RUMUNIA – Drakula i malowane klasztory – cz.4

RUMUNIA 2007 logo

RUMUNIA
FOTOBLOG cz. 4 – 25.07.2007 – 15.08.2007
Kalwaria Pacławska – uroczystości Wniębowzięcia MB
14.08.2007 – Kalwaria Pacławska dzień pierwszy
Śpimy ile się da… Da się niewiele dłużej niż zwykle bo Staś budzi się jak zwykle obdarzając świat promiennym uśmiechem. Udajemy że śpimy. Budzi się Michaś – tu już nic się nie da udawać – trzeba wstawać… Śniadanie… Samochód woła pić. Aby napoić samochód jedziemy do Przemyśla. Robimy zdjęcia w mieście? NIEEEEE!!! No to może forty otaczające miasto, których jeszcze nie fotografowaliśmy? TAAAAAAKKK!!! Jeździmy orając pola samochodem bo oczywiście nie spodziewaliśmy się takich zadań więc dokładne mapy okolic Przemyśla zostały w domu. Po “przesłuchaniu” kilku autochtonów trafiamy do fortów Bolestraszyce i San Rideau (na tym ostatnim zależało mi najbardziej). Zdjęcia, wędrówka pod ziemią – fajnie, ale czas płynie… Deszcz… Wracamy… Wjeżdżamy na Kalwarię Pacławską – tłum ludzi i samochodów… Zdjęcia… Zjeżdżamy na dół i przez bród na Wiarze wracamy do Rybotycz. O 23.00 wrócę tu aby zrobić zdjęcia procesji ze świecami towarzyszącej przeniesieniu figury Matki Bożej do kaplicy Św.Rafała. Chyba pielgrzymi trochę przestraszyli się pogody bo świec nie ma tak dużo jak oczekiwaliśmy. Z drugiej strony może to dobrze, że szalejąca wcześniej w rytmie sacrorock młodzież poszła się… poszła… bo pozostali ci, którzy przede wszystkim szanują aspekt religijny uroczystości. Procesja trudna fotograficznie ale bardzo piękna. Wracam do domu i spać… Ania z chłopakami chrapią w najlepsze a ja przed spaniem jeszcze muszę zarchiwizować zdjęcia. Kto to powiedział, że przy cyfrze jest łatwiej???

Zdjęciątka:

 
Staś nie czuje respektu przed potęgą fortu San Rideau
Dzielni obrońcy! 😉


Ryś, wilk, niedźwiedź, czy Michaś?

15.08.2007 – Kalwaria Pacławska dzień drugi
W południe msza zakończona procesją. Łatwo nie jest, ale ani pielgrzymom utytłanym w błocie ani fotografującym, których na szczęście nie jest dużo nikt nie obiecywał, że będzie łatwo. Upał straszliwy. Po mszy zjeżdżamy w dół na ulubiony bród na Wiarze i dalej do Arłamowa. Arłamów to najbliższe miejsce, gdzie można zjeźć normalny obiad. Podejrzanych kiełbas z grila w Kalwarii w sekcji profanum nie traktujemy jako źródła kalorii dla dzieci. Obiad OK! ale Arłamów jest źle zorganizowany. Knajpa pseudo luksusowa nie obsługuje pod parasolami na zewnątrz więc w pomieszczeniu bez klimatyzacji, imienia “morderców jeleni” z racji licznych rogów i ze świecami na stołach (świece nigdy nie zapalone z białymi knotami 😉 ) spożywamy obiad. Aby odreagować i wybiegać dzieci jedziemy zakosami szukając jakiegoś miejsca najlepiej nad wodą. I znowu trafiamy nad Wiar. Nie wiem dlaczego, ale to rzeka fascynująca. Droga sprowadza nad brzeg, płycizna i wjeżdżamy na kamienną łachę. Nasz Nisio zadowolony bo nie wie co go czeka przy wyjeździe… Chłopaki mają to lubią najbardziej… kamienie i wodę. Poprawiamy tamę, którą ktoś wcześniej usypał, czas mija szybko i pora wracać. W koleiny po traktorze wrzuciłem trochę drzewa więc udaje się wyjechać. Po powrocie nasz gospodarz przychodzi z córeczką z którą zaprzyjaźnia się Michałek i czas spędzają w maliniaku na łasowaniu. Później ognisko – trochę po niewczasie zdaję sobie sprawę, że to zielona noc – ostatnia na naszej wyprawie…

Każde dziecko biorące udział w masowej imprezie powinno mieć kontakt do rodziców oraz być nauczone, żeby w razie zgubienia się poprosić policjanta lub strażaka o pomoc. Michałek kilka razy dumnie pokazywał spotkanym mundurowym rękę z nr telefonu do mamy i był bardzo chwalony…
Uroczysta procesja z figurą MB.



Ulubione miejsce zabawy Michałka to kaplica Św.Rafała z racji dużej ilości świec pozostawionych tu po nocnej procesji.


Po uroczystościach jedziemy nad Wiar i wreszcie jest to co tygrysy lubią najbardziej…


Nie ma takiego kamienia, z którym nie zmierzyłby się Staś.
Nazywamy go Pudzian… 😉


Michałek + woda = konieczność posiadania zapasowego ubrania i butów


To kolejny kamień dzisiaj… tralala… tra… la… la…


Ostatnia noc na wyprawie….


…i ostatnie ognisko, idziemy spać długo po północy.

16.08.2007 – Czas powrotów…
Spać! Ale Staś działa jako budzik. Ania idzie z nim do ogrodu więc z Michałkiem dosypiamy… 9.00 – czas wstawać. Śniadanie i pakowanie. Ruszamy w drogę powrotną do domu. Ale jest piękny dzień więc nie odpuszczamy. Przecież Pogórze Przemyskie jest takie piękne. Włóczymy się od cerkwi do cerkwi. Wjeżdzamy na trawiaste wzgórza w czym pomagają nam jeszcze nie zaorane rżyska. Pełna wolność – możemy jechać tam gdzie chcemy…
Długi postój w Ropience. Kopalnia ropy naftowej. Działają maszynownie, które stalowymi linami płożącymi się w trawie napędzają rozrzucone po okolicy kiwony. Mało ropy, ale jest. Jest też kopalnia, którą kilku cymbałów z Warsiawy chciało zamknąć i zniszczyć. Rozmawiamy z jednym ze starszych pracowników i tłumaczymy mu czym jest taka kopalnia jako atrakcja turystyczna. Jeżeli źródła ropy faktycznie się wyczerpią niech się zbiorą i zrobią tam skansen przemysłu naftowego. Jeden jest już w Bóbrce, ale do niej stąd daleko i skansen jaki tu by powstał miałby inny charakter. Pokazywałby “pracujące” pole wydobywcze… Atrakcja turystyczna pierwszej klasy bo drugiej takiej w Polsce by nie było… Na razie ropy ma wystarczyć na kilka lat. Oby nie pojawili się decydenci działający jak wałach z klapkami na oczach (cel: zniszczyć) i by bez problemu kopalnia zamieniła się w przyszłości w piękne muzeum…
Zachwyca nas San skaczący momentami po progach ustawionych charakterystycznie skośnie do nurtu i wreszcie okolice gęsto zaludnione. Tablica BLIZNE z kościołęm z listy UNESCO. Wzruszenie bo piękny kościół i…. Gdyby nie ABS to byłyby za nami czarne ślady po hamowaniu. Kościół szalowany na ciemno dziś złoci się nowym pięknym szalunkiem. Oczywiście zatrzymujemy się i robimy zdjęcia… Od Bliznego postanawiamy na nic nie zwracać uwagi i pędzić do domu ale… trasa biegnie niedalego Baranowa Sandomierskiego.
Cudowny zamek o wspaniałych proporcjach zarówno całej bryły jak i poszczególnych detali… Zobaczymy, wybiegamy chłopaków, może jakieś zdjęcia… O rany! Fasada jaśnieje wspaniale odnowiona. Zachodnia ściana w rusztowaniu, ale do wczesnej jesieni skończą. Coś wspaniałego! Podobnie jak na zamku w Krasiczynie renesans się odnawia i będzie błyszczał pełnym blaskiem! Pięknie utrzymane trawniki to świetne miejsce dla Stasia, który się niedawno nauczył chodzić a już chce biegać. Labirynt ogrodu w stylu francuskim to świetne miejsce dla Michałka.
To co dobre musi się skończyć – chłopaki do fotelików – płacz…. Pytam się Ani – czy jedziemy na prom? Słyszy nadzieję w moim głosie więc potwiedza. Pędzimy ile się da i widzimy prom właśnie odpływający. Trąbię hamując, wyskakuję z samochodu i krzyczę: A JA!? Promowy przekłada liny na bloczkach i prom wraca! Polonez podjeżdza dwa metry do przodu i wjeżdżamy. Szacunek promowego zdobywam stwierdzeniem, że tylko idiota mając prom jechałby pobliskim mostem. Szkoda, że Wisła nie jest tu cztery razy szersza… No to prawie koniec. Nasza ulubiona trasa nadwiślańska i domek…

Skończyło się aby coś nowego mogło się zacząć…

 Ropienka


Widać, że Michałek jest zafascynowany kiwonami.
Może to przez rodzinne więzi z Podkarpaciem taki entuzjazm.


Nieżyjący od wielu lat jego wujek – Wiktor Łącki, był wieloletnim dyrektorem i twórcą świetności Domu Kultury Górnika Naftowca w Krośnie.


A tu chyba trzeba uszczelkę zmienić…


Gimnastyka przed dalszą jazdą.


I jeszcze trochę zabawy na mostku nad potokiem.

Baranów Sandomierski

Zamek w Baranowie jest bardzo przyjazny dzieciom. Ma fontanne, labirynt z żywopłotów, armaty i przystrzyżone trawniki, po których fajnie się biega.


Tym razem chłopaki się nie kąpali.


Wspaniała zabawka…


To ja tu sobie przucupnę i odpocznę…


Szwed się zbliża!!! Ładujemy armatę!


W labiryncie.


A ja się schowam za drzewem!


Ciekawe co tam w trawie…


Hydrant jest też świetną zabawką – w tle fasada zamku…


Prom w Baranowie przez Wisłę.


Dopływamy!


Do zobaczenia na kolejnej wyprawie!


KONIEC RELACJI… Zobacz: strona główna, fotoblog cz. 1

 

 

 

(c) Portal Małego Podróżnika

Share