Nasz pierwszy raz z maluszkiem na nartach biegowych

Jedną z ważniejszych rzeczy jaką kupiliśmy po narodzinach naszego synka (poza całą masą rzeczy mniej lub bardziej potrzebnych do obsługi maluszka) były narty biegowe. Marzec to doskonały czas do tej inwestycji (wiadomo – przeceny!), a poza tym mieliśmy nadzieję, iż posiadanie sprzętu zmobilizuje nas do wyjazdów. I faktycznie, gdy tylko spadł śnieg następnej zimy zabraliśmy się do planowania wyjazdu. Tym bardziej, że nasz synek był już całkiem “dorosły” – 10 miesięcy to wystarczająco dużo na wielką zimową wyprawę!

Przygotowania

Przede wszystkim należało przygotować sanki dla najmłodszego podróżnika. Na dół położyliśmy kawałek karimaty obszyty ortalionem, przez co nawet w głębszym śniegu nie docierał on do kombinezonu. Następnie z sztywnej karimaty zrobiliśmy oparcie o regulowanym paskami kącie nachylenia – jeśli maluszek zasnął można było to oparcie opuścić do pozycji półleżącej. Wreszcie Krzyś uznał, że potrzebne są płozy, dzięki czemu sanki zyskają na stabilności, a także będą znacznie łatwiejsze do ciągnięcia po nieprzetartym szlaku. Wyciągnął ze strychu stare narty Polsporty, które po przycięciu należało tylko przykręcić śrubami motylkowymi i… nasz pojazd był prawie gotów do drogi! Prawie, gdyż brakowało mu jeszcze porządnego śpiwora chroniącego przez mrozem i wiatrem. Pewnie można było znaleźć coś odpowiedniego w sklepach, ale Krzyś (wychowany na programach Adama Słodowego) wyciągnął maszynę do szycia i po kilku godzinach mieliśmy wspaniały śpiwór uszyty z potrójnego grubego polara obszytego miejscami poczwórną warstwą ortalionu. Jeszcze tylko konsultacje z naszym przyjacielem Michałem Kochańczykiem (podróżnikiem polarnikiem) jak ciągnąć sanki za sobą – poradził by przypinać linki karabinkiem do pasa plecaczka lub uszyć pas biodrowy. To pierwsze okazało się najprostsze. Teraz byliśmy gotowi na wszelkie wyzwania! (Jak zrobiliśmy sanki do ciągnięcia na nartach biegowych przeczytajcie w oddzielnym poście.)

Po konsultacjach z innymi mamami postanowiłam zabrać krem Lipobase (chroniący buzię maluszka przed mrozem) oraz mały termos, by mieć zawsze dla synka coś ciepłego do picia. Spakowaliśmy też zimowy kombinezon, góralskie butki (najlepiej trzymały ciepło w stopach!), dodatkowy koc z polaru i wyruszyliśmy w drogę.

Po przygody misiu młody!
Pojechaliśmy w Beskid Niski. To góry wymarzone do wędrówek – tutejsze doliny są bardzo malownicze, zaś mały kąt nachylenia stoków bardzo ułatwia stawianie pierwszych kroków na nartach.

Zamieszkaliśmy w Domu na Łąkach w Izbach, gospodarstwie agroturystycznym przyjaznym rodzinom z dziećmi (do dyspozycji m.in. łóżeczko, podwyższone foteliki do jedzenia oraz skrzynia z zabawkami i spora biblioteka), położonym nieopodal Krynicy i naszej ulubionej Doliny Bielicznej. Wokół łagodne pagórki, sielska cisza i… bezmiar śniegu czekającego na nas! Po demonstracji sprzętu (sanki wywołały szczery entuzjazm wśród gości) nie było wyjścia – musieliśmy w końcu wyruszyć na szlak. Przygotowanie do wyjścia zajęło nam ponad godzinę. Po raz piąty w lekkiej panice sprawdzałam czy zabrałam krem i termos, czy sanki będą stabilne, czy nie jest za zimno i czy śpiwór jest dobrze zapięty. Michaś w końcu nerwowo nie wytrzymał i głośnym płaczem obwieścił, że albo jedziemy na sanki, albo on natychmiast idzie spać!

Beskid Niski - Dolina Bielicznej
Beskid Niski – Dolina Bielicznej

Na początek zdobyliśmy kilka okolicznych zboczy ucząc się poruszania na nartach. Prawdę mówiąc debiutowaliśmy na biegówkach, zaś mój krótki romans z nartami zjazowymi skończył się, hm… ponad 15 lat temu! Mieliśmy więc nieco obaw jak sobie poradzimy, ale ponieważ wszyscy znajomi twierdzili, iż biegówki to rzecz najprostsza pod słońcem, postanowiliśmy im zaufać. I faktycznie, po przejściu kilkunastu metrów czuliśmy się, jakbyśmy całe życie nic innego nie robili! Nasz synek patrzył na zimowy świat tylko przez kilka minut, gdyż monotonne kołysanie sanek uśpiło go prawie natychmiast, zresztą był tak owinięty, że ze śpiwora wystawał tylko nosek i oczka.

aktw_biegowki_08

Odkrycia małego podróżnika
Następnego dnia wyruszyliśmy do Doliny Bielicznej. Ta pusta dolina u źródeł Białej to jedno z najbardziej urokliwych miejsc w Beskidzie. Choć dołem wiedzie droga, my wędrujemy zboczem aby sunąc po dziewiczym śniegu poczuć się jak prawdziwi odkrywcy. Naszą drogę przecina strumień na skutek zwałów śniegu położony jakiś metr pod nami. Na nartach przekraczamy go bez trudu, ale sanki? “Tylko nie kwocz!” – uprzedza moją przemowę Krzyś, co oznacza “nie bądź upiornie troskliwą mamuśką!” Dobra, milczę, ale duszę mam na ramieniu. Tymczasem Krzyś przechodzi na drugą stronę, ja zostaję by asekurować i niczym na filmie wykonujemy “kaskaderską” akcję: na “trzy” Krzyś ciągnie sanki do siebie, a ja pilnuję, by się nie przechyliły! Uf, udało się, mały pasażer nawet się nie zorientował jaka atrakcja go ominęła. Ja tymczasem (choć wieje zimny wiatr) jestem cała spocona z wrażenia.

Beskid Niski - w tle Lackowa
Beskid Niski – w tle Lackowa

Po dwóch godzinach (jest tak pięknie, że co chwila stajemy by robić zdjęcia!) docieramy do serca doliny, gdzie stareńkie drzewa owocowe są jedynym śladem jaki pozostał po dawnej wiosce Bielicznej. Obok strumyka widać murowaną cerkiewkę. Po wojnie opuszczona i zrujnowana, staraniem dawnego proboszcza Banicy, ks. M. Czekaja została odnowiona i dziś wygląda niczym ilustracja z bajki. Michaś obudził się więc korzystamy z okazji by porobić mu zdjęcia oraz dać coś ciepłego do picia. Rozgląda się dookoła – najwyraźniej mu się tutaj podoba! Szkoda tylko, że jest taki malutki, wspólne lepienie bałwana musimy odłożyć na przyszłość! Pozwalamy mu trochę poszaleć w śniegu, co w jego wykonaniu polega na siedzeniu na karimacie i oglądaniu okolicy połączonym z degustacją a to kawałków lodu, a to zmrożonych gałązek… Sprawdzam czy się nam maluszek nie wychłodził: nosek zimny, ale karczek ciepły czyli śpiwór chroni malca znakomicie, na wszelki wypadek sprawdzam mu jeszcze nóżki, są cieplutkie, ale na przewinięcie go w tych warunkach nie mam odwagi. Powrót zajmuje nam tylko godzinę – spieszymy się, by dotrzeć do domu nim najmłodszemu uczestnikowi wycieczki znudzi się siedzenie w sankach!

Beskid Niski - pod cerkwią w Bielicznej
Beskid Niski – pod cerkwią w Bielicznej

Niedźwiedzie mięso czyli wielka wyprawa

Ośmieleni dotychczasowymi sukcesami wytyczamy bardzo ambitną trasę. Chcemy przejść trawersem wzgórz nad wioską Banicą i wrócić przez wieś Izby do Domu na Łąkach. Latem taka wyprawa zajęłaby nam najwyżej dwie godziny, ile to będzie na nartach – zobaczymy. Zabieram trochę chrupek (nic tak nie koi malutkich smutków!), picie, krem od słońca i mrozu, zapas pampersów, ubranko na zmianę i zaraz po śniadaniu wyruszamy na szlak. Pierwsza trudność: musimy wspiąć się na wzgórze. Nocą zwiało świeży śnieg spod którego wystaje teraz zlodowaciała skorupa. Mi udaje się wchodzić całkiem nieźle krawędziując nartami, ale Krzyś ma dodatkową “kotwicę”, która ciągnie go w dół. W końcu udaje się nam dotrzeć do celu i z góry patrzymy na świat. Pod nami malutkie domki i wijąca się między nimi droga, przed nami białe zbocze zachęcające do trawersu. W pewnym momencie nasz szlak schodzi w dół. “Huston! Mamy problem!” – trzeba przyznać, że zjazdy wciąż jeszcze nie są naszą mocną stroną! Krzyś jedzie w dół gdy nagle… Michaś zaczyna go wyprzedzać! Na szczęście za chwilę jest podjazd gdzie udaje się wyhamować małego rajdowca. Na kolejne zjazdy jesteśmy już przygotowani: przyczepiam sanki do siebie i jadąc z tyłu hamuję je, by nie jechały zbyt szybko.

Beskid Niski - Wycieczka w okolice Domu na Łąkach
Beskid Niski – Wycieczka w okolice Domu na Łąkach

Co jakiś czas pojawia się też inny problem: druty oddzielające pastwiska. Jako że sanki pod nimi się nie zmieszczą, więc na przemian stajemy na drutach by Michaś mógł przejechać górą. W pewnym momencie pozostaję w tyle robiąc zdjęcia, a chłopaki mkną do przodu. Słyszę rozpaczliwy płacz synka. Rzucam się w ich kierunku… Michaś cały w śniegu z wyrzutem patrzy na tatę, który skruszony przyznaje, że źle ocenił nachylenie stoku i zafundował maluszkowi przewrotkę… Dwie chrupki skutecznie koją żal. Po pięciu godzinach wracamy do domu. Okazuje się, że całe ubranko jest przemoczone, ale kombinezon choć mokry, to schowany w śpiwór utrzymał ciepło. Zaś nasz synek po takim dotlenieniu zjada podwójny obiad!

Miesiąc później jesteśmy w Pensjonacie Rzepiska koło Bukowiny Tatrzańskiej, skąd mamy wspaniały widok na ośnieżone Tatry. Oglądamy je co dzień z wycieczek robionych granią gór. Krajobrazy są fantastyczne i aż kuszą do jeszcze bardziej ambitnych wypraw, lecz okazuje się, że Staś jest już w brzuszku, w drodze do nas!

Opracowała: Anna Olej-Kobus – TravelPhoto


(c) Mały Podróżnik – www.malypodroznik.pl – wszelkie prawa zastrzeżone


 

 

Share