Na wyspie Koh Samui (Tajlandia)

Wszyscy pytali czy się nie boje, czy warto, mówili ze nie odpocznę, ze to nie wakacje tylko męczarnia… Pytali ale domyślnie mieli mnie za egoistkę, wyrodna matkę, nie mówili ale ja to słyszałam… Dzięki właśnie Małemu Podróżnikowi uwierzyłam, ze nie robię Paulince krzywdy, ze przecież to mogą być NASZE wakacje, ze ja zawsze chciałam mieć takich rodziców…  Jak każda młoda, niedoświadczona mama bałam się o swojego Skarba, czy nie jest za krucha, za mała na tak daleko podroż, przecież nie ma jeszcze roczku…

 

 

Tajlandia jest wśród krajów zagrożonych malarią, jest krajem trzeciego świata a ja zapamiętałam Tajlandię jako kraj przeżyć głownie nocnych… Czy to dobry wybór na rodzinny urlop? W głowie kłębiło się tysiące pytań a odpowiedzi miało przynieść samo życie.

 

 

Podroż została zaplanowana na cały, bity miesiąc bo skoro już jechać to trzeba dać Malej czas na aklimatyzacje, bo skoro jechać to trochę się nacieszyć tym, ze się jest razem tak daleko. Nigdy nie byłam typowym wczasowiczem, nie lubiłam mieszkać w hotelach, kurortach, wolałam być na swoim, na własną rękę tak miało być i teraz. Udało nam się wynająć piękny domek z 2 sypialniami, ogrodem w condo z dużym basenem. Ze względu na Małą pojechaliśmy w znane mi tereny, turystyczne ale poza sezonem, na wyspę Koh Samui.

 

 

Paulinka praktycznie nie potrzebowała czasu na klimatyzacje, wręcz natychmiast udzielił jej się wakacyjny nastrój i tryskała energią. Cóż za odmiana! To było jej pierwsze starcie z latem, ciepłą pogodą i w końcu mogła zrzucić z siebie niepotrzebne warstwy ubrań.

 

 

Naszym głównym środkiem transportu był wynajęty skuter i nawet sami nie wiedzieliśmy jak wiele można w nim i na nim zmieścić. Skuter okazał się zbawiennym środkiem lokomocji, w którym to Paulinka spała i odpoczywała od kolejnych wrażeń. Zachustowana, z wiatrem we włosach spala jak aniołek przed kolejnym przystankiem pełnym wrażeń.

 

 

Tajscy ludzie okazali się aż nadto otwarci na białe dzieci, wszyscy chcieli ją dotknąć, wziąć na ręce. Paulinka była w swoim żywiole gdyż była w centrum zainteresowania a my lekko zakłopotani kiedy to trzeba było ja wręcz wydzierać z ich rak. Nigdy nie widziałam aby dorośli ludzie tak żywo reagowali na małe dziecko, tak bezpretensjonalnie, bezinteresownie. Wiedziałam, ze to ta pozytywna energia, która Mała odbiera, która ja kształtuje, która będzie pamiętać nawet podświadomie… Jakie to piękne, ze ludzie potrafią się uśmiechać ot tak po prostu…

 

 

Kolejne dni to cale mnóstwo wrażeń, emocji. To była taka skrócona szkoła życia, dla dziecka ale i dla nas, dla rodziców. Uczyliśmy się wspólnie odkrywać proste życie i to jak niewiele nam trzeba aby być szczęśliwymi. Paulinka zwracała uwagę na każdy szczegół, goniła mrówki palcem, jaszczurki, zauważała kaczego psa, kota czy większego zwierza.

Reasumując spędziliśmy najlepszy czas w historii naszej rodziny, poznawaliśmy świat dookoła ale także uczyliśmy się siebie nawzajem. Paulinka zrobiła niesamowite postępy, postawiła swoje pierwsze kroki trzymając się ratanowego stolo, nawiązała pierwsze przyjaźnie z tajskimi dziećmi. Jeździliśmy na słoniach, pływaliśmy kajakiem (tak mała również, zachustowana u taty), karmiliśmy kozy, małpy, dotykaliśmy węży. Mnóstwo atrakcji ale najważniejsze było to że byliśmy ze sobą i dla siebie!

 

Karolina i Łukasz Wichniarz

ber_ber Karolina i Łukasz Wichniarz z Paulinką

Łukasz – zawodowy koszykarz ekstra klasy,

Karolina – przed pojawieniem się Paulinki pracowała w banku, obecnie w 100% mamusia :-).
Oboje są absolutnymi maniakami podróży tych odległych ale nie tylko…


           I jeszcze trochę zdjęć


(c) Mały Podróżnik – www.malypodroznik.pl

 

Share