DZIECI ŚWIATA – Kambodża (galeria)

Dzieci plaży

Miały po kilka lat i cały dzień spędzały na plaży. Bielutki piasek, turkusowa woda. Prawie raj. Do raju przybywają turyści porzucając czasem coś tak wspaniałego jak puszka po piwie lub plastikowa butelka.
Za dziesięć puszek w skupie dają 900 Rieli. Za cztery plastikowe butelki – 300 R. Kilogram bananów kosztuje 1000 R, 1 dolar to 4000 R. Dzieci objuczone workami spacerują plażą od świtu do zmierzchu. Zarabiają pieniądze, więc nie mogą iść do szkoły. Nie wyrwą się stąd. Za kilka lat nauczą się jakiegoś fachu: masażu, sprzedaży pamiątek. Będą całymi dniami chodzić wzdłuż brzegu oferując swe usługi. A gdy się zestarzeją, znowu zaczną pielgrzymkę w poszukiwaniu pustych butelek i puszek…


Spotkanie

Zobaczyłam ją, jak podskakuje wesoło trzymając w ręku różowy balon. Szła plażą w towarzystwie rówieśników. Gdy podeszłam bliżej, była już przy swojej mamie, a balonem cieszył się jej młodszy braciszek. Dopiero z bliska widać było wielki siniak pod jej okiem. – Spadła ze schodów – wytłumaczyła jej mama. Co miała powiedzieć obcej, białej kobiecie, która na chwilę wtargnęła w ich świat? Że może mała chciała iść do szkoły, ale kogo by stać na takie fanaberie? Że może mała chciała w życiu czegoś więcej, niż tylko chodzenia po plaży całymi dniami? A może mała nie oddała tych kilkuset rieli, tylko egoistycznie kupiła sobie za nie słodyczy, by raz w życiu się nimi najeść? Co miała mi powiedzieć? A może naprawdę ta mała spadła ze schodów, choć w kraju gdzie dzieci po schodach śmigają od urodzenia, to mało prawdopodobne…


Dziewczynka o brązowych oczach

Miała najpiękniejsze oczy jakie widziałam. Można było w nich wprost utonąć. Kilkuletnia piękność doskonale wiedziała jakie wrażenie wywiera na ludziach i bez skrupułów wykorzystywała to, pomagając rodzicom w prowadzeniu sklepiku warzywnego. A czasem obdarzała kupujących (takich jak my) łaskawym spojrzeniem, pozwalając zrobić im zdjęcie.


W hamaku…

W Kambodży dzieci buja się w hamaku od urodzenia. A nawet jeszcze wcześniej, bo przecież ulubionym miejscem odpoczynku przyszłej mamy też jest leżenie w hamaku. To najbardziej “socjalne” miejsce w domu: zawieszony w cieniu, często dwa lub trzy obok siebie, by można było wygodnie pogawędzić lekko się kołysząc. Turyści mogą to cudo kupić już za 2 dolary, na targu dla miejscowych są pewnie jeszcze tańsze.

Tego malca znaleźliśmy na tyłach straganu prowadzonego przez jego mamę, która dogląda go w wolnych chwilach. Spał słodko, zatopiony w nirwanie niczym mały Budda. Najbardziej wzruszył mnie napis na koszulce – angel. Śliczny aniołek bujający się w hamaku… A drugiego spotkaliśmy śpiącego w malutkim hamaku, na łodzi…


Motorem w świat!

Jazda motorem to dla tutejszych maluchów codzienność. Jeszcze nim porządnie nauczą się siedzieć, już są wożone między mamą a tatą. Starszakom przysługuje miejsce: przy kierownicy skąd widać wszystko najlepiej. Rekord jaki widzieliśmy to siedząca za tatą piątka dzieci!


Chłopiec z pocztówkami

Między świątyniami Angkoru od rana krążą mali sprzedawcy pamiątek. Może kupisz? 10 pocztówek tylko za dolara. Patrz: łan, tu, fri, for… Migają obrazki w rytmie odliczania w obcym języku. Nie chcesz pocztówek? Może bransoletki? Bardzo tanio, very chip – tylko dolara za dziesięć: łan, tu, fri… Też nie? A ptaszki z bambusa? Patrz jakie piękne, jakie kolorowe – dam ci pięć za dolara, nie odchodź, poczekaj – dam ci dziesięć za dolara! Tylko kup coś ode mnie. Albo chociaż kup colę na straganie mojej siostry. Naprawdę nic nie chcesz? Dlaczego nie dajesz mi dzisiaj nic zarobić?…


Duszki Angkoru

Mieli najbardziej niezwykły plac zabaw: ruiny jednej ze świątyń Angkoru, ukrytej w dżungli. Bang Meala tym różni się od innych, że od właściwego Angkoru jest daleko – ponad 60 km. Tym, że jeszcze do niedawna można tu było dojechać tylko wyboistą i pylistą drogą. Tym, że dopiero niedawno znikły stojące wokół świątyni tabliczki “uwaga miny”, skutecznie zniechęcające by zboczyć ze ścieżki. Tym, że pozostawiono ją nie odrestaurowaną, tak jak widzieli ją pierwsi europejscy archeolodzy: ściany oplecione korzeniami i gałęziami drzew. Słowem Bang Meala to dla przybyszy miejsce absolutnie niezwykłe. A dla tutejszych chłopców? To idealny punkt, by ich spotkać. I czasem poprosić: o długopis, zeszyt, dolara. Ale tylko czasem. Zwykle chłopcy tylko na przybyszy patrzą, po czym bezgłośnie znikają między rozpadlinami murów zajęci swoimi sprawami.


Gra pozorów

Siedziała na wózku inwalidzkim przy drodze wiodącej do jednej ze świątyń Angkoru. Setki turystów jakie dziennie tędy przechodziły zapewniały jej rodzinie stały dochód, rzucając banknoty do miseczki. W końcu była bardzo ładna, a jej kalectwo nie odstraszało nadmiarem deformacji i cierpienia.

I pozostałaby dla nas jedną z wielu, gdyby nie to, że popołudniem (gdy turystów już nie było), spotkaliśmy ją na ulicy. Biegła do mamy, wołając coś wesoło. Nawet się nie speszyła, iż odkryliśmy jej tajemnicę. Wózek inwalidzki był tylko środkiem do utrzymania rodziny…


Sklepiki z książkami

Nie chcieli żebrać. Nie chcieli dostawać od nas – obcych przybyszy – nic za darmo. Chcieli móc zarobić, ale problem polegał na tym, że zarobić mogli tylko na nas – obcych przybyszach, którzy na wszelką próbę kontaktu reagowali zniecierpliwionym odejściem. Przy współpracy z francuską organizacją pozarządową wymyślili prostą rzecz: wielkie napisy w tym obcym języku mówiące jasno kim są. To pomagało. Wielu z tych obcych zatrzymywało się na chwilę, a gdy zaczynała się rozmowa, jej finałem czasem był zakup książki. W jakiś sposób historie ulicznych sprzedawców zawsze łączyły się z reżimem Pol Pota. Jedna rodzina pisała, że ich dziecko straciło nogę po wejściu na minę, ale odkąd mają ten sklep z książkami, może się uczyć i nie opuściło żadnej lekcji. Inna pisała, że na skutek reżimu nie mogli się uczyć, więc teraz dziękują za zakup książek, który finansuje naukę ich czwórki dzieci i daje zarobek całej rodzinie. Nie mogliśmy im odmówić. W końcu i tak przewodnik po Wietnamie kiedyś nam się przyda, a książka Ancient Angkor (za jedyne 9 USD) jest bezcennym źródłem informacji.


Miską po cukierki

W pływających wioskach na jeziorze Tonle Sap domy zbudowane na łodziach mają malutkie ganeczki, dachy z blachy falistej, grządki w doniczkach i beczki na pitną wodę. Bieda jest aż nadto widoczna. W pewnej chwili ku naszej łodzi rzucił się chłopiec w misce. Byliśmy dla niego jedyną szansą na zdobycie pieniędzy lub choćby dostanie cukierka. Wiosłował kawałkiem deski z wprawą cyrkowca wiedząc, że jeśli nie dokona szybko abordażu, wyprzedzi go ktoś inny, a zwykle prezenty dostaje tylko ten, kto dopłynie jako pierwszy…


Zabawa w dom

Prawdziwy był tylko nóż. Reszta rzeczy zmieniała się dzięki wyobraźni. Korki i zakrętki to garnki, trawa i piasek stawały się jedzeniem, a woda była koniecznym dodatkiem, by zabawa w dom była naprawdę udana. Te dziewczynki tak jak ich rówieśniczki w Europie uwielbiają naśladować dorosłych i ich czynności. Jedyna różnica między nimi jest taka, że tutaj bardzo często dzieci naprawdę umieją już gotować, opiekować się młodszym rodzeństwem i prowadzić dom – na miarę swych kilku lat. Tego dnia jednak dziewczynki mogły sobie pozwolić na luksus zabawy i bycia dziećmi.


Życie toczy się na ulicy

Uwielbiamy podglądać codzienność. Wystarczy na chwilę przystanąć, oderwać oczy od przewodnika, zajrzeć w zaułki na tyłach Szacownych Zabytków, by naprawdę poczuć klimat danego kraju. Oto w bocznej uliczce Siem Reap trójka maluchów rozgrywa mecz piłkarski. Nie szkodzi, że bez piłki – przecież klapek też daje się świetnie kopać! Zmęczonemu upałem chłopcu mama zafundowała fantastyczną zabawę: basen! Stoi na ulicy, przy sklepiku więc mamie łatwo pilnować by synek nic sobie nie zrobił. Obok przechodzą ludzie śmiejąc się do golutkiego malca i pewnie trochę mu zazdroszcząc. W tym upale każdy chętnie by się zanurzył w wodzie. Prawdę mówiąc też mu zazdrościliśmy!


Do widzenia!

To co jest najbardziej ujmujące w tutejszych dzieciach to ich wiara w przyszłość. Życiowy optymizm. Może zawdzięczają go temu, iż są po prostu kochane. Tutaj narodziny każdego dziecka to święto i radość. Dlatego nie ma dzieci samotnych, opuszczonych. Rodzina trzyma się razem. W pobliżu są dziadkowie, ciocie, kuzyni i cała masa innych dzieci do wspólnej zabawy, kłótni i po prostu życia razem. Chyba tego najbardziej dzieci z Zachodu mogą im zazdrościć. Że choć nie mają edukacyjnych zabawek i nieograniczonych możliwości intelektualnego rozwoju – zawsze mają się z kim bawić, a do tego otacza ich miłość i akceptacja takimi jakimi są…


Zdjęcia: Anna Olej-Kobus/Krzysztof Kobus – TravelPhoto


(c) Portal Małego Podróżnika

Share