej Bogini. To stamtąd za chwilę kapłani wyniosą Kumari na rękach, wszak bogini nie może dotknąć nieczystej ziemi.

 

Spotkanie z Boginią

Indra Jantra to święto niezwykłe. Przez trzy dni powóz Kumari ozdobiony złotem i kwiatami przemierza ulice miasta przynosząc pomyślność i błogosławieństwo. Bogini towarzyszą chłopcy symbolizujący dwóch wielkich bogów Ganesza i Bhairaba. Pierwszego dnia święta król Nepalu – uważany za wcielenie wielkiego hinduistycznego boga Wisznu uroczyście składa jej życzenia, ona zaś oznacza jego czoło czerwoną kropką „tika”, potwierdzając tym samym władzę obecnej dynastii. Nim rozpocznie się najbardziej widowiskowa część święta – procesja Kumari – na placu trwają ceremonialne tańce ukazujące sceny walki demonów z bogami. Przed rydwanem bogini kapłan zarzyna kozę i krwią skrapia dyszel. To konieczne by Bhairab, gniewne wcielenie Sziwy, nie znalazł sobie ofiary podczas uroczystości. Jeszcze kilka lat temu niektórzy fanatyczni mieszkańcy Doliny Kathmandu z własnej woli rzucali się pod koła kilkutonowego wozu.
Na Hanuman Dhoka kończą się ostatnie nerwowe przygotowania. Żołnierze Ghurka ustawieni szpalerem na palcu po raz ostatni poprawiają zakrzywione noże – symbol ich niezłomnej odwagi w walce. Nagle krzątanina zamiera w ciszy, po czym zrywa się huragan okrzyków. Kumari!!! Dziewczynka skulona na rękach mnichów nie przypomina dumnej, groźnej bogini. Raczej przestraszone dziecko, które najchętniej schroniłoby się w bezpieczne sari mamy. Kumari!!! Tłum zachłystuje się ze szczęścia, lecą w górę kolorowe szmatki, kwiaty, drobne monety. Gąszcz wyciągniętych rąk i oczu spragnionych oglądania bogini. Kumari ma sześć, może siedem lat i ogromne, smutno-przestraszone oczy podkreślone grubą, czarną kredką. Na jej czole wymalowano znak trzeciego oka – to właśnie nim bogowie widzą świat. Karminowe wargi są lekko zaciśnięte, jakby bogini bała się nieopatrznie coś powiedzieć lub co gorsza rozpłakać. Śliczna laleczka przebrana w purpurowo-złotą suknię patrzy niewidzącym wzrokiem ponad głowami poddanych. Maleńka bogini zagubiona w gwarnym tłumie.
W akompaniamencie kaskady dźwięków trąb i okrzyków Kumari zostaje uroczyście przeniesiona ze swego pałacu i usadowiona w ogromnym powozie. Obok niej dwóch mężczyzn bez ustanku krząta się, poprawiając poduszki, wachlując twarz – ani przez chwilę nie spuszczają dziewczynki z oczu. Zupełnie inaczej zachowuje się tłum mężczyzn jadących na rydwanie Kumari. Rozmawiają ze sobą, machają do znajomych w tłumie, wykonują tysiące niepotrzebnych gestów – są ważni przez sam fakt siedzenia tutaj. Może dlatego nie zwracają już specjalnej uwagi na siedzącą obok nich dziewczynkę. Rydwan jest gwarny i zatłoczony niczym targowisko w świąteczny dzień. Co chwila ktoś się dosiada, ktoś schodzi. Wreszcie procesja w akompaniamencie okrzyków i muzyki rusza na obchód miasta. Kilkunastu mężczyzn ciągnąc grube powrozy wiedzie powóz uliczkami Katmandu. Na całej trasie przejazdu Bogini zbiegają się tłumnie Nepalczycy, by choćby przez chwilkę spojrzeć, choćby tylko pomachać do swojej bogini. Z wysokiego powozu dziecko patrzy na swych poddanych.

Gdzie jesteś Kumari?
Miała pewnie cztery lata, kiedy do jej domu przyszli kapłani. Poważni, majestatyczni, wpatrzeni w nią uważnie. Kiedy wbiegła do pokoju, na stoliku leżały różne stroje, naczynia, biżuteria. Kilka z nich wzięła do ręki, zachęcona przyzwoleniem ojca. A wtedy mnisi spojrzeli na nią jeszcze uważniej. Czy domyśliła się, że latami patrzyli w takie same oczy, widzieli taki sam owal twarzy, słyszeli ten sam głos? Że oto odnaleźli kolejne wcielenie bogini? Może przez tą chwilę nie śmiała się tak promiennie jak zazwyczaj, może spoważniała gdy mężczyźni w szafranowych szatach oddali jej pokłon i wyszli. Ale po chwili dziecięca radość wzięła górę i ze śmiechem podbiegła do matki, która odruchowo ją przytuliła, a potem odsunęła nieco od siebie i niepewnie spojrzała na swoją – a teraz już nie swoją córkę. To wciąż była jej kochana mała dziewczynka, ale być może stała oto przed nią mała bogini. Boska Kumari. Wcielenie Durg. Matka patrzyła z niedowierzaniem. Nieczęsto człowiek może patrzeć w oczy bogom. Czy jej córka w tym spojrzeniu odczytała, że bezpowrotnie zakończyło się jej dzieciństwo? Że od dziś przestała być zwykłą dziewczynką, która może bezkarnie biegać po całej wiosce, śpiewać z mamą wieczorami i marzyć o czymś nieokreślonym, niezwykłym i nieznanym?…
Następnego dnia znów przyszli mnisi. Uroczyście zaprowadzili ją do świątyni. Może nawet się nie bała, tylko jej tak zazwyczaj roześmiana buzia była teraz nieoczekiwanie dorosła i poważna. Ciemne wnętrze oświetlały migotliwe płomyki oliwnych lampek, rzucając fantastyczne cienie na ściany. Obok posągów bogów wisiały obcięte głowy zwierząt. Przez chwilę stała opuszczona w tej ciemności. Nagle z mroku wyłoniły się okropne maski – co chwila któraś pojawiała się przy jej twarzy. Stała zagryzając wargi, ale nie krzyknęła. Nie rozpłakała się. Nie zawołała „Mamo” – najpotężniejszego zaklęcia przestraszonego dziecka. Przeszła próbę strachu, którą tylko bogini mogła przejść. Okazała się prawdziwą Kumari zdolną pokonać wszelkie demony. Wokół rozbrzmiały modły i śpiewy. Rozpoczęto uroczystą przeprowadzkę dziewczynki do jej nowego domu – pałacu w Katmandu. Rodzice byli z niej dumni, choć pewnie zagubieni w tej wrzawie. Wprawdzie stracili córkę, ale za to jakiż splendor spłynął na ich dom.

Koniec boskości
Od tej pory w życiu dziewczynki nic nie było tak jak dawniej. Zamieszkała w Kumari Bahal – drewnianej świątyni o trzech piętrach, strzeżonej przez kamienne lwy – położonej w samym sercu Katmandu. Gdzieś daleko tętniły życiem barwne targowiska, rozlegały się klaksony samochodów, monsun zalewał ulice. Dziewczynka znała miasto jedynie z opowieści, gdyż swój dom-świątynię opuszczała tylko w czasie najważniejszych świąt, podczas których jechała w procesji ogromnym powozem. Tak jak dziś. Na co dzień żyje wraz z rodziną i służbą zamknięta w swoim pałacu. Ubrana w jedwabie, obwieszona biżuterią maleńka bogini otaczana jest miłością i czcią. Codziennie na dziedziniec pałacu przychodzą wierni, by się modlić i złożyć dary. Czasem pojawiają się śmiesznie ubrani ludzie o skórze zbyt jasnej dla tutejszego słońca. Wypatrują między misternie rzeźbionymi okiennicami jej twarzy, ciekawie rozglądają się dookoła. Niekiedy zaszczyca ich swoim spojrzeniem, ale bezpieczniej  czuje  się  w wewnętrznych komnatach, pomiędzy dobrze znanymi rzeczami i ludźmi. Nie odstępujący jej na krok kapłani pilnie śledzą jej słowa i gesty interpretując je jako dobry lub zły omen. Przy różnych okazjach przychodzi po radę sam król wraz z rodziną. Z pewnością jest prawdziwą boginią. Lecz do czasu.
Każdy dzień bowiem przybliża kres jej panowania. Pewnego dnia dziewczynka ulegnie zranieniu, lub po prostu dorośnie – i w tej samej godzinie utraci swą boską moc. Z ciała bogów płynie bowiem światło, a nie krew. Zatem kapłani wyczytawszy znaki ze świętych ksiąg ponownie wyruszą na poszukiwanie kolejnego wcielenia bogini. A dawna Kumari? Stanie się na powrót zwykłą śmiertelniczką, opuści swój pałac i wróci do domu rodziców. Od rządu dostanie posag i dożywotnią pensję.

Teraz może już rozpocząć normalne życie, a nawet wyjść za mąż. Ale rzadko się to zdarza, powiadają bowiem że poślubienie eks-bogini przynosi nieszczęście, a nawet śmierć. Jak w każdym przesądzie być może i tu jest ziarno prawdy. Lecz czy aby na pewno, jedyna wiedza jaka posiadła przez te wszystkie lata mała Kuamri to modlić się i ładnie wyglądać?


 

Zdjęcia i tekst: Anna Olej-Kobus – TravelPhoto


(c) Portal Małego Podróżnika