NAMIBIA 9000. km afrykańskiej przygody – BLOG cz. 1 odcinek 1

MP_NAM_baner250

NAMIBIA 9000 km afrykańskiej przygody
BLOG cz. 1 – odcinek 1
X-XI 2008

 

5 X – robimy zakupy sprzętowe

Kompletujemy sprzęt. Odwiedzamy jeden ze sklepów turystycznych sieci Horyzont
(www.e-horyzont.pl) na MDMie w Warszawie i wybieramy śpiwory, plecaczki, odzież, przydatne gadżety, itd…. Chłopcom najbardziej podobał się namiot na piętrze.
Poczuli się już jak na wyprawie. Dziękujemy sympatycznej Ekipie ze sklepu za cierpliwość i fachową pomoc!!!

Więcej o sprzecie jest w raporcie z przygotowań a za chwilę pojawi się link do “ekwipunku”.

9-12 X – pakowanie

Boże chroń tych co się pakują i daj im siłę!!!

13 X – WYPRAWA STARTUJE!

Lecimy! Do Frankfurtu jak z płatka. Dobrze, że mamy ponad godzinę na przesiadkę. Lotnisko poraża wielkością i rozlazłością. ruchome chodniki, wind y i…. kolejka dowozi nas znowu do ruchomych chodników. Galopek niezły. Jak jesteśmy pod Gate C16 to do samolotu trafiamy prawie ostatni. Boening 747-400. Transoceaniczna kobyłka. Ale jak już wystartował to ponad 900 km/h, na wysokości 9.5 km w 40 stopniowym mrozie wiezie nas na spotkanie Afryki. W Windhoek ma być ok. 30 stopni w dzień – miłe ciepełko. Ale przed nami jeszcze Johanesburg i lot do Namibii.

Te przeloty po ok. 10 godzin są straszne. I na dodatek wymyślili jakieś chore normy ciepłoty w samolocie. Robią nam wstęp do Afryki… 😉 Chłopaki w olimpijskiej formie mimo późnej pory. Najlepsze są ruchome schody i chodniki we Frankfurcie. W samolocie już gorzej bo mamy małe wojny między nimi i próby wywarcia presji na rodzicach ale co najważniejsze starty i lądowania mamy opanowane i nie ma problemu z siedzeniem w zapiętych pasach.

14 X cz. 1 – Lot nad Afryką

Zrobił się 14 X. Północ zastaje nas Morzem Śródziemnym. Szczęśliwie wyłączyli jakiś tragiczny film i ma monitorach mamy najfajniejszą transmicję jaka może być w samolocie czyli obrazki z samolotowego GPSa. Ciekawe kiedy chłopcy pójdą spać?

***

Pierwsza w nocy – obiad. OK! nawet myślałem, że nie będzie kolacji a tu gulasz i inne dobre rzeczy. Chłopcy po obiedzie moszczą się do spania. Nawet obyło się bez większych protestów. Zasnęli – my też….

***

Budzę się ok. 5 rano. Krecha na ekranie w poprzek Afryki prawie styka się z sylwetką samolotu. Jeszcze kilka minut i przelecimy nad równikiem. Gdzieś tam w dole błyskawice, ale burza do nas ma niezły kawałek przestrzeni. Gasną światła i monitory – spać….

***

Ładny wschód słońca połączony ze śniadaniem. 45 minut do Johanesburga. Spokojne lądowanie i Africa Welcome! Mamy trochę czasu więc się odprawiamy, dajemy skontrolować i idziemy na biwak do baru. Pół godziny stoję aby zdobyć trochę randów ale udało się! Możemy kupić piwko i soczki i słodkie bułeczki bo chłopcy śniadanie przespali. Nawet nam się nie nudzi. Postój w RPA wypadł w świetnym momencie.

***

Jest Wi-Fi hotspot – może uda się wrzucić pierwszą relację. Śmiesznie bo nie ma zmiany czasu. Nie musimy jak w Azji ustawiać zegarków. Nasz kolejny boarding time dopiero 12.35, wylądowaliśmy o 9.00. A teraz…

Zdjęcia…


Okęcie – Staś ostatnio jakoś tradycyjnie ma pierwsze zdjęcie,
zawsze mniej więcej z taką samą miną jak siedzi na ławce w odlotach.


Staś udaje chomika zjadając lizaki w całości a Michałek….


…chce aby zrobić bardziej “odlotowe” zdjęcie!


Jeszcze nie ruszyliśmy a już Afryka w puzzlach.


Skromna przekąska w drodze do Frankfurtu


Trochę nastrojowego światła.


Metro? Nie! Kolejka wożąca pasażerów po porcie lotniczym we Frankfurcie. Nasze Okęcie to nawet nie kurnik – to gołębnik…


Prawdziwe jedzonko w naszym B747 w drodze do Afryki.


Po jedzeniu mośmy się do spania – Staś najpierw tak…
…na stojąco. Nie poddam się!


Teraz wersja “gniazdko”.


Kończy pod fotelami na podłodze – ten się przynajmniej może wygodnie
wyciągnąć na stosie poduszek i kocyków.


Michałek od razu wybrał wariant “gniazdo”.


Na śniadanie delegowane zostały pluszaki.


Za 5 minut lądowanie – Johanesburg!


No i jesteśmy….


…nowe kolory, zapachy ze sklepów, Afryka!

14 X cz. 2 – Lot Johanesburg – Windhoek

WITAJCIE W NAMIBII!!!

Johanesburga nie wspomożemy pieniążkami za internet. Chcą mi ściągać z karty. Normalnie płacę gotówką, dostaję hasło i od zalogowania mam np. 30 minut łącza. A tu takie dziwowisko! Jako informatyk nie wierzę, że karaluch nie przeleci się po stykach w ichniej telekompromitacji i dostanę rachunek za dwa lata korzystania z internetu.

***

Czas na lotnisku mija błyskawicznie. Odwracamy wzrok od sklepów gdzie półki uginają się od pamiątek z których minimum połowę chciałbym mieć w domu. Wędrujemy do naszego gejta A23. Obok odprawia się kilka osób do Victoria Falls. Po się wytrząsać półtora miesiąca samochodem jak można zrobić HOP! lub może FRYYYY lub ZIUUUU! i za dwie godzinki naszą skórę nawilży miliard kropli z wodospadu. Ale my najpierw musimy trochę podeschnąć na pustynnych przestrzeniach aby w pełni docenić potęgę wody.

***

Lot do Windhoek super spokojny. Pyszne jedzonko na pokładzie Southafrican Airlines. No i krajobrazy namibijskie pod nami. Śmieszne małe chmurki a pod spodem równina czerwona, upstrzona ciemnymi plamkami krzaków i przecięta polnymi jak to się u nas mówi drogami.

***

Spokojne lądowanie i wreszcie jesteśmy! Lotnisko takie jakie można sobie wyobrazić – małe, kameralne. Wędrówka po płycie lotniska od samolotu. Żadnych rękawów i autobusów. Pięć stanowisk do odprawy. Kilkadziesiąt samochodów na parkingu, żadnego pośpiechu i tłoku.

***

Odbiera nas Jurek – Polak od wielu lat tu mieszkający. Poznaliśmy się przez internet a teraz wreszcie możemy uścisnąć sobie dłonie. Pakujemy tobołki do jego samochodu i jedziemy do Windhoek. Lotnisko jest jakieś 30 km od miasta. Krążymy po centrum i znajdujemy dość niedawno powstałą Chameleon Lodge. Jurek jedzie załatwiać sprawy związane z rejsem jaki ma już za dwa dni. My mamy czas na doprowadzenie się do jakiego takiego stanu. Spotkamy się wieczorem.

***

Nasze zakwaterowanie super. Ładnie ale bez zadęcia na niewiadomo co. Spokój, cisza (no może tylko nasi chłopcy to psują… ;-)), stukają klawisze w notebooku….

***

Urocza kolacja u Ani i Alfreda. Polsko-namibijskiego małżeństwa lekarzy. Poznajemy w jeden wieczór aż 10% osiadłych w Namibii Polaków. Alfreda zaliczamy też do Polaków – po wielu latach w Polsce, skończeniu medycyny, życiu na Śląsku i Wybrzeżu… Pozdrawiamy Trójmiasto w jego imieniu.
Jurek pochodzi z Wolina i ma taką ciekawostkę geograficzną w swojej biografii, że cały czas mieszka na tym samym południku, który przechodzi przez Wolin i… Walvis Bay.
Ania reprezentuje Bielsko-Białą. Jest też gromadka uroczych dzieci, z którymi nasi chłopcy a to się kłócą a to się świetnie bawią. Niestety są w trudnym wieku charakteryzującym się m.in. szalonymi kontrastami zachowań. Mamy pełnię. Nad Windhoek zawisła ogromna latarnia księżyca. Wracamy bardzo późno – mościmy chłopcom wielkie spanie z dwóch materacy i spać!!!

***

Czas na…

Zdjęcia…


Z kawiarenki wypatrujemy samolotu do Windhoek.


Praca wre, blog dłużeje…


A tak naprawdę to Staś stuka w klawisze… 😉


Frrryyyyyyy…. zaczynamy lot trzeci…


A to już pod nami Namibia!


Obniżamy lot i…..


NAMIBIA WELCOME!!!!


Wielka podłogowa mapa w sali przylotów.


Basen tzn. pełnia szczęścia.

Do zobaczenia jutro!!!

15 X cz. 1 – Windhoek – odbieramy samochód!

Chyba będziemy dzielić dnie w blogu na przed i po południu. W samo południe albo jedziemy, albo odpoczywamy. No i łatwiej mi ogarnąć to co się dzieje przez cały dzień.

***

Dziś wielki dzień! O 10.00 przyjeżdża po nas przedstawiciel Camping Car Hire i jedziemy odebrać samochód. Przed siedzibą firmy stoi piękny Nissan z rozłożonym jednym namiotem na dachu.
Ania pyta czy to “demo car” i w odpowiedzi słyszymy “No! It’s your car!”
W miłej atmosferze załatwiamy papierkową robotę i idziemy robić czekin samochodu i opanować kilka przydatnych tricków. Należy pamiętać, że nie są to zwykłe terenówki-bulwarówki więc lepiej wiedzieć gdzie są miejsca podparcia samochodu na podnośniku (tu np na wahaczu) itp… zamiast tracić czas w terenie. Samochód w idealnym stanie. Pachnący miętą. Naprawdę!

***

Pierwsza jazda do supermarketu po zakupy na jutrzejszy wyjazd. Jest śmiesznie.
Dzięki niewielkiemu ruchowi jeździ się po stolicy nieźle. Ruch lewostronny nie jest sam w sobie jakimś utrudnieniem a raczej to, że nie tylko kierownica lecz wszystko w samochodzie jest odwrotnie. Zdarza mi się ze trzy razy włączyć wycieraczki zamiast kierunkowskazów… 😉 To co jest chyba najbardziej niebezpieczne dla kierowców z Polski to wjechanie na rondo pod prąd. Na rondo wjeżdżamy oczywiście skręcając w lewo a nie w prawo! A najlepiej to właśnie pojeździć po ruchliwym centrum bo przynajmniej człowiek trzyma się poprzednika i głupio nie skręci po prąd….

***

Supermarket zaopatrzony rewelacyjnie – jest naprawdę wszystko. Wiele marek światowych jest oczywiście obecnych więc takie rzeczy jak pampersy, czy nasza… “Flora”, itp… można kupić bez problemu. Nasze zakupy to przede wszystkim “ciężkie” jedzenie na drogę: konserwy mięsne i warzywne, makaron, zapas owoców, warzywa, zapas wody, cudowne wina z RPA {;-)}, itd… itp…

***

Wracamy do centrum. Zatrzymujemy się na dużym parkingu przy Independence nad kioskiem informacji turystycznej i załatwiamy kolejne sprawy z listy. Wymiana pieniędzy jest w Namibii bezproblemowa. Kurs praktycznie taki sam w bankach więc gdzie się wejdzie to jest OK. My mamy vis-a-vis Nedbank. Kurs bardzo fajny bo za euro dostajemy ponad 12 dolarów namibijskich. Wyposażony w gotówkę i informacje gdzie się udać – idę do sklepu z telefonami komórkowymi po starter kit i doładowanie. Za 170 $N mamy działający telefon i ponad 140 minut do wygadania. No i jest już na tyle gorąco, a chłopcy są już tak spragnieni basenu, że czas na powrót do Chameleon’a.

***

Zdjęcia…


Idzie Michałek po drabinie….


…HYC! I już ze Staśkiem w namiocie!


A namiot jest na dachu naszego samochodu.


Sprawdzamy cały samochód i odbieramy wszelkie wskazówki eksploatacyjne…


A tak wygląda nasz samochód na naszym ulubionym parkingu przy Independence.


Wracamy do Chameleona – piszemy notatki w barku a chłopcy….


…szaleją na basenie.

15 X cz. 2 – Zwiedzamy Windhoek

Po południu jazda obowiązkowa tj. zwiedzamy Widhoek. Zaczynamy oczywiście od trzech najważniejszych punktów: kościoła, dawnego fortu i pomnika nielubianego tu przez wielu faceta na koniu. Nawet są dyskusje czy aby nie rozebrać go lub przynajmniej przenieść gdzieś. Pomnik upapiętnia Niemców którzy zginęli walcząc z ludami Herero i Nama. Dziś wygląda to tak jakby w Krośnie n. Wisłokiem postawić pomnik UPA na środku rynku i to na takim cokole by górował nad miastem.

***

Po zwiedzeniu wzgórza zjeżdżamy niżej na nasz ulubiony parking. Po drodze mijamy ulicę Fidela Castro…;-)
Z parkingu przez ZOO Park idziemy w kierunku wieży zegarowej. Chłopcy ganiają gołębie na chwilę tylko zatrzymując się przy pomniku słonia. Malutka wieża zegarowa zaczyna/kończy* (*niepotrzebne skreślić) deptak prowadzący do najbardziej niezwykłego pomnika w Namibii. Pomnik składa się z 33 ogromnych meteorytów jakie spadły 600 mln lat temu w jednym z największych deszczy meteorytowych. Robi wrażenie. Szczególnie, że jeden meteoryt został przecięty na pół i pokazuje swoje metalowe, błyszczące wnętrze. Pogoda jak na zwiedzanie miasta jest idealna. Małe chmurki odcinają nadmiar słońca. Wiaterek przewiewa powietrze nadmiernie ogrzane od murów budynków. Zresztą zabudowa tu bardziej jest parterowa niż wysoka. Nawet kilkanaście wysokich budynków przy Independent nie przytłacza. I tak głównym punktem miasta będzie zielone wzgórze z kosciołem, ukwieconym parkiem wokół parlamentu. Ania jednak narzeka, że ma już dość miasta. Nie po to jedzie się do Namibii aby siedzieć w mieście. Zresztą samo Windhoek nie ma wielu ciekawych miejsc do zwiedzania. Właściwie wszystko zobaczyliśmy w dwie godziny z dopojeniem w kawiarni.

***

Chłopcy całe prawie zwiedzanie przebyli biegiem więc po powrocie do samochodu i usunięciu katastrofy ekologicznej podczas drogi powrotnej (całe 5 minut) zasypiali i jak wjechaliśmy na teren Chameleon’a mieliśmy dwóch śniętych. Zanieśliśmy do pokoju, domyli śpiących jak kamyki i…. wieczór będzie nasz!!!

***

Plany na jutro:

Jedziemy do Kuiseb Pass. Nocować pewnie będziemy na farmie gdzie jest… obserwatorium astronomiczne!!!
Może nie być łatwo teraz z internetem więc bądźcie cierpliwi!!!

***

Zdjęcia…


Ten widok każdy musi zobaczyć w Winhoek!


Na schodach German Church.


Przed pomnikiem słonia


Independence Ave.


Pierwsze spotkanie z…


…buszmenami.


Hmmmm… czy można pani Herero schować się pod spódnicę?


Zaglądamy do kilku sklepów aby zobaczyć jakie są pamiątki…


Tato! Zobacz….


Pomnik meteorytowy!


Niezłe meteoryciki – w sumie ważą ponad 20 ton!!!


Znowu Independence Ave. – wracamy – kończy się dzień….

16 X – Windhoek cz. 2 i na szlak!

Wczoraj wieczorem zrobiliśmy remanent Widhoek. Oczywiście okazało się, że wiele najciekawszych miejsc jeszcze nie widzieliśmy więc wieczorem planujemy a od rana realizujemy ciąg dalszy zwiedzania stolicy. Zaczynamy zgodnie z hasłem: “Idź na cmentarz, poczuj, że żyjesz!” i zwiedzamy stary cmentarz.
Cmentarz urokliwy i oprócz tego, że jest to ważne miejsce dla historii to jednocześnie bardzo ciekawe dla…. botaników i geologów! Wiele grobów pokrywają kryształy a między nimi rosną kwitnące na fioletowo żakarandy (drzewa prawie bez liści a jak już to mają ich niewiele soczyście zielonych ale za to pełne fioletowego kwiecia) i wiele innych roślin w wielu odcieniach czerwieni i zółci. W sumie odwiedzamy trzy cmentarze. Są po obu stronach Mugabe str. Poza cmentarzem cywilnym mamy jeszcze wojskowy z czasów II wojny.

***

Ruszamy dalej w kierunku parlamentu. Gmach jest swobodnie dostępny i otoczony cudownym parkiem gdzie po kamiennych murkach wyznaczających rabatki biegają jaszczurki. Jedne mają czerwoną głowę i ogon a drugie żółtą głowę w czarne kropki. Przed parlamentem mamy pomniki trzech bohaterów już nie niemieckich [:-)].
Jako Polacy mamy tu fajnie bo na pytanie skąd jesteśmy jak rozmówca usłyszawszy Poland nie wie o co do końca chodzi mówimy, że to w Europie i że graniczymy z Niemcami i historycznie tak samo jak wy ich nie lubimy…. Od razu mamy plusa! Oczywiście nie mówimy takich rzeczy np. Niemcowi prowadzącemu cukiernię w Windhoek… ciasteczka mogłyby się okazać ciężkostrawne… 😉 A wracając do parlamentu a raczej parku wokół niego to mamy tu znowu orgię kolorów kwiatów i wspaniałe schody na których chłopcy szaleją.

***

Po parlamencie czas na centrum. Robimy zdjęcia takich drobiazgów jak tabliczki z ulicą Fidel Castro i dalej pomnik kudu oraz trochę dawnej zabudowy. No i czas zrobić przysłowiowy wypad z miasta. Przecież mamy gdzieś dojechać a przede wszystkim wreszcie wyruszyć na szlak.

***

Wyjeżdżamy drogą C26 na Walvis Bay przez Kuiseb Pass. Na początku spokojnie. Asfalcik. Samochód jedzie wołowato, pod górę trzeba męczyć się na niskich biegach ale obładowani jesteśmy nieźle. A jeszcze dodatkowy zbiornik paliwa…
Zgrywamy się z samochodem coraz lepiej i zaczyna wszystko iść do przodu płynnie. Asfalt się kończy i mamy pierwszą szutrówkę zwaną tu gravel road. Jedzie się bardzo OK! Ale jest pewne ale…. Są to drogi bardzo zdradliwe. Zalecana max. szybkość to 60 km/h. My dochodzimy niekiedy nawet do setki ale bardzo rzadko. Już przy 80 km/h samochód potrafi “pływać” po drodze zupełnie jak u nas zimą po zalodzonej drodze. Widoki coraz piękniejsze!

***

Wokół widzimy góry, ale droga prowadzi w miarę płasko i nagle… Dużo znaków ostrzegawczych i tablica Gamesberg Pass. Jak jest jakiś “pass” to oznacza to przebijanie się przez góry. Będzie teraz najpiękniejszy fragment trasy i sprawdzian dla samochodu. Serpentyna za serpentyną pokonujemy góry o bardzo ciekawej rzeźbie terenu. Widoki super, a że zjeżdżamy z góry mamy więc wspaniałą przestrzeń przed sobą. Droga przecina wiele dolin a raczej wąwozów i nie wiem czy chciałbym tu biegać z plecakiem. Ale widokowo jest tym piękniej. Jedziemy, jedziemy i głód się pojawi wkrótce w małych brzuszkach. Po minięciu największych górskich trudności znajdujemy super miejsce na postój i obiadek. Wyschnięte koryto rzeki z wielkimi, dającymi cień drzewami.

***

Czas sprawdzić co firma dała nam z samochodem, jak działa kuchnia itd… Ponieważ jesteśmy trochę w niedoczasie nie będziemy gotować czegoś bardzo skoplikowanego. Wypadło na kuskus z warzywami i zupą jarzynową. Pycha!!! My gotujemy a chłopcy bawią się w piasku. W efekcie ich nogi i ręce są całe srebrzyste. Piasek na dnie rzeki jest chyba pół na pół wymieszany z miką i innymi świecącymi minerałami. Dzieci się nie pobrudziły ale posrebrzyły! Chłopaki jedzą na wyścigi. Atrakcji posiłkowi dodaje fakt, że siedzą na otwartej klapie pick-up’a.

***

Po obiedzie jedziemy dalej. Mijamy kolejny, ale nie tak spektakularny “pass” i wyjeźdżamy na równinę, jedziemy całkiem szybko kiedy patrzymy a to….. rowerzysta a za nim….. rowerzystka. Podziwiamy ich ponieważ jazda rowerem po tych drogach i w tych upałach jest szalonym przedsięwzięciem. Dowiadujemy sie, że na naszym campie spotkamy jeszcze jednego rowerzystę i to z samej Argentyny. Ale o tym później.

***

Jedziemy równiną wzdłuż pasm gór. Przed nami daleko widać stojący autokar i ludzi na poboczu. Podjeżdżamy bliżej i wszystko się wyjaśnia. Tablica i napis Tropic of Capricorn – Zwrotnik Koziorożca. Oczywiście się zatrzymujemy i robimy zdjęcia. Chłopcy bawią się w geologów wzbudzając wśród grupy Francuzów równą sensację co oznakowanie zwrotnika.

***

Nasze plany noclegu na farmie z obserwatorium astronomicznym wzięły w łeb bo jedzie się super więc postanawiamy dociągnąć do najmniejszego miasta w Namibii czyli Solitair. Miejsce qltowe i ciekawe wizualnie. “Miasto” to stacja benzynowa ze sklepem i recepcją campu. Warsztat samochodowy i pas startowy dla lekkich samolotów. A gdzie się da są porozrzucane wraki samochodów, ale też niezwykłych bo… zabytkowych np. Morris Eight.

***

Jest “nasz” argentyńczyk! Akurat wybrał sobie miejsce niedeleko nas. Ma już gotowy biwak, leży w hamaku i patrzy jak stawiamy namioty. Jak tylko się ogrneliśmy idziemy do niego z pytaniem: Czy to ty jesteś tym słynnym, dzielnym rowerzytą z Argentyny? Obśmiał się i pyta skąd go znamy. My brniemy dalej tłumacząc, że jest znany w całej Namibii! Szczęka mu opadła a my parskneliśmy śmiechem i opowiedzieliśmy mu o spotkaniu rowerzystów, którzy powiedzieli nam o nim. Luis okazał się super sympatycznym człowiekiem, który w nogach ma przejechanie wielu ekstremalnie trudnych krajów.
Właśnie jedzie z Botswany przez Namibię do RPA. Podziwiamy razem piękny zachód słońca i zapraszamy go do ogniska. Jak drewno się trochę wypaliło robimy na żarze wspólnego grila. On piecze ciekawy zestaw: kiełbaska + plaster mięsa + szaszłyk a my ponad pół metra cienkiej kiełbaski będącej chyba mixtem kudu i oryksa. Pycha! Oczywiście wszystko z pełnej lodówki sklepu. Siedzimy długo ale zmęczenie bierze górę więc…. dobranoc…

***

Zdjęcia…


Stasio lepiej sprawdźmy gdzie nas dziś zabiorą rodzice.


Stary cmentarz w Windhoek.


Flora cmentarna – fioletowe to żakarandy.


Pomniki bohaterów przed gmachem parlamentu.
Chief Hosea Katjiku-Ru-Rume Kutako przewodził Herero przez ponad 50 lat.


Jeden z przedstawicieli jaszczurzego rodu.


Staś w parku otaczającym parlament.


Ruszamy na szlak!!!


Koniec asfaltu – teraz będzie normalnie czyli szutrowo.


Kilometry drogi w linii prostej – można upajać się przestrzenią…


Krajobraz w Gamesberg Pass.


A to jak Gamesberg Pass wygląda na GPS-ie.


Zapomnieliśmy się pochwalić,
że na naszym samochodzie mamy logo wyprawy!


Pierwszy obiad w terenie – gotujemy w korycie wyschniętej rzeki.


Michałek szuka podstawy obiadu i…..


…jest kuskus!


Chłopcy przed obiadem myją ręce – pół godziny ryli w dnie rzeki swoimi koparkami.


Najlepsze miejscówki do jedzenia są na klapie bagażnika.


Po obiedzie rodzinna fotografia.


Ania nawiguje i pracuje.


Zwotnik Koziorożca!!!


Jesteśmy sami? (odpowiedź 2 zdjęcia dalej)


Misio, lemur i przegryzka poczym już można…


…przekopywać pustynię!


Sami byliśmy ok. 10 minut – co chwila zatrzymują się tu samochody
a nawet autokary…


Dotarliśmy do Solitaire – tu będzie nasz biwak.
A ten to już chyba stąd nie wyjedzie…


Pierwszy zachód słońca w terenie – brak tylko oryksa lub żyrafy
na tle tarczy słonecznej.


Namioty postawione, ognisko się pali, gadamy z Luisem o jego wyprawach rowerowych.


Pustynne mycie dzieci.
Staś tak się objadł, że ma okrągły brzuszek.


Najbardziej ukochany widok!!!
Śpiące dzieci!


Ktoś pracuje by spać mógł ktoś! Dobranoc!

17 X – Z Solitaire do Sesriem
Pierwsze spotkanie z diunami.

W Solitaire wstajemy dość wcześnie ale Luis i tak nas wyprzedził bo właśnie kończy śniadanie i zaraz rusza na szlak. Musi wykorzystać na pedałowanie jak najwięcej czasu kiedy powiew wiatru nad drogą nie przypomina żaru buchającego z hutniczego pieca. Serdecznie się żegnamy mówiąc do zobaczenia w Sesriem. Jeszcze wspólne zdjęcie do zilustrowania jak można po Namibii podróżować i odjeżdża.

***

My mamy tu jeszcze troche do zrobienia. Przede wszystkim jemy śniadanie i składamy namioty. Później tankowanie samochodu – 89 litrów! – oraz zakupy w sklepie. Jeszcze trochę zdjęć starych samochodów a raczej ich wraków i naklejenie nalepki Małego Podróżnika na szybę sklepu aby przynajmniej przez czas jakiś świadczyła, że tu bylismy. Długo zastanawialiśmy się co by na takiej uniwersalnej nalepce powinno się znaleźć (poza logo i www portalu) i wreszcie Ania wpadła na pomysł aby dać tam w trzech językach życzenia: MIŁEGO DNIA! Mamy nadzieję, że każdy się uśmiechnie jak ją zobaczy.

***

Na koniec Michałek wpadł na ciekawy pomysł. Najpierw popatrzył jak jest tankowany samochód na stacji benzynowej a póżniej kiedy go przeparkowałem akurat koło starego dystrybutora stojącego wśród kaktusów fachowo “tankował” nam jeszcze samochód z niego. Robił to tak super, że ekipa Niemców widząc to obśmiała się, że hej!

***

Przed nami dziesiątki kilometrów szutru. Nic z tej drogi nie pamiętam bo myślę tylko o jednym: dziś będziemy w Sesriem!

***

I oto jest! Brama zewnętrzna broniaca parku narodowego Naukluft od zmierzchu do świtu. My bedziemy na campingu za tą bramą a przed bramą wewnętrzną. Co nam to daje? Raz, że nie musimy długo dojeżdżać a dwa – godzinę przewagi nad innymi np. wycieczkami mieszkającymi daleko, daleko od bramy parku. Już o 5.30 rano możemy ruszyć na spotkanie z diunami. Przed nami będzie 45 km jazdy do…. “Diuny 45” i 60 km do pierwszego parkingu Dead Vlei. No i jeszcze 5 km na terenowych biegach przez piaski do drugiego parkingu dostępnego tylko dla samochodów 4×4.

***

Recepcja campingu, krótkie formalności (miejsce zarezerwowaliśmy i zapłaciliśmy za nie pół roku wcześniej) i wykupienie parmitu na wjazd a teren parku. Jedziemy zobaczyć nasze miejsce nr 25A. Wspaniała stara akacja daje dużo cienia. Obok pnia kran z wodą. Piękne miejsce! Odpoczywamy do czasu kiedy słońce zacznie przybierać cieplejszą barwę i jedziemy na pierwsze spotkanie z diunami.

***

Nie da się ukryć, że jesteśmy nieźle rozgorączkowani. Dłuży nam się dojazd. Pomimo, że jedziemy często podad setką to droga jakby nie miała końca. Wrażenie potęguje szerokość doliny. Wreszcie pierwsze wydmy o tak znanych kształtach z licznych fotografii zbliżają się do nas. I wreszcie ta najbardziej znana Diuna 45 na 45 kilometrze drogi. Gdyby jej nie było to chyba trzeba byłoby ją usypać. Dlaczego taka sławna? Z prozaicznego powodu – braku czasu. Ci co chcą zobaczyć na diunie wschód słońca i mieszkają poza Sesriem mogą najdalej tu dojechać. Duży kolisty parking widać nawet na zdjęciach satelitarnych. Chłopcy nie potrafili się znależć i…. zasnęli. Diuna nad nimi a oni śpią. Jedna z najsłynniejszych piaskownic świata, a oni śpią… Zostawiamy im krótkofalówkę i idziemy robić zdjęcia. Po pewnym czasie ruch w eterze – obudzili się! Wracamy i postanawiamy zdobyć najsłynniejsze miejsce – dolinę Dead Vlei. Po drodze jeszcze pierwsze spotnie z oryksami!

***

Jeszcze 15 km asfaltu i parking dla tych co nie mają prawdziwego napędu na 4 koła. Stąd można iść 5 km na piechotę lub podjechać “piaskowym autobusem”, który dowozi np. tych którzy przyjechali autokarem do początku szlaku. Słoneczko sugeruje, że mamy dość mało czasu więc nie spuszczamy powietrza z opon licząc, że damy radę przebić się przez piachy. Udało się. Dwa razy stanęliśmy kiedy trzeci bieg nawet w położeniu “low” okazał się za słaby i nie zdążyłem z redukcją. Jedynka, dwójka – silnik wyje, piasek nas buja ale powoli, powoli pokonujemy najgorsze miejsca. Cóż jesteśmy nieźle wyładowani więc samochód ma mniejsze szanse na sukces, ale dzielny Nissan daje radę, no może trochę mu pomogłem, albo nie przeszkadzałem… 😉
Końcówka dojazdu pełna dziur w twardej powierzchni czegoś co raz na “xxxx” lat staje się na krótko jeziorem.

***

Wypakowujemy się i naprzód. Przed nami ponad kilometr dojścia. Chłopcy wyspani mają rewelacyjną kondycję. Dzielnie dźwigają podstawowe wyposażenie małego podróżnika pustynnego: wiaderko, łopatkę i małą koparkę. Myślę, że najfajniejszą rzeczą jaką mógłbym dla nich zrobić to zakopać naszego Nisia tak w jakiejś wydmie, że ze dwie godziny byśmy się wykopywali… 😉

***

Wchodzimy coraz wyżej. Ostatnie podejście. Biorę Stasia, którego małe nóżki właśnie się zmęczyły i zdobywamy piaskową przełęcz. Wdrapujemy się i…. jest! Dead Vlei. Z jednej strony czarne stoki wyznaczone fantazyjnymi krzywiznami i kulą słońca nad nimi, a z drugiej potężny stok krwiście czerwonego piasku. W środku żółto-jasnoszare dno wyschniętego jeziora. Spękane w misterną mazaikę jaką kochają na przebitki wszelkie telewizje pokazując reportaż z miejsc dotknietych suszą. No i sterczące, martwe drzewa. Dziesiątki drzew których wysmagane wiatrem, poskręcane pnie i konary wznoszą sie jakby w agonii do nieba, na którym świeci bezlitosne słońce.

***

Nie da się ukryć, że miejsce budzi zachwyt i grozę. Szczególnie, że jest tu ciekawe zjawisko. Poza doliną jest dużo dźwięków. Szumi wiatr, nawołują się gryzonie, gdzieś hałasuje jakiś owad a po wejściu do niecki doliny zapada martwa cisza. Nawet własnych kroków za bardzo nie słychać bo tłumi je warstwa zaschniętego błota.

***

Chłopcy nie dostosowali sie za bardzo do powagi miejsca. Chwilę odsapnęli i rozbili obóz koło pnia zasypanego przez piasek. No i zaczęły się prace poszukiwawczo budowlane. Budowlane to oczywiście usypywanie kopczyków z cudownie miekkiego piasku a poszukiwawcze bo szuka sie zasypanych koparek. Ania wpadła na pomysł (po stracie koparki na plaży w Sopocie) aby do zabawek przywiązać po pół metra jaskrawo ubarwionego sznurka. Zawsze jego kawałek pozostaje na powierzchni.

***

Dzień się kończy. Słońce zachodzi w tempie gasnącej żarówki więc wracamy szybko na parking. Jesteśmy tu tylko w dwa samochody. Jacyś Hiszpanie wycofawszy się szyciej i już spakowani mówią, że poczekają na nas na pierwszym parkingu aby jakby co pomóc nam wygrzebać się z piachu. Wyjazd prawie w ciemnościach emocjonujący, ale bez problemów. Przełączamy biegi na szosowe i ile w silniku mocy pędzimy na camp. Wiemy, że nie jest rozsądne nocą w Afryce jechać ponad 120 km/h ale szcześliwie droga jest świetna i nie ma żadnych krzaków po drodze. Widać wszystko na kilkaset metrów. Oczywiście zwalniamy przy przejazdach przez wyschnięte koryta rzek. Tam sporo drzew i jakieś zwierzę może chcieć przejść na drugą stronę drogi. Do bramy dojeżdżamy z raptem kilku minutowym opóźnieniem – jest jeszcze otwarta i nie musimy się tłumaczyć. Teren parku trzeba opuścić do godziny 8 wieczorem.

***

Dojeżdżamy pod naszą akację. Rozłożenie namiotów 8 minut. Chłopcy szaleją więc kolacja i podziwiamy rozgwieżdżone niebo. Ilość gwiazd niesamowita. Niebo skrzy się i widać np. mgławice, na których zobaczenie nie ma szans w zadymionym niebie Europy. Opowiadamy chłopcom o gwiazdach i gwiazdozbiorach. Michałek się rozmarza. Staś przytula do mamy i tak zgadzają się na pójcie spać. A spać warto. Jutro pobudka o 5 rano i jedziemy na wschód słońca… Dobranoc!

***

Zdjęcia…


Poranek. Jeszcze śpiworek pod bokiem cieplutki a już czas do roboty…


Czas na Luisa – do zobaczenia na trasie!


Śniadanko.


Mała sensacja – na Międzynarodowym Porcie Lotniczym Solitaire
wylądował samolot!


Chłopcy nie mogą przepuścić okazji obejrzenia samolotu z bliska.


Solitaire – zakupy w sklepie!


Nasza nalepka na szybie sklepu.


Michałek tankuje nam samochód….


… i bawia się ze Stasiem na wrakach samochodów.
Najlepsze są wg. nich te z zachowaną kierownicą.


Nam już nie “welcome” – ruszamy do Sesriem.


Pierwsze spotkania z dziką zwierzyną.
Najpopularniejsze antylopki jakie widzi się przy drodze.


Ufff! Jesteśmy w Sesriem.


A oto i ona! Doskonała w kształcie…..


…Diuna 45. Te punkciki na górze to ludzie!


Turyści schodzący z czterdziestki piątki.
My z nią rozprawimy sie jutro.


Oryksy.


Dojazd do parkingu pod Dead Vlei.


Ruszamy na szlak.


***


***


A! Staś ma jeszcze oprócz: wiaderka, łopatki, koparki – kijek.
Bardzo przydatny do obstukania kamieni czy nie ma schowanego skorpiona!
Ale mamy wyedukowane podróżniczo dzieci!


Kwiaty na pustyni.


Ostatnie podejście na przełęcz.


I jest! Dead Vlei! Michałek filmuje Stasia.


Biwak na brzegu “jeziora”.


Dead Vlei.


Dead Vlei.


Praca wre.


Jw. – w roli głownej kopara.


Kamera gotowa?!


Akcja!


Samotność Stasia i jego kilku metrowego cienia…


Nad okolicą Dead Vlei zapada noc – wracamy.


Wieczorem pod naszą akacją. Te kropki na niebie to nie wypalone piksele na matrycy
ale wspomniane gwiazdy, które udało sie sfotografować pomimo krótkiego czasu naświetlania.

18 X – Sesriem – dzień II
O mgle choć oko wykol.

Wstajemy grubo przed świtem. Mościmy tylną kanapę samochodu tak, że zamienia się w super wygodne puchowe łoże dla chłopców. Wszystko spakowaliśmy po wczorajszej kolacji więc teraz mycie zębów i składamy najpierw nasz namiot. Gotowe!
Teraz czas na złożenie namiotu z chłopcami… zaraz… zaraz.. Może jednak ich wyjmiemy i ułożymy na kanapie. Ostatecznie umośliliśmy ją… 😉 Chłopcy jak pakunki, ani drgną. Układamy delikatnie i składamy kolejny namiot. Czas niezły – ze wszystkim ok. 30 minut. Odpalamy i jedziemy pod bramę gdzie już ze cztery samochody pojechały. Permit, zapisanie nr rejestracyjnych i możecie jechać.

***

Jak jesteśmy ok. 40 km. widzimy ciekawe zjawisko. Na horyzoncie nic nie widać. Okazuje się, że wkrótce wjeżdżamy w mgłę. Fajnie ale będą foty! No tak, ale diuny 45 nie widać – jedziemy dalej. Zatrzymujemy się na pierwszym parkingu pod Dead Vlei. Mgła, że widać na kilkadziesiąt metrów max. Robimy nastrojowe zdjęcia. Obfotografowaliśmy wszystkie drzewa. Miało być sucho a na twarzy mam mgiełkę jak podczas upiększania w SPA (przynajmniej tak sobie wyobrażam SPA… ;-)). Ania wróciła do samochodu bo jakiś zbój się zaczął budzić a ja czuję, że po tym SPA mam już buźkę jak pupa noworodka. Tylko grymas na twarzy złości tę piękność mi psuje.

***

Po takie mgły to ja mogę nad Biebrzę a nie do Namibii. Patrzę na zegarek i gnam na parking. Jedziemy! Gdzie? Tam gdzie kończy się mgła a najlepiej pod diunę 45. Jedziemy tnąc gęstą watę mgły i dopiero po 5 km odpuszcza chociaż trochę. Zjeżdżamy pod D45 na parking. Mgła się powoli przeciera,… powoli… Współczujemy tym co zostali porwani przez przwodników i sand-shuttle-busy do Dead Vlei. Mgłę będą mieli aż do południa. Podejmujemy stragiczną decyzję. Ja zostaję z chłopakami aby odbudować trochę rozdeptanej diuny 45 a Ania pnie się na szczyt. Jak to dobrze mieć za żonę taką antylopkę. Hyc, hyc i na górze. A my dwie kopary, łopaty i naprzód! Kopiemy!

***

Mgły dają za wygraną bardzo powoli. Ale widoki niesamowite. Czerwone czubki najwyższych wydm wznoszą się nad mgłę. Powoli jakby się wynurzały coraz wyżej i wyżej. A diuna 45 ma dla odmiany kapelusz z mgły, który zakrywa jej wierzchołek.

***

Po fazie kopania chłopcy dostali amoku i wspinają się po ostro nachylonym stoku z 15 m w górę i zjeżdżają na pupie, na brzuchu. Michałek udaje jaszczurkę. Pełne szaleństwo. Najpocieszniej wygląda Staś, który siada wysoko na stoku na pupie i zmaksymalną szybkością odbija się nogami i rękami. W jednej ma łopatkę, którą posługuje się czekanem zwiększając szybkość zjazdu. Boki zrywać. Ludzie wędrujący wzdłuż wydmy nie mogą powstrzymać śmiechu widząc co oni wyprawiają.

***

Ania wraca pełna wrażeń. Kończymy zdjęcia i czas na powrót na camp. Odpoczywamy do popołudnia. Acha! Spotykamy Luisa. Pozostawiliśmy go dopojonego wodą z naszej samochodowej lodówki w straszliwym skwarze i pustkowiu i oto spotykamy się znowu !!!

***

Po południu kolejna akcja w okolicy Dead Vlei. Ania wybiera niewielką wydmę do której dooraliśmy się samochodem zostaje z chłopcami a ja oram dalej. Zatrzymuję się dwa, trzy razy na zdjęcia a później zjeżdżam na twardszy kawałek z boku bo na minięcie mnie nikt nie miałby szansy i zdobywał diunkę licząc na niezły widok. Słońce zabarwiło wydmy na krwistą czerwień. Wydrapałem się na szczyt odwracam się i widzę po drugiej stronie doliny stado antylop na tle wspaniale powyginanej “grani” wydmy wędrujące niespiesznie inną grańką antylopy. Widok rewelacyjny. W dole samochód w morzu piachu i słońce coraz niżej.

***

Wracam. Udało mi się nie zakopać. Ania poszła z chłopcami gdzieś dalej ale slysząc wycie silnika na swojej wysokości wywołuje mnie przez krótkofalówkę bym poczekał bo ich minę. Po chwili wynurzają się zza wydmy. Wracamy do pierwszego parkingu, przełączamy biegi i jazda do “czterdziestki piątki”. Finalny zachód słońca właśnie tam. Oczy mi się zamykają jak wracamy na camp. Wcześnie spać bo przecież jutro znowu wstajemy na wschód słońca – a miało być tak pięknie. A tu człek chodzi i potyka się o własne nogi z niewyspania… Ale za to pełen wrażeń – to fakt….

Zdjęcia…


To tak miało być?! W zimnej mgle pod Dead Vlei.


Nastroje jak z horroru. Powinno nas chcieć stratować
rozpędzone stado oryksów wypadających z mgły….


Tata! Nie śpimy! Co tak biało za oknem?!


W okolicach “45” mgla powoli pokazuje szczyty wydm.


Coraz piękniej!


Mgła zwiana ze stoków “45”. Dwa małe punkciki na stoku
to chłopcy wspinający się by po raz n-ty zjechać na pupie.


Staś pokazuje technikę zjazdu.
Wbić pięty w piasek i podciągnąć gwałtownie pupę.
Kiedy prostujemy mocnym wyrzutem nogi….


… wtedy odpychamy sie rękami. To działa!


Inna diuna – Michałek za dwumetrowej wysokości trawami.


Znaleźli świetne miejsce na biwak. My robimy zdjęcia oni zdjęli buty i się bawią.
Nagle wrzask. Co się stało? Parzy! Co parzy? Piasek.
W ciągu 20 minut piasek się tak rozgrzał, że zaczął parzyć małe stópki.
Założenie butów z powrotem pomogło.


Czuję się herosem jak mamy zrobić jakieś zdjęcia wymagające wtaszczenia prócz torby foto skrzyni Peli ze sprzętem.


Słońce wysoko i wydmy przyjmują pastelowe kolory.
Silny wiatr zwiewa piasek.


Jeden szczęśliwy….


…drugi też! Wracamy na camp robić śniadanko.


Zgrywam poranny urobek.


Zaczynamy popołudniowe zdjęcia.


Droga do Dead Vlei.


***


***


Mam nadzieję że nasz Nisio…. [ tu cmok w maskę 😉 ]


…też się cieszy, że jest w takim pięknym miejscu!


A tymczasem chłopcy….


oddają się swoim ulubionym zajęciom.


Słońce gaśnie…


Michałek…


…i Staś…


…zbiegają do samochodu. Czas na ostatni promień słońca pojechać pod starą, dobrą znajomą….


…DIUNĘ “45”.


Dobranoc!

19 X – Sesriem – dzień III i ostatni.
Pożegnanie z diunami i wizyta w zamku szalonego barona.

Znowu wstajemy przed świtem! Zaczynam się cieszyc, że stąd wyjeżdżamy.. 😉 Jeszcze ze dwa dni i bym się wykończył. Przecież wieczorem po kolacji kiedy chłopcy powoli zasypiają trzeba zgrać zdjęcia, przygotować materiał do bloga, itd… A tu od świtu do zmierzchu na okrągło…

***

Ponieważ długa droga nas czeka więc postanawiamy nie jechać pod Dead Vlei ale obstawiamy wschód słońca tuż przed “45” aby mieć ją w pełnej krasie. Mgły dziś są znacznie mniejsze, ale bardzo fotogeniczne. Chmurki, aureole wokół najwyższych diun. Fotografujemy a chłopcy śpią tradycyjnie na tylnej kanapie. Wreszcie nasyceni zdjęciowo. Wracamy na camp. Śniadanie, mycie, zbieramy pranie i tankujemy samochód.

***

Ale, ale… Już wybiegam myślami do przodu a tu przecież jeszcze odwiedzamy Sesriem Canyon. Miejsce niesamowite bo wokoło owszem są skaliste górki ale na równinie trudno spodziewać się kanionu. Ale jest! I to jaki! Najpierw na viewpoint a później Ania wypatruje niepozorną ścieżkę zagłębiającą się w jedną z odnóg. Schodzimy głęboko w dół. Ściany mają prawie 30m wysokości a jestesmy jakby na dnie studni tak wąski jest w tym miejscu. Pięknie! Cieszymy się, że tu przyjechaliśmy i polecamy wszystkim, którzy tego nie mają w planach pobytu w Sesriem.

***

A teraz dłuuuuuuuuugaaaaaaa droga. Ciekawy szuterek i krajobrazy i….. kompletnie nikogo! Nie spotykamy żadnych samochodów. Ale za to spotykamy Luisa. Zobaczyliśmy go w 3/4 prostej długości coś koło 5 km. Był punkcikiem z brzegu drogi. Kiedy się zbliżyliśmy jechaliśmy chwilę za nim i robiliśmy zdjęcia. Aby go więcej nie niepokoić jazdą za plecami zrównujemy się i wreszcie zatrzymujemy na krótki postój. Jedzie mu się bardzo ciężko. Szorstki gravel, podjazdy niewielkie ale takie po 3 km. Trudno nam się rozstać bo się polubiliśmy i wiemy, że raczej będzie nam się trudno spotkać ponownie na tej wyprawie. On do Luderitz nie pojedzie bo to 120 km dojazdu i powrót do skrzyżowania. Co z tego, że asfaltem kiedy jego rower waży tyle, że nie byłem w stanie go unieść. Poimy go wodą, ściskamy i powoli, powoli ruszamy… Szczęśliwej drogi i może do zobaczenia w Polsce, Argentynie lub dowolnym innym miejscu na świecie… Sylwetka Luisa zmniejsza się we wstecznych lsterkach aż niknie kiedy przejeżdżamy za wzniesienie.

***

Droga nam się dłuży. Proste po 10 km. Krajobraz ciekawy, ale chyba za bardzo jesteśmy zmęczeni aby nim się cieszyć. Oczy mi się same zamykają – jadę z powiekami na zapałkach. Ufff! Wreszcie skrzyżowanie. Mamy 20 km w bok do “zamku szalonego barona”. Szeroka droga pozwala mi troche “podespać” za kierownicą chociaż zaczyna pracować adrenalina. Zamek! Legenda! Gdzież on?

***

Wreszcie jest! Nie ma żadnej wąpliwości. Dokładnie taki jaki pamiętamy z opisów. Czworobok murów z krenelażem na narożnych basztach. Klasyczny, budzący respekt widok zamku osłabia szeroko rozpostarta nad dziedzińcem i wystająca na kilkanaście metrów ponad mury oblepiona fioletowym kwieciem żakaranda.

***

Zamek świetnie zachowany również z wnętrzami. Kim był szalony baron, budowniczy tego zamku? To Dansheinrich von Wolf. Postać może jakich wiele w XIX wieku ale on miał może trochę większą fantazję. Kochał konie i sprowadzał je do Namibii. Był patriotą co raz dało mu sławę ale i przyczyniło się do tego, że kiedy zgłosił się na ochotnika podczas I wojny światowej zginął w bitwie pod Sommą. Wcześniej zdążył sobie wybudować taką siedzibę o jakiej jako wojskowy marzył – zamek. Kiedy zwiedzamy wnętrza wydaje się, że jesteśmy w jednej z magnackich siedzib w Europie a nie na, tak naprawdę, farmie w Afryce. Obecnie zamkiem zajmuje się fundacja. Można nocować w domkach, na miejscach campingowych i można zrobić jeszcze coś… w kawiarence zjeść cudownie słodką pełną soczystych kawałków jabłek szarlotkę w kruchynm cieście. Poniżej tarasu kawiarenki przechadzają się strusie zerkając łakomie na nasze talerze. Kolejne wspaniałe miejsce, z którego nie chce się wyjeżdżać. Chyba ochłonęliśmy już po krajowym obłędzie i powoli przestawiamy się na afrykańskie tempo życia. Nie limitujemy sobie czasu jaki spędzamy w takim miejscu. Nie planujemy czy będzie to godzina czy 15 minut. Ze współczuciem patrzymy na turystów wysypujących się z autokaru, którzy na to miejsce mają 20 minut i jadą dalej. Oczywiście my też mamy program wyjazdu ale dzięki pewnemu marginesowi czasu udaje nam się zachować tak niezbędny w każdej podróży luz.

***

A co z koniami barona? Po jego śmierci uciekły. Teoretycznie powinny zginąć ale jednak nie. Wykształciła się populacja koni, które potrafią żyć w tym pustynnym klimacie. Kiedy ktoś jest tu po deszczach twierdzi: O czym wy mówicie?! Soczyste zielone trawy po horyzont! Ale kiedy jest się tu latem wtedy dopiero można zrozumieć co to znaczy przetrwanie konia w tych warunkach. Koń to wbrew pozorom zwierzę bardzo delikatne. A te konie mogą kilka dni nie pić. Obywają się suchą trawą! Niesamowite. Cała populacja ma zmienną liczbę. Kiedy jest dobry rok to rodzi się więcej źrebaków, kiedy jest długa susza giną i starsze osobniki a źrebiąt prawie nie ma. W sumie po tej sawannie z małymi pasmami skalistych gór biega kilkadziesiąt dzikich koni.

***

Jedziemy dalej! Droga przeciska się między skalistymi wzgórzami na których rosną… drzewa kołczanowe!!! Mieliśmy ich specjalnie szukać na dalszym odcinku trasy a tu proszę! Jedno, do którego pojechaliśmy na przełaj z kilometr od drogi, a później kilkanaście na skalistych grzędach! Rewelacja!

***

Droga kręta i ciekawa. Mijamy liczne farmy. Termin “liczne” wymaga wyjaśnienia. Tu farma ma tysiące hektarów i farma od farmy oddalona jest często o 3 a i z 10 km. Bywa, że i 30km. Słońce zachodzi i właśnie dojeżdżamy do farmy gdzie mają jakieś miejsce campingowe i będzie można nocować. Podjeżdżamy pod wejście oznaczone “Reception” i dzwonimy i czekamy i nic… Czytamy instrukcję: dzwonić i czekać. Jak nie ma reakcji dzwonić długo i dłużej czekać. No ale ile można. Po pół godzinie w ciemnej szarówce wracamy na drogę. Patrzymy na GPSa, który jest bezlitosny. Do samego skrzyżowania trzeba natłuc jeszcze trochę kilomentrów a dalej ma być Tiras Farm i tam mamy drugą szansę na nocleg. Jak się nie uda śpimy na dziko.

***

Na krzyżowce ekipa robotników drogowych pali sobie ognisko więc pytamy o Tiras Farm. OK! Pokazują bez wahania kierunek więc skręcamy nie do pobliskiego miasteczka ale w prawo, szczęśliwie na Aus, czyli tam gdzie chcemy generalnie jechać i jedziemy…. 10 km, 15 km, noc typowo afrykańska ciemno jak… no wiecie… droga w górach więc niekiedy nie wiadomo czy będzie zakręt w lewo, czy w prawo, jakaś kolejna ciemna farma i wreszcie stajemy na analizę sytuacji… GPS znowu bezlitosny wskazuje, że do farmy jeszcze z 10 km. Wreszcie tablica Tiras Farm. Skręcamy i podjeżdżamy. Kilka samochodów i jest życie. Kiedy Ania weszła do salonu, gdzie siedziało kilka osób zapadła cisza. Jakby ducha zobaczyli. Było po 21 ale tu mają takie zwyczaje, że po nocy nie jeżdżą. My jak nie musimy też nie ale teren był o tyle przyjazny, że zajęty przez farmy czyli ogrodzony wzdłuż drogi i bez dzikich zwierząt plączących się dookoła.

***

Nocleg super. Farma ma specjalne miejsca dla gości my dostaliśmy półkę skalną zawieszoną nad okolicą. W budyneczku doklejonym do wielkiego zbiornika wody prysznic i toalety. Nad nimi okrągły taras ze stolikiem i krzesełkami. Stół z ławą i murowanym grilem. Bajka. Dobranoc!

Zdjęcia…


Przed świtem…


Pierwszy promień słońca.


Diuna 45 jeszcze ze szlafmycą na głowie.


Dojechała kolejna wycieczka.


I kolejni drapią się pod górę.


Ania z szacunkiem przyklęka przed starym drzewem… 😉


Chłopcy śpią smacznie, ale….


…W końcu się budzą. Nie wypuszczamy bo zimno,
ale bawią się wspaniale w samochodzie.


Żegnaj “nasza” czterdziestkopiątko! Jeszcze cię kiedyś odwiedzimy!


Sesriem Canyon – widzicie Anię z chłopakami!


Dla chłopców kolejna przygoda – zejście wgłąb kanionu.


Na dnie.


Tankujemy przed dalszą drogą…


…która to tak wygląda.


Doganiamy…


…Luisa.


Po postoju i pożegnaniu ruszamy dalej.


Szczęśliwej drogi… Do zobaczenia na szlaku!


Egzotyczne znaki drogowe.


Zamek szalonego barona.


Chłopcy bardziej zainteresowani wyjmowaniem słupków
ograniczających parking niż zamkiem.


Portret barona i zachowane wyposażenie zamku.


Na dziedzińcu.


Michałek chce odkryć jeszcze jakąś tajemnice barona.


Samodzielny Staś chadza własnymi drogami.


Nasze pierwsze drzewo kołczanowe.


Wygląd mają niezwykły.


Ania po sesji foto….


A to miejscowa ciekawostka. Brama na granicy farmy,
zamykająca publiczną drogę.
Trzeba sobie otworzyć, przejechać i zamknąć.


Zobacz: FOTOBLOG cz. 1 odcinek 2 lub strona główna wyprawy

(c) Portal Małego Podróżnika

 

Share